Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze poza mną drążył temat roślin i owoców, które w różnych tradycjach duchowych pełnią rolę sakralną. Nie mówię tylko o ziołach używanych w rytuałach, bo to osobna historia, ale o roślinach, którym przypisuje się dosłownie boską obecność albo które są łącznikiem między człowiekiem a sacrum. Figa w judaizmie, lotos w hinduizmie i buddyzmie, dąb u Słowian i Celtów, jabłko w rozmaitych mitologiach. Co ciekawe, te same rośliny często pojawiają się w zupełnie od siebie odległych kulturach, w podobnej roli. Ciekawa jestem, czy ktoś z was miał do czynienia z konkretną tradycją, która szczególnie mocno opiera się na symbolice roślinnej.
To ciekawy temat, bo mam wrażenie, że bardzo często mylimy ze sobą dwie rzeczy: roślinę jako symbol religijny i roślinę jako realny składnik praktyki. Lotos to jedno, ale lotos używany w rytuale to coś zupełnie innego. Pytanie do ciebie, Mokosza, bo wspomniałaś o dębie u Słowian: czy mówimy o dębie jako symbolu bóstwa, czy o konkretnych praktykach, na przykład składaniu ofiar pod dębem? Bo to zmienia całkowicie sposób, w jaki patrzymy na taką roślinę w kontekście duchowym.
Przepraszam, że wchodzę, bo nie jestem ekspertką, ale właśnie czytałam o konfucjanizmie i zastanawiam się, czy tam w ogóle są jakieś rośliny sakralne. Bo Konfucjusz to przecież raczej system etyczny niż religia, nie? Chrysantema pojawia się w kulturze chińskiej, ale nie wiem, czy to jest duchowość, czy po prostu estetyka i filozofia. Czy ktoś wie, gdzie tu jest granica?
I tutaj właśnie pojawia się pytanie, które mnie nurtuje od dawna: czy żeby roślina była święta, potrzebuje bóstwa, do którego jest przypisana? Bo w taoizmie mamy bambus jako symbol długowieczności i pustki, co jest bardzo duchową kategorią, ale bez personalnego boga, który by za tym stał. Czy to czyni bambusa mniej sakralnym niż lotos w buddyzmie? Nie wiem, czy macie na to jakiś punkt odniesienia.
Ja słyszałam, że w rytuałach używa się lawendy albo rozmarynu i to też są rośliny, które mają jakieś duchowe znaczenie, prawda? Nie wiem, czy to ta sama kategoria, co lotos czy dąb, ale na przykład rozmaryn jest podobno używany do oczyszczania przestrzeni. Czy to zalicza się do świętych roślin?
To co piszecie o duchach drzew bardzo mi się kojarzy z tym, co opowiadała moja babcia. Mówiła, że stara lipa przy domu ma swojego ducha i nie wolno pod nią nic robić po zmroku. Nigdy nie traktowałam tego poważnie, ale teraz czytam, że to może mieć naprawdę stare korzenie. Czy ktoś wie, czy lipa ma jakieś szczególne miejsce w wierzeniach słowiańskich?
Wracając do wątku głównego, bo zaczęliśmy schodzić w stronę praktyki, a temat jest szerszy: ciekawe jest to, że wiele owoców uważanych za święte ma też wymiar kosmologiczny, czyli opisuje strukturę świata. Jabłko przecięte w poprzek ma wzór pięcioramiennej gwiazdy, co przypisuje mu się jako dowód boskiej geometrii. Granat ma określoną liczbę ziaren, różnie podawaną w różnych tradycjach, i ta liczba ma znaczenie symboliczne. Czy ktoś zna inne przykłady, gdzie budowa owocu sama w sobie była interpretowana jako znak sacrum?
To, o czym mówi Terenia, jest bardzo dobrze widoczne w tradycjach słowiańskich, gdzie akurat mamy mniej pisanych źródeł i więcej musimy wnioskować z praktyki. Jabłko było dawane pannie młodej, wkładane do trumny, używane w rytuałach weselnych i żałobnych jednocześnie. Nie dlatego, że ktoś usiadł i wymyślił symbolikę, tylko dlatego, że owoc jest pełny, okrągły, słodki i się psuje, czyli sam w sobie opowiada o cyklu życia.
Mam pytanie, może głupie, ale właśnie o to jabłko. Jak się go używało w tych rytuałach weselnych? Czy to było jedzenie jabłka razem, czy dawanie go komuś, czy coś innego? Bo czytałam coś o walentynkowych przepowiedniach z jabłkiem, ale to chyba zupełnie inna kategoria.
Ulka mówi o wróżbach, a ja miałam na myśli rytuały włączenia, gdzie jabłko jako owoc symbolizowało płodność i przekazanie życia. Ale ta wróżba ze skórką to też jest interesujące, bo jabłko służy jako medium, przez które przyszłość może się ujawnić. Dwie różne funkcje tej samej rośliny w obrębie jednej kultury ludowej.
A wracając chwilę do konfucjanizmu, bo wcześniej był ten wątek i jakoś urwał. Mokosza pisała, że chrysantema i bambus są elementem kultury duchowej splecionej z konfucjanizmem. Ale czy te rośliny mają tam jakąś funkcję rytualną, czy to jest czysto estetyczno-filozoficzny symbol? Bo to chyba duża różnica.
Poczekajcie chwilę, bo chcę wrócić do wątku z konfucjanizmem, bo mi się w głowie nie układa. Tomir mówił, że chrysantema to metafora etyczna. Shangie odpowiedziała, że wpatrywanie się w symbol jest praktyką. Ale żadne z was nie powiedziało wprost, czy chrysantema i bambus są w konfucjanizmie czymś w rodzaju świętości, czy to jest po prostu... ideał estetyczny zapisany w kulturze? Bo te dwie rzeczy brzmią dla mnie zupełnie różnie.
Shangie dotyka czegoś ważnego, ale chcę dorzucić słowiański odpowiednik tego problemu. W słowiańskich wierzeniach drzewo, które rosło na rozstaju albo przy źródle, nie było kultem w sensie zorganizowanej liturgii. A jednak nikt go nie ścinał, zostawiano pod nim jedzenie, wiązano wstążki. Gdzie tu jest granica między kulturą, estetyką a kultem? Moim zdaniem ona nie istnieje tam tak ostro, jak chcemy ją rysować.
To, co Mokosza napisała o drzewie przy rozstaju, to mi przypomniało coś z dzieciństwa. U mojej babci na wsi była stara lipa przed domem i wszyscy jakoś instynktownie traktowali ją inaczej niż inne drzewa. Nikt nie mówił, że jest święta, ale nikt też nie próbował jej ścinać, nawet jak rosła niewygodnie. Czy to jest właśnie ten rodzaj sacrum, który nie ma nazwy?
Cis to bardzo dobry przykład i Nagietka trafia w coś konkretnego. Cis jest jedną z najdłużej żyjących roślin w Europie, żyje tysiące lat, jest wiecznie zielony, trujący i regeneruje się po ścięciu, odrasta z korzeni. Na cmentarzach był nie jako symbol śmierci, ale jako symbol tego, co nie umiera. Trujący, ale nieśmiertelny. Pytanie jest takie: czy roślina staje się święta przez swoją biologię, czy przez to, co ludzie w tej biologii widzą?
Mokosza zadała właśnie pytanie, które dla mnie zbiera całą tę rozmowę w jedno. Bo jeśli biologia narzuca symbol, to wróciłyśmy do tego, co mówiła Leontyna na początku, że roślina jest wcześniejsza od tradycji. Ale jeśli to jest to, co ludzie w biologii widzą, to znaczy, że dwie kultury mogą widzieć zupełnie co innego w tej samej roślinie. I obie będą miały rację?
Jałowiec i piołun to bardzo dobry kierunek. Ale chcę zapytać o coś, co mi siedzi od początku tej dyskusji. Czy te rośliny, które pojawiają się niezależnie w podobnych kontekstach, mają też coś wspólnego biologicznie? Jałowiec i piołun obie są aromatyczne, obie mają działanie antybakteryjne. Czy to może być ścieżka, którą szła ludzka intuicja, zanim była chemia?
Mokosza zadaje pytanie, które dla mnie jest kluczowe w pracy z roślinami. Aromat jest sygnałem. Kiedy pracuję z piołunem, czuję go zanim zobaczę, to nie jest neutralne doświadczenie. Może ludzkie ciało odbierało te sygnały i budowało wokół nich znaczenie. Ale czy to znaczy, że znaczenie jest biologiczne, czy że biologia jest bramą do czegoś innego?
Wróćmy może do konkretnych roślin, bo mi się ta rozmowa trochę urywa. Mówiłyśmy o cisie, głogu, jałowcu, piołunie. Wszystkie są albo trujące, albo silnie aromatyczne, albo długowieczne. Czy jest jakaś roślina uważana za świętą, która nie ma żadnej z tych cech? Coś zupełnie zwykłego?
To, co Ulka_64 powiedziała o ziemniaku, jest naprawdę warte uwagi. Bo jeśli babcia mówiła, że pierwszych nie wolno jeść samemu, to jest dokładnie ten typ zachowania, który Franek opisywał przy głogu. Zakaz bez wyjaśnienia, praktyka bez teologii. Ziemniak może być za młody na kult, ale nie jest za młody na tabu.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam wrażenie, że gdzieś zginął nam konfucjanizm. Chyba o to chodziło na początku, prawda? Czy te rośliny w konfucjanizmie, jak ta chrysantema, są traktowane tak samo jak na przykład cis w tradycji słowiańskiej? Bo mi się wydaje, że to jednak coś innego.
To, co Ulka_64 mówi o jabłku, jest dla mnie ważniejsze niż ziemniak. Jabłoń ma bardzo długą tradycję sakralną w słowiańszczyźnie, jest związana z Rodnią i z całym cyklem ofiarnym. "Drzewo się przyzwyczaja" brzmi nowocześnie, ale za tym zdaniem stoi coś, co wyglądałoby w dawnym kontekście jak szacunek wobec ducha drzewa. Czy twoja babcia robiła jeszcze cokolwiek szczególnego przy sadzie?
Właściwie tak, przed zbiorami zawsze stała chwilę przy drzewie i coś mówiła po cichu. Nigdy nie wiedziałam co. Myślałam, że się modli, ale teraz pytacie i zaczynam się zastanawiać, czy to nie było coś innego.
Okay, ale ja mam teraz inne pytanie. Mówimy o jabłoni, jałowcu, piołunie, ryżu, chrysantemie. Która z tych roślin ma najsilniej zachowaną tradycję rytualną do dziś? Nie historycznie, ale tak naprawdę żywą, że ktoś z niej korzysta teraz?
Tomir, ta argumentacja biologiczna jest uczciwa, ale ona wyjaśnia punkt startowy, nie całą tradycję. Dlaczego piołun jest związany z granicą między żywymi a umarłymi w kilku niezależnych tradycjach? Bakteriobójczość tego nie wyjaśnia. Tam jest coś więcej w tej symbolice.
Mogę zapytać o coś podstawowego? Ta "granica między żywymi a umarłymi" przy piołunie, skąd to wiadomo? Czytałam coś o Dziadach i o tym, że piołun się tam palił, ale nie wiem, czy to jest pewna informacja, czy może ktoś to wymyślił stosunkowo niedawno.
Mam wrażenie, że trochę zeszliśmy na metodologię, a to jest ważne, ale wróćmy do rośliny. Bo pytanie Galii o to, które tradycje są żywe, nadal wisi w powietrzu. Piołun ma i historię, i współczesne użycie. Ale Galia pytała też o inne rośliny. Chrysantema, ryż, jałowiec. Czy ktoś ma przykład żywej tradycji z którąś z nich?
