Siedzę nad tym pytaniem od jakiegoś czasu i nie mogę się zdecydować, jak to właściwie nazwać. Kult przodków w Chinach, Japonii, Korei - to coś, co przenika dosłownie każdy aspekt życia: ołtarzyki w domach, jedzenie składane duchom, Qingming, Obon... Ale czy to religia? Większość ludzi tam zapytanych odpowie, że to "tradycja rodzinna", nie religia. Z drugiej strony konfucjanizm, który to wszystko mocno ustrukturyzował, bywa klasyfikowany jako religia albo jako filozofia, zależnie od tego, kogo się pyta. Jak wy to widzicie? Bo ja mam wrażenie, że zachodnie kategorie po prostu nie pasują do tego zjawiska.
To jest właśnie ten problem z naszym europejskim patrzeniem - mamy jedno słowo "religia" i próbujemy wcisnąć w nie wszystko. W Azji Wschodniej granica między religią, filozofią i tradycją rodzinną jest płynna. Shinto w Japonii przez wieki oficjalnie nie było religią, bo inaczej nie dałoby się połączyć z buddyzmem. Ludzie chodzili do świątyni shinto na urodziny, do buddyjskiej na pogrzeb i nie widzieli w tym żadnej sprzeczności. Kult przodków po prostu funkcjonuje w tej samej logice - nie musisz "wierzyć", żeby praktykować.
A te ołtarzyki domowe - wyobrażam sobie, że różnią się znacznie między krajami? W Japonii chyba inaczej wyglądają niż w Chinach? Zastanawiam się, czy to co się na nich umieszcza ma jakieś ustalone reguły, czy każda rodzina robi to po swojemu.
Czytałam, że w Chinach podczas Qingming ludzie palą papierowe repliki telefonów komórkowych, samochodów, nawet iPhonów dla przodków. To mnie trochę rozśmieszyło, ale jednocześnie pomyślałam, że to bardzo żywa tradycja - skoro dostosowuje się do współczesności, to znaczy, że naprawdę traktują tę wymianę z przodkami poważnie, nie?
No to nie to samo. Świeczka to symbol modlitwy, a nie dosłwne zaopatrywanie świętego w świeczkę. A tutaj palą repliki żeby duch miał auto. To inna logika kompletnie.
Ja się zastanawiam ile z tego co dziś ludzie robią w Azji to naprawde wiara a ile to po prostu robię bo babcia robiła. Bo u nas w Polsce też mamy znicze na grobach i nikt nie pyta czy wierzy w duchy. Po prostu sie idzie i zapala. Ciekawe ile procent Chińczyków faktycznie myśli że duch dziadka odbierze ten papierowy telefon.
Słuchajcie, a czy gdzieś czytaliście o związkach kultu przodków z zoroastryzmem? Bo kojarzę, że Zoroaster miał też jakiś specyficzny stosunek do duchów przodków i do świata po śmierci. Zastanawiam się czy ta wschodnia tradycja i perska mistyka mają jakiś wspólny korzeń, czy to przypadkowe podobieństwo.
Dorzucę tu coś o czym rzadko się mówi - zoroastryzm miał bardzo konkretną wizję tego, co dzieje się z duszą po śmierci. Przez trzy dni dusza zostaje przy ciele, potem przekracza most Cinwat, gdzie jest ważona jej dobroć. To jest struktura bliźniaczo podobna do egipskiej Sali Dwóch Prawd z ważeniem serca, do buddyjskiego pośmiertnego sądu w Bardo, do chrześcijańskiego sądu szczegółowego. Kult przodków w Azji Wschodniej jest jednak inny - tam przodkowie nie są gdzieś daleko po przejściu sądu, oni są blisko, obecni, aktywni w sprawach rodziny. To inna teologia śmierci.
ale może zamiast pytać religia czy nie, powinniśmy zapytać - co to w ogóle daje ludziom którzy to praktykują? bo chyba o to chodzi w tym temacie. czy kult przodków spełnia te same funkcje co religia - daje poczucie sensu, ciągłości, wspólnoty?
A wracając do zoroastryzmu - bo mnie to nie opuszcza - czy poza tym mostem Cinwat i fravashi jest coś jeszcze co mogło przejść do tradycji judeochrześcijańskiej? Lurisk, Mistralka, coś wiecie o tym?
No ale to może przypadkowe podobieństwo. Ludzie zawsze wymyślali zbawicieli na koniec czasów, bo bali się śmierci i chcieli nadziei. Nie trzeba perskiego źródła żeby na to wpaść.
I żeby zamknąć tę pętlę z głównym tematem - w Azji Wschodniej kult przodków też nie powstawał w próżni. Buddyzm, który dotarł tam z Indii przez Jedwabny Szlak, nałożył się na wcześniejsze lokalne wierzenia. Podobnie jak zoroastryzm mógł nałożyć się na judaizm. Może to jest właśnie odpowiedź na pytanie z tytułu - kult przodków to ani czysta religia ani czysta tradycja, bo żadna z tych kategorii nigdy nie istnieje w izolacji.
Wedrowiec, to co napisałeś o nakładaniu się tradycji mnie bardzo uderzyło. Czyli buddyzm dotarł do Chin i Japonii i po prostu wchłonął wcześniejsze kulty przodków? Albo te kulty wchłonęły buddyzm? Bo ja nie rozumiem, która strona była silniejsza.
no ale to trochę brzmi jak tłumaczenie że jedzenie cukierków w noc świętojańską to rytuał magiczny bo "ciało wie co robić". trochę naciągane. jeśli nie ma świadomego przekonania że duch przodka jest obecny, to gdzie tu religia?
Wedrowiec, to jest chyba najważniejsza rzecz jaką ktoś napisał w tym wątku. Bo my ciągle dyskutujemy o definicjach, a tam po prostu ktoś siada, zapala kadzidło i rozmawia. Bez pytania "czy to religia".
A jak ta praktyka wygląda w rodzinach mieszanych albo wśród Azjatów żyjących za granicą? Bo zastanawiam się czy kult przodków przetrwa np. drugie pokolenie w Europie, czy zanika bez środowiska.
I tu wróćmy do zoroastryzmu przez chwilę, bo Henia wcześniej pytała. Fravashi w tej tradycji też nie są zależne od potomków - to bardziej kosmiczne byty. Różnica jest fundamentalna: w Azji Wschodniej przodek potrzebuje żywych, a w zoroastryzmie fravashi sam ochrania żywych. Odwrócona zależność. To mi pokazuje że pomimo podobieństwa powierzchniowego kult przodków w różnych tradycjach rozwiązuje ten problem zupełnie inaczej.
Wedrowiec, to zestawienie fravashi z kultem przodków w Azji Wschodniej jest naprawdę celne. Bo jeśli w zoroastryzmie duch chroni żywych niezależnie od tego czy o nim pamiętają, to mamy zupełnie inną logikę duchowości - nie kontrakt, nie wymiana, ale coś bardziej jednostronnego. Ciekawi mnie tylko jedno: czy Zoroaster w ogóle mówił o kulcie przodków jako takim, czy fravashi to jednak coś innego niż "duch babci"?
To mnie zastanawia - czy w takim razie te duchy mogą nie chcieć kontaktu? Znaczy się, czy przodek może odejść i nie mieć ochoty być przywoływany? Czy z definicji jak ktoś jest twoim przodkiem, to jest dostępny?
O, to jest trochę jak ta japońska koncepcja goryō - duchy osób które umarły z silnymi emocjami, żalem, gniewem. Chyba słyszałam że przez długi czas w Japonii były wręcz oficjalne rytuały żeby uspokajać takie duchy wielkich postaci historycznych. To nie była marginesowa praktyka, tylko coś na poziomie państwowym, prawda?
Słuchajcie, wracam do praktycznej strony bo trochę odeszliśmy - zastanawiam się nad tymi ołtarzykami. Skoro są takim "punktem kontaktowym" jak Celtyk napisał, to czy ma znaczenie co się na nim stawia? Czy istnieją jakieś zasady co do przedmiotów, fotografii, oferowanych rzeczy? Bo to mi się kojarzy z ołtarzami domowymi w innych tradycjach i ciekawi mnie czy jest tu jakaś zbieżność.
Wedrowiec, ale to rozróżnienie które robisz - tradycja kontra religia - jest według mnie trochę sztuczne. Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy że duch babci istnieje i przyjmuje ofiary, to nie robi tego z przyzwyczajenia kulturowego. Robi to z przekonania o tym jak działa rzeczywistość. Czyli spełnia twoje kryterium religii. A jeśli ktoś inny stawia te same rzeczy na ołtarzyku bo "tak się robi w rodzinie", to jest tradycja. Ten sam rytuał, dwa różne statusy?
Ale poczekajcie - jeśli sens rytuału zależy od tego co wierzysz, to jak w ogóle badać te tradycje z zewnątrz? Anthropolodzy i religioznawcy muszą jakoś kategoryzować, nie mogą pytać każdej osoby osobno czy to dla niej religia czy nie. Czy jest jakiś konsensus jak to klasyfikować?
ale miał być - konfucjanizm. Konfucjusz właśnie zajął sie porządkowaniem kultu przodków i zrobił z tego system społeczno-moralny. tylkoo że nie religijny w sensie zachodnim. wyszedł z tego coś pomiędzy filozofią a kodeksem społecznym. i to tez tłumaczy czemu tak trudno to zakatalogować.
Czyli Konfucjusz budował kult przodków na etyce, nie na teologii? To trochę odwrotnie niż u nas - tutaj najpierw jest wiara w Boga, z tego wynika moralność. Tam najpierw jest moralność wobec rodziny i przodków, a czy duchy naprawdę istnieją - niekoniecznie ważne?
Wrócę do tego co pisał Wedrowiec o złośliwym dziadku który po śmierci traci indywidualność. Jeśli dobrze rozumiem, to po jakimś czasie duch roztapia się w tej zbiorowej energii rodu? A co z konkretnymi wspomnieniami i osobowością? Bo to brzmi jakby śmierć była podwójna - raz fizyczna, raz ta ostateczna gdy już nikt nie pamięta.
Ale to trochę zmienia odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie o przodków którzy mogą nie chcieć kontaktu. Jeśli po kilku pokoleniach i tak tracą indywidualność, to czy w ogóle mają "wolę" w tym sensie? Może wolę mają tylko przez kilka pokoleń po śmierci, kiedy jeszcze są "sobą"?
