Właśnie ten aspekt wielopokoleniowego przekazu mnie interesuje. Czy wiadomo, jak długo system Merkaby był przekazywany ustnie, zanim trafił do pisanego tekstu? I czy zachowały się jakieś ślady tego, jak się zmieniał w trakcie?
Te wewnętrzne sprzeczności to chyba klucz, który często się pomija. Znam to z run, gdzie różne manuskrypty dają różne przypisania, i ludzie chcą jednej odpowiedzi, a jej po prostu nie ma. Podejrzewam, że z Merkabach jest podobnie i różne szkoły miały różne zestawy pieczęci, a potem ktoś to wszystko połączył?
Słucham tej rozmowy z boku i mam jedno laickie pytanie. Czy te szkoły ze sobą konkurowały? Tzn. czy były jakieś napięcia między nimi, spory o to, czyja mapa niebios jest prawdziwa?
To porównanie do Hillela i Szammaja jest dla mnie pierwsze zrozumiałe odniesienie od dłuższego czasu w tym wątku. Ale pytam dalej, czy te spory wpłynęły na to, co ostatecznie weszło do kabały? Czy kabała wybrała jakąś konkretną tradycję Merkaby jako tę 'właściwą'?
Ta przemiana z proceduralnego na symboliczne jest dla mnie kluczowa. Boleslaw wcześniej porównywał to do inicjacji. Czy w momencie, kiedy system stał się symboliczny, to stracił też charakter inicjacyjny? Czy kabała miała własne odpowiedniki tych progów?
Mam pytanie, które trochę cofa nas do początku, ale myślę, że jest ważne po tym wszystkim. Jeśli system był tak skomplikowany, pieczęcie, liczby, ryzyko wyrzucenia przez anioły, niebezpieczeństwo fizyczne jak w przypadku Ben Azzaja, to dlaczego w ogóle ktoś chciał to praktykować? Co adept miał zyskać? Bo dotąd mówimy głównie o tym, co mógł stracić.
To co Boleslaw napisał o niebiańskiej liturgii jako celu... nie spodziewałam się czegoś tak... poetyckiego? Zawsze myślałam, że mistyka żydowska jest bardziej o wiedzy, o poznaniu. A tu wychodzi, że chodzi o śpiew razem z aniołami. Czy to w ogóle zbliża się do czegoś, co dzisiaj mogłabym sobie wyobrazić jako doświadczenie?
Poczekaj, Boleslaw, bo pardes to chyba coś innego niż Hekhalot? Tzn. historia czterech rabbich, Ben Azzaja, Ben Zomy, Achera i Akiby, to jest chyba wcześniejsza i oddzielna tradycja? Czy to się łączy z systemem pałaców, czy to tylko analogia?
Ta historia czterech rabbich zawsze mnie intryguje, bo każdy wyszedł z niej inaczej. Jeden umarł, jeden oszalał, jeden 'poobcinał sadzonki', czyli popadł w herezję, i tylko Akiba wszedł w pokoju i wyszedł w pokoju. Czy w tekstach Hekhalot jest jakieś wyjaśnienie, dlaczego Akiba dał radę, a reszta nie? Czy to była kwestia przygotowania, charakteru, czy czegoś jeszcze innego?
Mystica, ale czy to nie jest post-hoc racjonalizacja? Tzn. ktoś poniósł w tej praktyce uszczerbek, a tradycja potem szuka wyjaśnienia 'dlaczego jemu nie wyszło', żeby system wyglądał logicznie. Nie mówię, że nieprawda, ale podobne wzorce widzę w tradycji run, gdzie jak ktoś ma złe wyniki, to się mówi, że 'nieczysty' albo 'niecierpliwy', a jak dobre, to 'gotowy'. To trochę nieweryfikowalna pętla.
Wróćmy może na chwilę do kwestii pieczęci, bo wcześniej pojawiło się to tylko skrótowo. Czy te pieczęcie były słowne, wizualne, a może i jedno i drugie? I czy były przypisane konkretnym pałacom, czy jeden zestaw otwierał wszystkie?
To mi przypomina pracę z czakrami, gdzie każde centrum ma własną częstotliwość, własny dźwięk, własny kolor. Nie otwierasz serca mantrą gardła. Czy to jest zbieżność przypadkowa, czy może te systemy rozwijały się równolegle, mając dostęp do podobnej wiedzy o strukturze rzeczywistości?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które może być naiwne. Czy ktokolwiek dzisiaj próbuje praktykować Merkabach w oryginalnej formie? Tzn. z pieczęciami, z tekstami, z tą całą proceduralną strukturą? I jeśli tak, to gdzie się tego w ogóle uczy?
Czyli właściwie nikt dziś nie wchodzi do tych pałaców w dosłownym sensie? To rozumiem, że to jest bezpieczniejsze, ale czy nie oznacza, że ta wiedza jest po prostu martwa? Jak zabiera się z czegoś praktykę, to zostaje tylko muzeum.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i muszę zapytać wprost: jeśli to jest dostępne tylko dla wybranych i nigdy nie było masowe, to po co te teksty w ogóle istnieją? Dla kogo były pisane? Żeby ktoś mógł je przeczytać i wiedzieć, że nie może spróbować?
A skoro już mówimy o zmianie świadomości to muszę dopytać coś, co mnie dręczy od początku tej rozmowy. Czy te pałace niebieskie są miejscami, do których się dociera po śmierci, czy można tam wejść będąc żywym? Bo różne posty sugerują różne rzeczy i trochę mi się to miesza.
Wiechlina, to może nie jest aż tak sprzeczne. Jeśli założysz, że te pałace są strukturami rzeczywistości, a nie miejscami geograficznymi, to wtedy świadomość może do nich docierać niezależnie od tego, czy jest połączona z ciałem czy nie. To trochę jak zapytać, czy sen jest miejscem. Możesz tam być żywy lub umierając, ale sen jest sobą.
Ale Boleslaw, to brzmi jak retroaktywna mitologia. Skąd wiemy, że ta interpretacja jest autentyczna, a nie jest pomysłem jakiegoś komentatora z XII wieku, który chciał wyjaśnić, dlaczego praktyka jest niebezpieczna? Mam wrażenie, że nakładamy na te teksty interpretacje, które są od nich o kilka wieków młodsze.
Mam pytanie może trochę z boku, ale chyba pasuje. Czy w tych tekstach jest cokolwiek o tym, co widać w tych pałacach? Bo cały czas mówimy o dojściu do nich, o strażnikach, o pieczęciach, ale co tam w środku? Co mistyk widzi gdy już przejdzie?
Ale czy to nie może być też zasłona dymna? Tzn. jeśli czegoś nie można opisać, to nie można też sprawdzić, czy ktoś to widział. W medytacji z czakrami masz konkretne wrażenia i jeśli opisujesz je innej osobie, która przeszła podobną drogę, możecie porównać doświadczenia. Przy 'nie do opisania' nie ma żadnej weryfikacji.
Wozka90 i Zawilec dotykają tu napięcia, które jest chyba fundamentalne dla całej tej tradycji. Teksty Hekhalot są niezwykle szczegółowe w opisie drogi i strażników, a zarazem powściągliwe w opisie celu. To nie jest sprzeczność. To jest taka sama logika, jak w każdej inicjacji: instrukcja jak dojść jest możliwa, opis samego doświadczenia jest poza instrukcją.
Boleslaw, ta analogia z mapą inicjacyjną bardzo mi pomogła. Ale teraz mam nowe pytanie, bo siedzę i myślę o tej różnicy między 'droga' a 'cel'. Czy w samych tekstach Hekhalot jest w ogóle mowa o tym, co mistyk czuje podczas przejścia przez te pałace? Bo jeśli cel jest nieopisywalny, to może przynajmniej droga jest jakoś bardziej konkretnie opisana?
Nie, chyba nie muszą. Ale jeśli opisują podobne stany ciała i podobne etapy, to przynajmniej coś wspólnego jest, nie? Chodzi mi o to, czy można się czegoś o Merkabie nauczyć z doświadczeń jogi, jeśli nie mamy dostępu do samej praktyki mistycznej.
Mam tu inne zdanie niż Boleslaw pewnie by miał. Ten fenomenologiczny most między tradycjami jest bardzo ryzykowny. W runach też mam podobny problem, kiedy ludzie mieszają systemy. Jeśli zaczniesz interpretowaćMerkabę przez jogę, to w pewnym momencie nie wiesz już, co badasz. Czy to wciąż judaizm mistyczny, czy new age z żydowskim słownictwem?
Nie wiem, czy dobrze rozumiem ten spór. Tzn. czy chodzi o to, że porównanie jest ok, ale łączenie systemów w praktyce już nie? Bo jeśli tak, to gdzie jest granica? W tarocie mam karty z symboliką kabalistyczną i nikt nie mówi, że to herezja. Czy Merkaba jest inaczej chroniona jako tradycja?
Hej, wróćcie do tego wątku z niebezpieczeństwem. Wcześniej było o tym, że nieodpowiedni podróżnik mógł 'nie wrócić'. Co to właściwie znaczy w tych tekstach? Że umierał? Że tracił rozum? Że utykał gdzieś w tych pałacach? Bo to brzmi dramatycznie i chciałabym zrozumieć, o jakim rodzaju ryzyka mówimy.
Mnie bardziej interesuje ten Acher, Elisza ben Awuja. 'Wyciął sadzonki' to metafora, której nie rozumiem. Co konkretnie miało to oznaczać? Bo utrata wiary po doświadczeniu mistycznym to brzmi jak coś bardzo specyficznego i chciałabym wiedzieć, czy teksty to jakoś rozwijają.
