Zaczęłam ostatnio czytać o Szechinie w kabale i kompletnie mnie to wciągnęło. Szechina to żeński aspekt Boga w żydowskiej mistyce, obecność boska, która zamieszkuje wśród ludzi. I nagle zaczęłam się zastanawiać, jak to się ma do szerszego obrazu kobiecości w religiach. Bo z jednej strony mamy judaizm kojarzony z patriarchatem, a z drugiej strony ta sama tradycja mistyczna mówi, że świat dosłownie nie może istnieć bez żeńskiego pierwiastka boskiego. Jak wy to rozumiecie? Czy ktoś głębiej siedzi w kabale albo w innych tradycjach, które podobnie traktują boskość żeńską?
To jest właśnie ta sprzeczność, która mnie zawsze irytuje w religiach abrahamowych. Oficjalnie patriarchat, dogmaty, zakazy dla kobiet, a pod spodem, w nurtach mistycznych, kobieta jest wręcz fundamentem kosmicznego porządku. W kabale Szechina to nie jest jakiś dodatek, ona odpowiada konkretnej sefirze, jest obecna w całym drzewie życia. Ale kto o tym mówi głośno? Nikt. W synagodze kobiety siedzą za zasłoną, a rabin tłumaczy Torę. Czy ta mistyczna ranga Szechiny kiedykolwiek przekładała się na realny status kobiet w tej tradycji, czy to zawsze była taka czysto spekulatywna teologia?
A czy w kabale były w ogóle kobiety mistyczki? Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z żadnym konkretnym imieniem, ale może po prostu za mało czytałam.
Ale czy to jest zawsze tak proste? Bo na przykład w tradycjach nordyckich wölvy, czyli kobiety wróżbitki, miały realną władzę społeczną, a nie tylko symboliczną. Podróżowały, były zapraszane do osad, ich przepowiednie miały polityczny ciężar. Tu żeński pierwiastek w postaci seiðr, magii kobiecej, nie był tylko metafizyczny. Albo się mylę?
Ale może właśnie ten strach przed kobiecą magią, seiðr, Szechina, wyrocznia w Delfach, to wszystko sugeruje, że gdzieś głęboko mężczyźni wiedzieli, że kobiety mają dostęp do czegoś, czego oni sami nie kontrolują? I cała ta opresja to właściwie próba kontroli nad tym, czego nie rozumieją?
Egipt to dobry przykład, bo tam mamy jedno z niewielu miejsc, gdzie tytuł "Boska Adoratorka Amona" dawał kobiecie realną władzę administracyjną nad ogromnym majątkiem świątynnym. To nie był tytuł honorowy. To był urząd z personelem, ziemią, dochodami. Przy czym Jarek ma rację, że to nie był jeden wzorzec, bo kilkaset lat wcześniej ta sama tradycja mogła wyglądać zupełnie inaczej. Zastanawiam się, czy ktoś tu śledził, jak status kapłanek w Egipcie zmieniał się przez tysiąclecia? Bo to jest osobna historia.
Trochę się gubię, ale chcę się upewnić, czy dobrze rozumiem. Ta Szechina w kabale to jest jak bogini, czy to bardziej idea, coś filozoficznego? Bo jak czytam, że to "aspekt Boga", to nie wiem, czy mamy modlić się do niej osobno, czy to jest po prostu część jednego Boga.
Moim zdaniem to co Pelagiusza opisuje to jest po prostu przejaw tego samego archetypu Wielkiej Bogini, który pojawia się we wszystkich kulturach. Szechina, Izis, Maryja, Kali, to są maski tej samej energii. Kabała tylko opakowała to w inny język, żeby nie wyglądało jak politeizm. Ale energetycznie to jest dokładnie to samo.
To pytanie Jarka jest ważniejsze niż się wydaje. Bo mamy tu dwa poziomy problemu. Jeden to akademicki, czy porównanie jest metodologicznie uczciwe. Drugi to praktyczny, co robi współczesna kobieta, która szuka duchowych zasobów i sięga do różnych tradycji jednocześnie. I te dwa poziomy cały czas się tu mieszają w tej rozmowie.
A mnie ciekawi, czy to mieszanie tradycji nie jest trochę właśnie tym, o czym rozmawiamy od początku? Czyli kobiety budują własną duchowość z kawałków różnych systemów, bo żaden z tych systemów nie był dla nich tworzony przez kobiety. To może być rodzaj oporu, nie kradzieży.
Historycznie to jest ciekawe, bo właśnie synkretyzm był często strategią podporządkowanych, nie tylko kobiet. Podbitych ludów, mniejszości. Przejmowali zewnętrzne formy religijne, zachowując stare treści w środku. Czy to jest kapitulacja czy subwersja? Zależy od punktu widzenia i od skutku.
Czy to znaczy, że te współczesne nurty, neopaganism, Wicca i podobne, to są próby rekonstrukcji czegoś, czego właściwie nikt nie pamięta? Bo zawsze miałam wrażenie, że to jest trochę wymyślone od nowa, ale nie wiedziałam jak o tym powiedzieć bez urazy.
Ale właśnie, czy ta "szczerość co do źródeł" nie jest tak naprawdę wymagana tylko od kobiecych tradycji duchowych? Bo chrześcijaństwo, judaizm, islam, każda z tych religii ma momenty, gdzie narracja o "pradawności" jest co najmniej naciągana historycznie, a jakoś nikt nie wymaga od nich ciągłego tłumaczenia się z własnych początków.
Ale my tutaj zaczęliśmy od kabały i Szechiny, a teraz rozmawiamy o Wicca. Chcę wrócić do pytania, które było wcześniej, bo mnie naprawdę nurtuje. Czy Szechina ma jakiś aktywny kult? Znaczy, czy kabaliści się do niej modlili bezpośrednio, czy to była tylko idea teologiczna?
Poczekajcie, bo właśnie próbuję to sobie ułożyć w głowie. Więc mamy sytuację, gdzie mężczyźni rabiniczni tworzą teologię, w której żeński aspekt Boga jest wygnany i tęskni. I jednocześnie realne kobiety są wykluczone z nauki tej teologii. To znaczy, że ta wygnana Szechina to jest trochę jak... metafora samych kobiet w tej tradycji? Czy to zbyt dosłowna interpretacja?
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że kręcimy się wokół czegoś ważnego. Czy to nie jest tak, że każda religia, która ma żeński symbol boskości, ostatecznie robi z niego coś, co służy całemu systemowi, a nie realnym kobietom? Czyli Szechina służy wyjaśnieniu, dlaczego świat jest w nieporządku. Maria służy wyjaśnieniu, jak kobieta powinna wyglądać. Kali służy oswojeniu lęku przed śmiercią. A kobiety są przy tym dekoracją?
I to jest właśnie ta sama struktura, co wszędzie indziej. Kobiecość jako coś, co ma moc, ale ta moc jest albo niebezpieczna, albo podejrzana, albo odpowiednia tylko w określonych granicach. Seiðr był mocny i dlatego był feminizowany, bo to wyjaśniało, dlaczego mężczyźni powinni się trzymać od niego z daleka. Strach przed mocą obudowany normą płciową.
A co z czakrami i Szechinią? Mam wrażenie, że nikt tego jeszcze nie połączył, a jest takie współczesne podejście, że Szechina odpowiada konkretnym centrom energetycznym. To jest oczywiście synkretyzm, ale czy nie jest właśnie przykładem tego odzyskiwania, o którym mówi Cykoria? Kobiety biorą symbol i wkładają w niego własny system.
Słucham tej rozmowy i mam jedno konkretne pytanie. Czy ktokolwiek z was, kto mówi o Szechinie, o Freyi, o Pytii, rzeczywiście doświadczył czegoś, co by to potwierdzało? Mam na myśli nie teorię, ale coś osobistego, w praktyce rytualnej albo inaczej?
Dobra, Cykoria odpowiedziała mi dość chłodno i rozumiem to, ale mam wrażenie, że pytanie o doświadczenie jest ważne właśnie w kontekście tego wątku. Bo mówimy cały czas o tym, czy symbole kobiece w religiach są dla kobiet, czy przeciw nim, i zastanawiam się, czy ktoś, kto miał jakiś kontakt z tymi energiami w praktyce, widzi to inaczej niż w teorii. Pytia, Szechina, Freya, to brzmi jak pojęcia, a nie jak coś żywego.
To pytanie Kuby jest w sumie ciekawe, ale trochę bym je odwróciła. Zakładasz, że jeśli kobiety mają inne doświadczenie, to znaczy, że symbol jest "dla nich". Ale może symbol po prostu inaczej działa na kogoś, kto przez całe życie słyszał, że należy do innej kategorii ontologicznej. To nie musi być właściwość symbolu, tylko właściwość pozycji, z której się do niego przychodzi.
Może zostawmy na chwilę spór o to, co jest "prawdziwą" kabałą, bo to osobny temat. Wracam do tego, co powiedziała Pelagiusza wcześniej, że pozycja, z której przychodzisz do symbolu, zmienia doświadczenie. To jest ważne i w kontekście tego wątku mam pytanie, czy tradycje, które miały realne kapłanki, a nie tylko boginię w micie, dawały kobietom inną pozycję? Bo to by była konkretna różnica, nie symboliczna.
Ale może o to chodzi, że te luki nigdy nie były projektowane jako trwałe. Systemy patriarchalne są adaptywne. Tolerują wyjątek, dopóki wyjątek nie staje się precedensem. Hanna Rochel mogła być tolerowana właśnie dlatego, że była postrzegana jako jednostkowa anomalia, nie jako model do naśladowania.
Właśnie to jest dla mnie jeden z najbardziej uderzających przykładów w całej tej dyskusji. Kobiety wykluczone z publicznej liturgii tworzą własny korpus modlitewny, we własnym języku, dla własnych potrzeb. To jest i opresja, i odpowiedź na opresję jednocześnie. I to w jednym tekście.
Ale czy to nie jest trochę podobne do tego, o czym mówiłam z czakrami? Że bierzesz coś z systemu i adaptujesz do własnych potrzeb? Tekhine to chyba właśnie taki ruch, nie porzucasz tradycji, ale robisz w niej coś swojego.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam pytanie może trochę z boku. Czy te kobiety, które pisały tekhine albo wölwy, miały świadomość, że robią coś wyjątkowego? Czy one to rozumiały jako działanie na przekór systemowi, czy po prostu robiły to co trzeba było zrobić?
To podnosi ważny punkt, ale chciałbym go trochę odwrócić. Czy szczegółowość zakazu jest gorsza od jego milczącego istnienia? W halasze masz zakaz zapisany, więc możesz go zidentyfikować i ewentualnie obejść albo zakwestionować. W tradycji, gdzie kobiety są po prostu nieobecne bez wyjaśnienia, nawet nie ma się o co spierać.
