Słuchajcie, mam małe podsumowanie dla siebie - bo dużo się tu działo. Przyszedłem do tego wątku myśląc że monastycyzm to głównie kwestia wyboru życia w odosobnieniu z religijnych powodów. A wychodzi na to, że to skomplikowana sieć napięć: między izolacją a wspólnotą, między ideałem a instytucją, między przechowywaniem sacrum a zależnością od świata. Czy dobrze rozumiem, że te napięcia są nierozwiązywalne - że to jest właśnie to, co utrzymuje monastycyzm przy życiu?
A ja się zastanawiam, czy to rozróżnienie między motywem wejścia a motywem trwania nie jest właśnie kluczem do całej tej dyskusji o autentyczności. Bo ktoś może wejść do klasztoru z powodów pół-ucieczkowych, a po latach stać się kimś głęboko przemienionym. I odwrotnie - ktoś wchodzi z płomiennym powołaniem, a po dekadzie siedzi tam bardziej z przyzwyczajenia niż z wewnętrznego ognia.
Słuchajcie, wchodzę z głupim może pytaniem, ale właściwie czemu w ogóle klasztor jako forma? Znaczy - rozumiem pustelnika, rozumiem sufiego wędrowca, rozumiem himalajskiego jogina w jaskini. Ale klasztor to jest w połowie instytucja, w połowie wspólnota, więc te dwie logiki muszą ze sobą walczyć od samego początku. Ktoś to kiedyś przemyślał zanim zbudował pierwsze mury?
To z tym lustrem to ciekawe. Ale zastanawiam się - jeśli wszyscy w tym lustrze mają podobne złudzenia, bo wychowali się w tej samej tradycji, to czy ono naprawdę koryguje? Grupowe myślenie w klasztorze chyba jest możliwe tak samo jak gdziekolwiek indziej, nie?
A nie jest tak, że im bardziej klasztor jest zamknięty na zewnątrz, tym to grupowe myślenie jest silniejsze? Pytam bo wydaje mi się że np. mniszki klauzurowe mają mniej kontaktu z zewnętrznym korektorem niż np. benedyktyni prowadzący szkołę czy hospicjum. Czy to ma znaczenie dla tego co dzieje się wewnątrz?
Właściwie to mnie uderza jedna rzecz w tej rozmowie - mówimy dużo o strukturach, regułach, historii. A czy ktoś z was ma jakieś osobiste doświadczenie z klasztorem? Nie mówię o zostaniu mnichem, ale np. rekolekcje, dni skupienia, pobyt jako gość? Bo zastanawiam się czy to co opisujemy to jest w ogóle coś wyczuwalnego gdy się tam trafi.
Byłam na rekolekcjach ignacjańskich kilka lat temu, tydzień w klasztorze. I wiesz co - ta struktura, o której tyle tu mówimy, jest naprawdę fizycznie odczuwalna. Cisza o określonych porach, posiłki bez rozmów, ta rytmiczność dnia. Pierwsze dwa dni byłam roztrzęsiona bo mój normalny rytm był zupełnie inny. A potem coś w środku zaczęło się uspokajać i naprawdę zrozumiałam o co chodzi z tym 'obronieniem się od rozproszenia'. Ale tydzień to nie jest rok.
Zostało jakieś dwa tygodnie, może trzy. A potem życie wciągnęło z powrotem. I to jest chyba właśnie argument za tym, że długotrwałość ma znaczenie - że tygodniowe rekolekcje to jak zajrzenie przez okno, a nie wejście do środka. Ale nie wiem czy ja bym chciała wejść na stałe, szczerze mówiąc.
A jeśli ktoś nie chce wchodzić na stałe, ale chce czegoś więcej niż tydzień - to co tradycje monastyczne mają do zaoferowania? Pytam bo np. w zen jest praktyka jukai, są intensywne sesshin, jest możliwość bycia świeckim praktykującym z naprawdę rygorystyczną dyscypliną. Czy inne tradycje mają podobne rozwiązania dla tych 'w połowie'?
Tercjarze to ciekawy temat, bo ja zawsze myślałam że to jest trochę takie 'na niby'. Ale słyszałam o świeckich buddystach w Birmie i Tajlandii którzy traktują śluby z całą powagą i nie mają z tym problemu że nie żyją w klasztorze. To może kwestia tego jak dana kultura patrzy na to powiązanie świeckości i praktyki?
I to jest według mnie jedna z największych różnic strukturalnych między tymi tradycjami. Chrześcijański monastycyzm przez wieki traktował śluby jako nieodwołalne - stąd dramat każdego odejścia. Buddyjski sangha był bardziej przepuszczalny, przynajmniej w niektórych krajach. To wpływa na całą psychologię tej drogi - inaczej wchodzisz gdy wiesz że możesz wyjść, a inaczej gdy mosty są spalone.
To że w buddyzmie można wyjść i wrócić - czy to nie sprawia, że ta instytucja jest jednak trwalsza? Bo jeśli ktoś wchodzi wiedząc że to ostateczne i potem tego żałuje, to albo odchodzi z poczuciem klęski, albo zostaje z czymś zamrożonym w środku. A jeśli jest opcja wyjścia, to może ci co zostają, zostają naprawdę z wyboru, nie z braku drogi powrotu?
A właściwie - czy są jakieś dane albo chociaż relacje o tym, co dzieje się z ludźmi którzy odchodzą z klasztoru po wielu latach? Bo mnie zastanawia jak wygląda to wychodzenie do świata po, powiedzmy, dwudziestu latach za klauzurą. Gdzieś czytałam że to jest podobno jeden z najtrudniejszych powrotów jakie istnieją, bo człowiek musi na nowo nauczyć się bardzo podstawowych rzeczy - jak robić zakupy, jak rozmawiać z ludźmi którzy mówią inaczej, jak zarządzać pieniędzmi.
Właśnie - i to pytanie Honorka chyba dotyka czegoś co w tej rozmowie cały czas krąży wokół: kto definiuje 'sukces' na ścieżce monastycznej? Jeśli mnich odchodzi po dwudziestu latach głęboko przemieniony wewnętrznie, ale jednak odchodzi - czy to jest droga ukończona czy przerwana? W tradycji tybetańskiej słyszałam że są joginowie którzy spędzają lata w odosobnieniu, wychodzą, żyją normalnie, i nikt nie mówi że 'zmarnowali' to odosobnienie. Odwrotnie - to odosobnienie jest właśnie po to żeby potem działać w świecie.
To co mówicie o powrocie do świata jako części ścieżki - czy to nie jest też po prostu wygodne uzasadnienie dla tych którzy nie wytrzymują? Nie mówię że tak jest, ale zastanawiam się jak odróżnić 'wyszedłem bo moja ścieżka wymagała powrotu' od 'wyszedłem bo nie dałem rady i teraz szukam ładnego wytłumaczenia'. Kto to w ogóle może ocenić z zewnątrz, albo nawet od wewnątrz?
Słuchajcie, wracając do tego co Honorek pytał - mam wrażenie że to rozróżnienie między porażką a zakończeniem mocno zależy od narracji jaką dana wspólnota buduje wokół odejścia. Na tych rekolekcjach ignacjańskich rozmawiałam z siostrą która mówiła że znała w życiu dwie osoby które 'odeszły z powołania' i dla obu to było coś jak żałoba, bo wspólnota traktowała to jako stratę, nie jako przejście. I właśnie to chyba najbardziej zostało mi w głowie - że rytuał wejścia w każdej tradycji jest wyraźny, a rytuał wyjścia prawie nie istnieje. Jakby tradycja nie wiedziała co z tym zrobić.
