To teraz mam pytanie, które może zaburzyć całą rozmowę - jeśli shinto jest czynnością a nie tożsamością, to czy można praktykować shinto i jednocześnie być np. katolikiem? Bez żadnej sprzeczności?
Więc rząd oficjalnie powiedział "to nie jest religia, tylko patriotyzm", żeby obejść konflikt sumienia? To brzmi jak coś, co mogłoby wyjść z podręcznika o tym, jak nie traktować obywateli.
Dobra, ale zostańmy przy tym, co Kometka napisała - że to jest "konstrukt". Bo mam wrażenie, że trochę zbyt łatwo go odrzucamy. Wspólnota religijna potrzebuje jakiegoś sposobu rozróżniania, kto jest w środku, a kto nie. Bez tego trudno planować, uczyć, celebrować razem. Czy japońska rozmyłość nie ma swoich kosztów - może poczucia, że nikt tak naprawdę nie należy?
No właśnie, ale czy to jest to samo? Bo mi się wydaje, że w Polsce ten, który nie chodzi do kościoła, ale chrci dziecko, trochę sobie zaprzecza i gdzieś w środku to czuje. Japonczyk, który idzie na hatsumode, nie czuje żadnej sprzeczności. Czy to nie jest jednak inna jakość?
I to by tłumaczyło, dlaczego konwersja na chrześcijaństwo była w Japonii tak dramatyczna towarzysko - nie dlatego, że zmieniasz poglądy metafizyczne, ale dlatego, że odcinasz się od rytuałów, które trzymają rodzinę razem. To zupełnie inny rodzaj zerwania niż np. Polak przechodzący z katolicyzmu na protestantyzm.
To nie jest spekulacja - jest na to dokumentacja. Znane są przypadki japońskich chrześcijan z okresu Meiji, którzy prowadzili coś w rodzaju podwójnego życia: prywatnie chrześcijanie, publicznie uczestniczący w rytach rodzinnych, żeby nie burzyć struktury. Pytanie, czy to jest konwersja, czy tylko przekonanie.
Hej, ale czy ktoś wie, jak ta "stabilna wieloprzynależność" wygląda od środka? Bo z zewnątrz brzmi jak filozofia, ale co taki człowiek robi, kiedy staje przed jakimś faktycznym wyborem moralnym, który te tradycje rozstrzygają inaczej?
To jest coś, o czym mówi się jako o "podziale pracy między religiami" - i to nie jest przypadek ani chaos, tylko wykształcony przez wieki model. Dokładnie tak samo jak w Europie w średniowieczu Kościół i lokalne wierzenia ludowe koegzystowały, obsługując różne potrzeby. Konwersja w takim systemie jest właściwie niemożliwa do zdefiniowania, bo nie ma jednej warstwy, która by wszystko obsługiwała.
zaraz zaraz, tzn. że ktoś nakazał oddzielić shinto od buddyzmu siłą i to doprowadziło do niszczena świątyń? to chyba nie byl dobry pomysł polityczny 🙂 skąd to wiecie, macie jakieś żródła do polecenia, bo tego nigdzie nie ma po polsku chyba
To trochę jak gdyby ktoś chciał z powrotem wyciągnąć z polskiego katolicyzmu wszystkie wątki słowiańskie, które Kościół przez wieki wchłonął. Techniczne impossible i politycznie niebezpieczne. Czy ta analogia w ogóle trzyma?
To co Kometka napisała na końcu chyba najlepiej podsumowuje całą tę japońską układankę - dwie instytucje, jedna praktyka. Ale mam pytanie: czy to znaczy, że konwersja w japońskim kontekście w ogóle nie ma sensu jako kategoria? Skoro nie ma wyraźnej granicy między tradycjami, to co właściwie przekraczasz, konwertując?
Ale to rodzi kolejne pytanie - czy dodanie czegoś do zbioru to w ogóle konwersja? Bo chyba intuicyjnie konwersja zakłada jakiś element porzucenia, nie tylko przyjęcia. Arabski termin dla nawrócenia to "tawba", co dosłownie znaczy "powrót" - odwrócenie się od czegoś. Japońskie doświadczenie zdaje się temu zaprzeczać.
Dobra, ale to mnie zastanawia od innej strony - jeśli w Japonii konwersja nie jest dramatycznym przebudzeniem, to jak w ogóle ktoś decyduje, że chce coś zmienić? Jaki jest impuls? U nas często mówi się o kryzysie, o momencie granicznym, o szukaniu czegoś czego nie ma w dotychczasowej tradycji. A tam?
Czyli de facto konwersja jako akt polityczny albo kulturowy, a nie religijny w sensie, w jakim my to rozumiemy? To chyba nie jest zupełnie japońska specyfika - w Polsce też były konwersje polityczne, wystarczy pomyśleć o konwersji Jagiełły albo o chrystianizacji w ogóle. Gdzie tu jest granica między religią a polityką?
Poczekajcie, bo Soka Gakkai to chyba znana organizacja, słyszałem że działają też poza Japonią. Czy oni wymagają od swoich członków porzucenia innych praktyk? Bo jeśli tak, to może to jest właśnie ta japońska konwersja z prawdziwym zerwaniem?
To znaczy, że kiedy japońska organizacja religijna zaczyna wymagać wyłączności, to jest postrzegana jako anomalia? To brzmi jak odwrócenie tego, co mamy na Zachodzie, gdzie wyłączność to standard a nie wyjątek.
Jasne że tak, i to mocno. Były okresy, kiedy konwersja na chrześcijaństwo dosłownie oznaczała wyrzucenie z domu. Nie dlatego, że rodzina miała jakieś silne przekonania buddyjskie czy shinto, ale dlatego, że konwertyta odmawiał uczestnictwa w rytach domowych - a to było traktowane jako zdrada rodziny, nie zmiana poglądów. Widzicie różnicę? Nie "uwierzyłeś w coś złego", tylko "opuściłeś nas przy ołtarzu przodków".
To sprawia, że cały temat konwersji wygląda zupełnie inaczej. Bo jeśli religijność jest w działaniu, to rytuał przejścia przy konwersji też musi być inaczej rozumiany, prawda? Co właściwie jest momentem przejścia w japońskim nawróceniu, skoro nie ma wyznania wiary?
To pytanie Kometki wydaje mi się kluczowe dla całej dyskusji o konwersji. Bo może właśnie tożsamość jest tym, od czego powinniśmy wyjść. Jeśli konwersja jest zmianą tożsamości, to w Japonii ta tożsamość religijna może po prostu być skonstruowana inaczej - nie zero-jedynkowo, ale wielowarstwowo. I wtedy "przejście" też nie musi być jednorazowe.
A mnie się teraz nasuwa pytanie, które może całkowicie zmienić perspektywę tej rozmowy. Mówimy dużo o tym, jak Japończycy przechodzą na chrześcijaństwo albo do nowych ruchów. Ale co z kierunkiem odwrotnym? Czy zdarzają się przypadki, kiedy Europejczycy czy Amerykanie chcą "wejść" w shinto albo buddyzm japoński, i jak to wygląda od strony rytuału przejścia? Czy shinto w ogóle ma procedurę dla kogoś z zewnątrz?
Czyli shinto to jest taka religia bez biura zarządu? 🙂 Ale serio - skoro nie ma centralnej instytucji, to czy w ogóle można "nawrócić się na shinto" w sensie, który miałby jakiekolwiek znaczenie dla kogoś z zewnątrz? Czy to nie jest po prostu turystyczna atrakcja?
No właśnie, i to mnie prowadzi do pytania o integrację, bo to jest przecież część tematu wątku. Jeśli ktoś z zewnątrz "wchodzi" w japoński system religijny, to na ile jest w stanie się naprawdę zintegrować? Nie technicznie, tylko kulturowo i duchowo. Bo znam osoby, które regularnie jeżdżą do Japonii, praktykują zen, i same mówią, że wciąż czują się jak goście.
