Zaczęłam ostatnio czytać sporo o japonii i utknęłam przy jednej kwestii, która totalnie nie daje mi spokoju. Chodzi o to, że Japończycy masowo uczestniczą zarówno w rytuałach shinto, jak i buddyjskich, i najwyraźniej nie widzą w tym żadnej sprzeczności. U nas konwersja religijna to zazwyczaj coś dramatycznego - człowiek odchodzi z jednego systemu, wchodzi w drugi, często z jakimś rytuałem przejścia, nową nazwą, całą zmianą tożsamości. A tam jakby obie rzeczy funkcjonują jednocześnie. Ślub shinto, pogrzeb buddyjski, modlitwa w świątyni i w przybytku bóstw w tym samym tygodniu. Czy to jest w ogóle konwersja? Czy raczej coś zupełnie innego, dla czego nie mamy dobrego słowa?
To jest właśnie ta różnica, którą trudno uchwycić z perspektywy zachodniej. My myślimy o religii jako o tożsamości - jestem katolikiem, jestem buddystą. W japonii to bardziej jak zestaw praktyk dopasowanych do okazji. Nie wiem czy "konwersja" w ogóle ma tam sens jako pojęcie.
A wracając do konwersji - bo trochę odeszliśmy od tematu wątku - co się dzieje kiedy Japończyk naprawdę przechodzi na chrześcijaństwo? Czy rodzina traktuje to jako zdradę, jako zerwanie z czymś więcej niż tylko religią? Bo mam wrażenie że tam te rytuały shinto i buddyjskie są tak splecione z rodziną i przodkami, że wyjście z nich musi być jakimś głębszym pęknięciem.
Mam pytanie może trochę z innej strony - a co z Japończykami, którzy emigrują na zachód? Czy wtedy ta podwójna przynależność zaczyna się rozpadać, bo nie ma tej infrastruktury - świątyń, rodzinnych ołtarzy, lokalnych tradycji? Ciekawi mnie czy środowisko jest niezbędne do utrzymania takiego systemu.
To co mówi Kometka o rytuałach przejścia w diasporze jest ciekawe, bo sugeruje, że potrzeba symbolicznego zaznaczenia zmiany pojawia się wtedy, kiedy otoczenie przestaje samo z siebie tę zmianę potwierdzać. Czyli rytuał przejścia jako substytut środowiska?
Wróćmy na chwilę do pytania o diasporę, bo myślę że jest tu jeszcze jeden element. Japończycy wyjeżdżający na zachód często trafiają do środowisk, gdzie religia jest tematem rozmów - "a ty w co wierzysz?", "chodzisz do kościoła?" i tak dalej. I nagle ktoś musi sobie odpowiedzieć na pytanie, na które w Japonii nigdy nie musiał odpowiadać. Czy to nie jest też rodzaj przymusowej konwersji - z nie-wyznawcy w kogoś kto musi mieć etykietkę?
To mi przypomina pytanie, od którego właściwie powinniśmy byli zacząć - co to jest rytuał przejścia, jeśli nie ma jasnego "przed" i "po"? W Japonii konwersja na chrześcijaństwo tworzy wyraźne przed i po. Ale ta codzienna, niezdefiniowana religijna oscylacja między shinto a buddyzmem - gdzie jest tam przejście?
Ale jeśli tak, to gdzie jest miejsce dla osobistego doświadczenia duchowego? Bo ta cała dyskusja kręci się wokół rytuałów, przynależności, rodziny, kontekstu społecznego. A co z kimś, kto po prostu poczuł coś konkretnego - przeżył coś, co go zmieniło? Czy w japońskim systemie jest na to w ogóle miejsce, czy to automatycznie wypada poza strukturę?
To pytanie, które mnie tu właściwie przyciągnęło - bo cała ta dyskusja jest bardzo strukturalna, a ja ciągle myślę o tym, czy ktoś w Japonii może po prostu pewnego dnia poczuć, że buddyzm jest jego, a shinto - nie. I czy to w ogóle ma tam sens jako przeżycie.
Z tego co wiem, w Japonii takie doświadczenia często są opisywane przez nowe ruchy religijne - shinshūkyō. To jest właśnie ta przestrzeń, gdzie osobiste przeżycie może stać się fundamentem przynależności. I te ruchy mają swoich konwertytów w bardzo klasycznym sensie.
Czyli shinto jest jak... podatek lokalny? Jesteś tu, więc jesteś pod jurysdykcją. Przepraszam za to porównanie, ale czy dobrze rozumiem?
To wróćmy do tego osobistego doświadczenia. Bo jeśli ani shinto nie ma rytuału wejścia, ani popularny buddyzm, to gdzie w Japonii trafia człowiek, który nagle poczuł coś silnego - jakąś zmianę, objawienie, jak to chcecie nazwać? Czy jest dla niego jakaś droga, która to ogarnie?
A co z Japończykami którzy przechodzą na buddyzm tybetański albo na jakiś zachodni neopogański system? to też jest chyba konwersja z zewnątrz, tak? znaczy że to nie jest tylko chrześcijaństwo, prawda?
Zastanawiam się, czy ta japońska sytuacja jest aż tak wyjątkowa, czy tylko dobrze opisana. Bo w Polsce też masz ludzi, którzy na przykład chodzą regularnie do kościoła, robią nowenny, ale jednocześnie sięgają po karty, wróżby, czasem rytuały. I nikt tego nie nazywa "konwersją" - to jest po prostu życie. Może Japonia jest dobrym przykładem, bo tam ta podwójność jest społecznie zaakceptowana i opisana, a u nas jest po prostu przemilczana?
Czyli to, co w Polsce jest grzechem albo przynajmniej niekonsekwencją, w Japonii jest po prostu normalną sekwencją życiową? Urodzenie - shinto, ślub - shinto albo chrześcijański, pogrzeb - buddyjski. I nikt nie pyta "ale jak możesz mieć buddyjski pogrzeb, skoro brałeś ślub w kościele"?
To z tymi procentami przekraczającymi sto procent - to jest naprawdę coś. Czyli japońskie ministerstwo statystyk po prostu zapisuje kogoś do obu kolumn i nikt nie krzyczy? U nas GUS by się chyba posypał przy takim pytaniu.
Ale to mnie zastanawia w kontekście osobistego doświadczenia - bo wróćmy do mojego pytania z poprzedniej strony. Jeśli ktoś w Japonii poczuje, powiedzmy, głębokie połączenie z buddyzmem zen, to czy ta szkoła zen go formalnie przyjmuje? Czy jest jakiś moment, w którym nauczyciel mówi "tak, testeś nasz"?
O rzeczywistość. Bo doktryna to jedno, a to, co faktycznie spotyka kogoś przy wejściu do zendo, to drugie.
To jest pytanie, które dotyczy każdej konwersji, nie tylko zen. Co tak naprawdę przenosisz ze sobą, kiedy wchodzisz w nowy system? Doktrynę? Wspólnotę? Rytuały? W tradycjach, które mają wyraźne przejście - jak chrzest albo micwa - przynajmniej wiadomo, że coś się wydarzyło. W zen europejskim ta granica jest naprawdę rozmyta.
To brzmi jak pytanie o to, kto jest "prawdziwym" buddystą albo "prawdziwym" szinto. I tu zaczyna się zwykła ludzka przepychanka o to, kto należy, a kto tylko się przypatruje z zewnątrz.
Ale to jest realne pytanie, nie tylko przepychanka. Jeśli nie ma rytuału, to ktoś mógł chodzić na medytację przez trzy lata i jeden mistrz powie "jesteś praktykującym", a drugi powie "jeszcze nie". I obie odpowiedzi będą z tej samej tradycji.
poczekajcie - imię pośmiertne? czyli ktoś dostaje inne imię po śmierci i to jest jego buddyjskie imię? nigdy o tym nie słyszałam, to chyba jest wyjątkowe dla japonii?
Okej, ale to co Kometka napisała na końcu - że przynależność się dziedziczy, a nie wybiera - to mnie trochę zacina. Bo jeśli tak, to w jakim sensie szinto albo buddyzm są w ogóle czymś, na co można "przejść"? Czy raczej jest tak, że dla Japończyka to nie jest wybór, a dla cudzoziemca - już jest?
Ale czy ta "ciągłość" jest prawdziwa, czy tylko wyobrażona? Bo rozumiem, że rodzina chodzi do tej samej świątyni od stu lat, ale każde pokolenie i tak przechodzi jakieś progi - siedzi-mairi jako niemowlę, shichi-go-san w dzieciństwie, ceremonia ślubna. To są jednak rytuały przejścia, tylko rozłożone w czasie i nienazwane "konwersją".
A co z ludźmi, którzy te wszystkie rytuały przeszli, ale w środku czują się zupełnie odcięci od religii? W Polsce też tak bywa - ochrzczony, komunia, bierzmowanie, ale człowiek zupełnie poza Kościołem. Czy w Japonii podobnie się zdarza, że ktoś przez całe życie uczestniczy w rytuałach, a wewnętrznie nic to dla niego nie znaczy?
ale to jest trochę niepokjące, nie? że chodzisz na cermonie bez przekonania i to jest okej? u nas by powiedzieli że jesteś obłudnikiem albo coś takiego
Czekajcie, ale to teraz mam pytanie do całości - jeśli shinto jest tak naprawdę zbiorem praktyk bez wymogu wewnętrznej zmiany, to czy można w ogóle powiedzieć, że ktoś "jest shintoisty"? Czy raczej "praktykuje shinto" - i to są dwie różne rzeczy?
