To jest chyba najciemniejszy wątek tej rozmowy. Człowiek wchodzi, widzi coś, czego nie może objąć, i wychodzi zmieniony w sposób, którego wspólnota nie akceptuje. To nie jest tylko niebezpieczeństwo dla podróżnika, to jest niebezpieczeństwo dla całego systemu wiary. Czy Scholem albo inni badacze jakoś to komentują, czy zostawiali to jako otwarte?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wrażenie, że ten wątek z Acherem dotyka czegoś, o czym się rzadko mówi w kontekście medytacji w ogóle. Że doświadczenie może być zbyt duże na ramy, w których się pracuje. Mam podobne refleksje po niektórych głębszych sesjach, choć to oczywiście inny poziom. Czy w samej tradycji Hekhalot jest jakaś odpowiedź na to, jak nie zostać Acherem?
To co Boleslaw napisał o kontenerze wewnętrznym bardzo mi coś rozjaśniło. Wracam do początku wątku i teraz inaczej patrzę na te listy wymagań. Może ta selekcja nie była elitarna w sensie snobistycznym, tylko po prostu pragmatyczna. Pytanie tylko, kto decydował, że ktoś ma wystarczający kontener? Czy był jakiś nauczyciel, mistrz, czy każdy oceniał siebie sam?
To pytanie o to, kto decydował, zostało bez odpowiedzi. Boleslaw, czy w tekstach jest jakaś wskazówka, kto pełnił rolę nauczyciela albo weryfikatora? Bo jeśli system miał chronić przed psychicznym rozpadem, to musiał być ktoś, kto przeprowadzał tę selekcję.
To rozróżnienie, które zrobiłeś, między żywą praktyką a literackim śladem, jest dla mnie kluczowe. Gershom Scholem argumentował, że już w momencie redakcji wielu z tych tekstów praktyka mogła być częściowo martwa. Ale czy to znaczy, że teksty są bezużyteczne dla kogoś, kto szuka czegoś realnego w tej tradycji?
Właśnie tutaj pojawia się ten fundamentalny problem z całą literaturą Hekhalot. Mamy teksty, które opisują praktykę z niezwykłą precyzją, listy aniołów, hymny, pieczęcie, ale nie mamy ciągłości przekazu. To jest jak znalezienie szczegółowej instrukcji obsługi do urządzenia, którego nikt już nie pamięta, jak wyglądało. I to jest zupełnie inne niż np. kabała lurianicka, gdzie mamy przynajmniej Safed jako historyczny punkt.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale czy to nie jest ten sam problem, który ma tarot? Znaczy, w tarocie też mamy dziewiętnastowieczne nakładanie kabały na karty, których historia jest zupełnie inna. I jakoś to nie przeszkadza, że ludzie pracują z tym systemem i coś z tego wychodzi. Dlaczego Merkaba miałaby być inna?
Mam pytanie, może naiwne, ale cały czas mi to siedzi w głowie. Skoro te podróże przez pałace były tak niebezpieczne i wymagały tyle przygotowania, to po co w ogóle ktoś to robił? Co zyskiwał po dotarciu do siódmego pałacu? Czy teksty to w ogóle opisują?
Niebiańska liturgia jako cel, to coś, czego się nie spodziewałam. Bo na poziomie medytacyjnym to ma całkowicie sens. Stan, w którym czujesz się częścią czegoś większego, harmonią, a nie kontrolą. Ale zastanawiam się, czy ta liturgiczna strona była zawsze priorytetem, czy może w różnych tekstach Hekhalot ten cel jest opisywany różnie?
Czyli mamy dwa różne nurty w tej samej literaturze? Jeden kontemplacyjny, liturgiczny, a drugi bardziej praktyczny, zorientowany na konkretny efekt? Bo to by tłumaczyło, dlaczego tak trudno te teksty sklasyfikować. Kianitka, czy te nurty się przeplatają w tych samych tekstach, czy da się je rozdzielić?
I to jest punkt, w którym komparatystyka robi się szczególnie skomplikowana. Jeśli sam korpus jest niestabilny, to porównywanie go z np. suficką drogą stacji jest obarczone ryzykiem, bo porównujesz coś ruchomego z czymś bardziej zdefiniowanym. Wolfson sobie z tym radził, ale wymagało to bardzo ostrożnej metodologii.
Przepraszam, że wracam do wcześniejszego wątku, ale to, co Kianitka powiedziała o Sar Torah, czyli o zdobyciu pamięci i rozumienia, to brzmi prawie jak coś, czego bym chciała. Czy to jest tradycja, która gdzieś jeszcze żyje, czy to tylko tekst historyczny?
To, o czym mówi Naparstnica, kojarzy mi się z podobnym problemem w runach. Są systemy, które można pracować z nimi na własną rękę, stopniowo, z ostrożnością. I są takie, gdzie bez żywego przekazu możesz zrobić coś nie tak nie dlatego, że duchy się rozzłoszczą, ale dlatego, że nie masz korekty, gdy coś idzie nie tak we wewnętrznej pracy.
Wracając do pytania Anielci i tego, co napisała Naparstnica. Sar Torah jako żywa praktyka to bardzo ciekawy przypadek. Są chasydzi, którzy mają własne techniki uczenia się Tory z elementami, które mogą być odległymi echem tych tradycji, ale bez zachowania ciągłości z samymi tekstami Hekhalot. To nie jest tak, że ta wiedza gdzieś się ukryła i czeka. Pytanie o to, co żyje i co jest martwe w tej tradycji, jest szczerze otwarte.
Boleslaw, czy możesz powiedzieć, co cię osobiście przyciągnęło do tych tekstów? Bo przez całą rozmowę mówisz o nich z dużą znajomością, ale nie powiedziałeś, skąd to twoje zainteresowanie. Pytam, bo może to pomoże mi zrozumieć, jak do tego podchodzić komuś, kto nie jest akademikiem, ale też nie chce po prostu robić czegoś bezmyślnie.
