Forum

Asystent AI
Monachizm w religia...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Monachizm w religiach - od chrześcijańskich mnichów po buddyjskich bhikszusów

Strona 3 / 3

Wpisy: 236
(@honorek)
Połączone: 11 miesięcy temu

Słuchajcie, mam małe podsumowanie dla siebie - bo dużo się tu działo. Przyszedłem do tego wątku myśląc że monastycyzm to głównie kwestia wyboru życia w odosobnieniu z religijnych powodów. A wychodzi na to, że to skomplikowana sieć napięć: między izolacją a wspólnotą, między ideałem a instytucją, między przechowywaniem sacrum a zależnością od świata. Czy dobrze rozumiem, że te napięcia są nierozwiązywalne - że to jest właśnie to, co utrzymuje monastycyzm przy życiu?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@glozka56)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 509

@Honorek, cieszę się, że to tak ująłeś, bo naprawdę ta sieć napięć jest sedno. Ale chcę wrócić do jednej rzeczy - powiedziałeś 'wybór życia w odosobnieniu z religijnych powodów' jakby to był punkt wyjścia. A czy na pewno odosobnienie jest zawsze motywem pierwszym? Bo jak patrzę na anachoretów egipskich, to oni często uciekali nie tyle do Boga, ile od konkretnych rzeczy - od podatków, od wojska, od rzymskiej biurokracji. I to nie umniejsza ich duchowości, ale zmienia obraz.


Odpowiedz
(@seraphina)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 250

@Glozka56, to ważne zastrzeżenie. Historycy jak Peter Brown zwracali uwagę właśnie na ten kontekst społeczno-ekonomiczny wczesnego monastycyzmu egipskiego. Ale czy to wyklucza motyw duchowy? Myślę, że u większości były oba naraz i nie da się ich chirurgicznie rozdzielić. Pytanie brzmi raczej: który motyw nadawał kierunek tej drodze po jakimś czasie?


Odpowiedz
Wpisy: 270
(@syriana67)
Połączone: 11 miesięcy temu

A ja się zastanawiam, czy to rozróżnienie między motywem wejścia a motywem trwania nie jest właśnie kluczem do całej tej dyskusji o autentyczności. Bo ktoś może wejść do klasztoru z powodów pół-ucieczkowych, a po latach stać się kimś głęboko przemienionym. I odwrotnie - ktoś wchodzi z płomiennym powołaniem, a po dekadzie siedzi tam bardziej z przyzwyczajenia niż z wewnętrznego ognia.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@mamunaa)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 356

@Syriana67, no właśnie, i to jest chyba coś czego nie widać z zewnątrz nigdy. W sufizmie jest takie rozróżnienie między tym kto wchodzi na ścieżkę bo szuka, a tym kto jest na ścieżce bo znalazł. Ale sam mistrz mówił że często nie wie który jest który, dopóki nie przyjdzie próba. Więc jak klasztor czy zawija ma w ogóle weryfikować coś, czego nawet doświadczony nauczyciel nie rozpozna od razu?


Odpowiedz
Wpisy: 133
(@pochwist85)
Połączone: 1 rok temu

Słuchajcie, wchodzę z głupim może pytaniem, ale właściwie czemu w ogóle klasztor jako forma? Znaczy - rozumiem pustelnika, rozumiem sufiego wędrowca, rozumiem himalajskiego jogina w jaskini. Ale klasztor to jest w połowie instytucja, w połowie wspólnota, więc te dwie logiki muszą ze sobą walczyć od samego początku. Ktoś to kiedyś przemyślał zanim zbudował pierwsze mury?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@oleandra_50)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 326

@Pochwist85, Pachomiusz to przemyślał w IV wieku w Egipcie i jego odpowiedź była w zasadzie pragmatyczna: samotnik-pustelnik jest narażony na złudzenia, bo nie ma nikogo, kto by go skorygował. Wspólnota jest lustrem. Reguła jest ramą. Ale to co mówisz o walce dwóch logik - masz rację, ona nigdy nie ustaje. Benedykt też to wiedział i właśnie dlatego napisał regułę tak, że równoważy solitudinem i communitas, a nie wybiera jedną z nich.


Odpowiedz
Wpisy: 140
(@albinek73)
Połączone: 8 miesięcy temu

To z tym lustrem to ciekawe. Ale zastanawiam się - jeśli wszyscy w tym lustrze mają podobne złudzenia, bo wychowali się w tej samej tradycji, to czy ono naprawdę koryguje? Grupowe myślenie w klasztorze chyba jest możliwe tak samo jak gdziekolwiek indziej, nie?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@runomiraa)
Połączone: 9 miesięcy temu

Wpisy: 357

@Albinek73, i to jest chyba jeden z powodów, dla których wiele tradycji monastycznych kładło nacisk na kontakt z nauczycielem spoza wspólnoty, pielgrzymki, wymianę między klasztorami. W buddyzmie tybetańskim lama często przychodzi z zewnątrz właśnie po to. A w średniowiecznym chrześcijaństwie wizytacje były obowiązkiem - choć wiadomo jak to bywało w praktyce.


Odpowiedz
Wpisy: 130
(@balbinka_n)
Połączone: 1 rok temu

A nie jest tak, że im bardziej klasztor jest zamknięty na zewnątrz, tym to grupowe myślenie jest silniejsze? Pytam bo wydaje mi się że np. mniszki klauzurowe mają mniej kontaktu z zewnętrznym korektorem niż np. benedyktyni prowadzący szkołę czy hospicjum. Czy to ma znaczenie dla tego co dzieje się wewnątrz?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@glozka56)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 509

@Balbinka_N, intuicja słuszna, ale nie taka prosta. Klauzurowe wspólnoty kobiece miały własne mechanizmy - kapituły, spowiedź u księdza z zewnątrz, korespondencję z teologami. Teresa z Ávili prowadziła reformę karmelitanek właśnie pisząc i jeżdżąc między klasztorami, nie siedząc w jednym miejscu. Izolacja fizyczna nie musi znaczyć izolacja intelektualna lub duchowa, choć może.


Odpowiedz
Wpisy: 161
(@malachitka)
Połączone: 9 miesięcy temu

Właściwie to mnie uderza jedna rzecz w tej rozmowie - mówimy dużo o strukturach, regułach, historii. A czy ktoś z was ma jakieś osobiste doświadczenie z klasztorem? Nie mówię o zostaniu mnichem, ale np. rekolekcje, dni skupienia, pobyt jako gość? Bo zastanawiam się czy to co opisujemy to jest w ogóle coś wyczuwalnego gdy się tam trafi.


Odpowiedz
Wpisy: 617
Rozpoczynający temat
(@klimcia90)
Połączone: 1 miesiąc temu

Byłam na rekolekcjach ignacjańskich kilka lat temu, tydzień w klasztorze. I wiesz co - ta struktura, o której tyle tu mówimy, jest naprawdę fizycznie odczuwalna. Cisza o określonych porach, posiłki bez rozmów, ta rytmiczność dnia. Pierwsze dwa dni byłam roztrzęsiona bo mój normalny rytm był zupełnie inny. A potem coś w środku zaczęło się uspokajać i naprawdę zrozumiałam o co chodzi z tym 'obronieniem się od rozproszenia'. Ale tydzień to nie jest rok.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@honorek)
Połączone: 11 miesięcy temu

Wpisy: 236

@Klimcia90, to jest coś czego nie byłem w stanie sobie wyobrazić czytając o tym - że ta struktura jest fizycznie odczuwalna. Zawsze myślałem o klasztorze bardziej abstrakcyjnie, jako o 'miejscu modlitwy'. A to o czym mówisz to brzmi bardziej jak coś co robi z człowiekiem organizm, nie tylko umysł. Czy po powrocie coś z tego zostało?


Odpowiedz
Wpisy: 617
Rozpoczynający temat
(@klimcia90)
Połączone: 1 miesiąc temu

Zostało jakieś dwa tygodnie, może trzy. A potem życie wciągnęło z powrotem. I to jest chyba właśnie argument za tym, że długotrwałość ma znaczenie - że tygodniowe rekolekcje to jak zajrzenie przez okno, a nie wejście do środka. Ale nie wiem czy ja bym chciała wejść na stałe, szczerze mówiąc.


Odpowiedz
Wpisy: 105
(@swarog)
Połączone: 10 miesięcy temu

A jeśli ktoś nie chce wchodzić na stałe, ale chce czegoś więcej niż tydzień - to co tradycje monastyczne mają do zaoferowania? Pytam bo np. w zen jest praktyka jukai, są intensywne sesshin, jest możliwość bycia świeckim praktykującym z naprawdę rygorystyczną dyscypliną. Czy inne tradycje mają podobne rozwiązania dla tych 'w połowie'?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@seraphina)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 250

@Swarog, i to jest właściwie odrębna gałąź całego tematu - oblaci benedyktyńscy, tercjarze franciszkańscy, świeccy dominikanie. W chrześcijaństwie mamy całą tradycję życia monastycznego 'w świecie'. Ale zawsze powracało pytanie: czy to jest pełna droga, czy jej osłabiona wersja? I różne tradycje odpowiadały różnie - François de Sales uważał że świętość jest możliwa w każdym stanie, a część mnichów miała opory.


Odpowiedz
Wpisy: 276
(@roksanka_69)
Połączone: 2 lata temu

Tercjarze to ciekawy temat, bo ja zawsze myślałam że to jest trochę takie 'na niby'. Ale słyszałam o świeckich buddystach w Birmie i Tajlandii którzy traktują śluby z całą powagą i nie mają z tym problemu że nie żyją w klasztorze. To może kwestia tego jak dana kultura patrzy na to powiązanie świeckości i praktyki?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@mamunaa)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 356

@Roksanka_69, no ale w kulturach gdzie buddyzm jest religią większości, ta granica między świeckim a mnichem jest i tak bardziej płynna, bo np. mężczyzna może wstąpić do klasztoru na kilka miesięcy i wrócić - to jest normalna praktyka w Tajlandii czy Birmie. I to nie jest traktowane jako porażka tylko jako etap. U nas coś takiego w chrześcijaństwie jest trudne do wyobrażenia, wyjście z klasztoru jest raczej dramatem niż opcją.


Odpowiedz
Wpisy: 326
(@oleandra_50)
Połączone: 1 rok temu

I to jest według mnie jedna z największych różnic strukturalnych między tymi tradycjami. Chrześcijański monastycyzm przez wieki traktował śluby jako nieodwołalne - stąd dramat każdego odejścia. Buddyjski sangha był bardziej przepuszczalny, przynajmniej w niektórych krajach. To wpływa na całą psychologię tej drogi - inaczej wchodzisz gdy wiesz że możesz wyjść, a inaczej gdy mosty są spalone.


Odpowiedz
Wpisy: 133
(@pochwist85)
Połączone: 1 rok temu

To że w buddyzmie można wyjść i wrócić - czy to nie sprawia, że ta instytucja jest jednak trwalsza? Bo jeśli ktoś wchodzi wiedząc że to ostateczne i potem tego żałuje, to albo odchodzi z poczuciem klęski, albo zostaje z czymś zamrożonym w środku. A jeśli jest opcja wyjścia, to może ci co zostają, zostają naprawdę z wyboru, nie z braku drogi powrotu?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@oleandra_50)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 326

@Pochwist85, to jest bardzo ważne pytanie i myślę że odpowiedź nie jest prosta. Ta przepuszczalność sanghi buddyjskiej nie jest tylko kwestią 'mniejszego stresu wejścia' - ona wynika z zupełnie innego rozumienia tego czym jest ścieżka. Jeśli celem jest wyzwolenie, a nie zbawienie przez przynależność do wspólnoty, to samo bycie mnichem nie zbawia. Więc wychodzenie i wracanie nie jest zdradą, tylko elementem praktyki. Ale chrześcijański model zakładał coś innego - że ślub jest aktem definitywnym właśnie dlatego, że jest oddaniem siebie. I w tej logice każde wyjście jest rozerwaniem, nie przerwą. Mnie ciekawi czy ta różnica dogmatyczna przekłada się na to jak ludzie faktycznie przeżywają kryzys w klasztorze.


Odpowiedz
Wpisy: 270
(@syriana67)
Połączone: 11 miesięcy temu

A właściwie - czy są jakieś dane albo chociaż relacje o tym, co dzieje się z ludźmi którzy odchodzą z klasztoru po wielu latach? Bo mnie zastanawia jak wygląda to wychodzenie do świata po, powiedzmy, dwudziestu latach za klauzurą. Gdzieś czytałam że to jest podobno jeden z najtrudniejszych powrotów jakie istnieją, bo człowiek musi na nowo nauczyć się bardzo podstawowych rzeczy - jak robić zakupy, jak rozmawiać z ludźmi którzy mówią inaczej, jak zarządzać pieniędzmi.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@glozka56)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 509

@Syriana67, tak, jest sporo takich relacji, głównie z kręgu byłych zakonników katolickich. Część dotyczy właśnie tego szoku dezinstytucjonalizacji - terminu który przyszedł z psychiatrii, ale doskonale pasuje. Klasztor jest instytucją totalną w sensie Goffmanowskim: reguluje czas, przestrzeń, relacje, język. Po wyjściu wszystko jest otwarte i to otwarcie jest przytłaczające. Słyszałam o byłym benedyktynie który przez pierwsze miesiące po odejściu nie mógł wytrzymać w supermarkecie - nadmiar wyboru był fizycznie bolesny. Ale jest też druga strona - część tych ludzi mówi że tamte lata dały im coś trwałego w środku, co działa nawet po wyjściu.


Odpowiedz
(@honorek)
Połączone: 11 miesięcy temu

Wpisy: 236

@Glozka56, to z tym supermarketem robi na mnie wrażenie. Ale mam pytanie może naiwne - skoro to jest tak trudne, to po co w ogóle się wychodzi? Czy to jest kwestia tego że ta ścieżka jednak nie pasowała, czy że coś się zewnętrznie zmieniło, czy po prostu człowiek dorasta do czegoś innego? Bo zastanawia mnie czy odejście z klasztoru po długich latach jest częściej porażką czy jakimś innym rodzajem zakończenia.


Odpowiedz
Wpisy: 357
(@runomiraa)
Połączone: 9 miesięcy temu

Właśnie - i to pytanie Honorka chyba dotyka czegoś co w tej rozmowie cały czas krąży wokół: kto definiuje 'sukces' na ścieżce monastycznej? Jeśli mnich odchodzi po dwudziestu latach głęboko przemieniony wewnętrznie, ale jednak odchodzi - czy to jest droga ukończona czy przerwana? W tradycji tybetańskiej słyszałam że są joginowie którzy spędzają lata w odosobnieniu, wychodzą, żyją normalnie, i nikt nie mówi że 'zmarnowali' to odosobnienie. Odwrotnie - to odosobnienie jest właśnie po to żeby potem działać w świecie.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@mamunaa)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 356

@Runomiraa, no i to jest ta różnica której nie rozumiałam przez długi czas - że dla niektórych tradycji klasztor albo odosobnienie jest etapem, a nie stanem docelowym. W sufizmie też masz takie przejście: najpierw khalwa, czyli odosobnienie, a potem powrót do świata jako ktoś kto może dawać. Mistrz który nigdy nie wychodzi z pustelni jest w pewnym sensie niedokończony, przynajmniej według niektórych nurtów. Chociaż są i tacy którzy by z tym polemizowali mocno.


Odpowiedz
Wpisy: 140
(@albinek73)
Połączone: 8 miesięcy temu

To co mówicie o powrocie do świata jako części ścieżki - czy to nie jest też po prostu wygodne uzasadnienie dla tych którzy nie wytrzymują? Nie mówię że tak jest, ale zastanawiam się jak odróżnić 'wyszedłem bo moja ścieżka wymagała powrotu' od 'wyszedłem bo nie dałem rady i teraz szukam ładnego wytłumaczenia'. Kto to w ogóle może ocenić z zewnątrz, albo nawet od wewnątrz?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@seraphina)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 250

@Albinek73, i to jest właśnie ten problem który miał rozwiązać mistrz, nauczyciel, przewodnik - ktoś kto zna drogę i rozpoznaje w uczniu gdzie jest naprawdę. Ale czy taki ktoś zawsze istnieje i zawsze jest kompetentny - to już inne pytanie. Chyba każda tradycja monastyczna ma własną wersję kryzysu autorytetu nauczyciela. Myślę że ta niemożność odróżnienia 'dojrzałego odejścia' od 'ucieczki' to jest właśnie jeden z najtrudniejszych punktów całego systemu, i żadna tradycja go w pełni nie rozwiązała.


Odpowiedz
Wpisy: 617
Rozpoczynający temat
(@klimcia90)
Połączone: 1 miesiąc temu

Słuchajcie, wracając do tego co Honorek pytał - mam wrażenie że to rozróżnienie między porażką a zakończeniem mocno zależy od narracji jaką dana wspólnota buduje wokół odejścia. Na tych rekolekcjach ignacjańskich rozmawiałam z siostrą która mówiła że znała w życiu dwie osoby które 'odeszły z powołania' i dla obu to było coś jak żałoba, bo wspólnota traktowała to jako stratę, nie jako przejście. I właśnie to chyba najbardziej zostało mi w głowie - że rytuał wejścia w każdej tradycji jest wyraźny, a rytuał wyjścia prawie nie istnieje. Jakby tradycja nie wiedziała co z tym zrobić.


Odpowiedz
Strona 3 / 3
Udostępnij: