Uff, dobrze wiedzieć. Bo takie nagłówki potrafią napędzić stracha na całą noc.
Trafiłem jeszcze na teorię naszego rodzimego badacza, że spadną na nas kule lodu krążące wokół księżyca Jowisza i będzie potop. Brzmi to dość odważnie.
To jedna z wielu barwnych hipotez bez pokrycia. Wokół księżyców Jowisza nie krąży żadna armada lodowych pocisków gotowych spaść na Ziemię w grudniu.
Im dłużej to śledzę, tym bardziej widzę, że każdy dokłada swoją katastrofę. Raz Nibiru, raz rozbłyski, raz lód. Byle groźnie.
Zastanawia mnie jedno praktycznie. Mówią, że koniec ma być o 11:11. Ale przecież są strefy czasowe. W Australii będzie najpierw, u nas później. To jak to niby ma działać?
Uwielbiam takie zdroworozsądkowe pytania. Czasem jedna prosta obserwacja rozbraja całą teorię.
Mimo wszystko mam dziwne przeczucie że conieco się jednak wydarzy, tez tak macie?
Przeczucia to jedno, a dane to drugie. Można mieć niepokój i jednocześnie wiedzieć, że nic obiektywnie mu nie odpowiada. Warto rozdzielać emocje od faktów.
Myślę, że oba te niepokoje wynikają z tego samego. Z potrzeby, żeby coś w życiu wreszcie się zmieniło. Data staje się pretekstem.
Czasem żałuję, że w ogóle zaczęłam czytać o tym temacie. Ale z drugiej strony, im więcej rozumiem, tym mniej się boję.
Polecam wszystkim tę zasadę: gdy trafiacie na sensacyjną teorię, sprawdźcie, kto ją głosi i co na tym zyskuje. Zwykle wiele się wyjaśnia.
Numerologicznie 2012 też jest ciekawe, dodając cyfry wychodzi piątka, liczba zmiany i ruchu. Ale traktuję to jako ciekawostkę, nie dowód na cokolwiek.
Zgadza się, piątka to zmiana. Pasuje symbolicznie do idei przełomu, ale bez popadania w wróżenie z każdej cyfry.
Lato powoli się kończy i przyznaję, że temat wraca w rozmowach coraz częściej. Ludzie w pracy zaczynają o tym gadać na poważnie.
U mnie podobnie. Nawet osoby, które wcześniej się śmiały, teraz pytają, czy aby na pewno nic się nie stanie.
Sąsiadka zrobiła zapasy wody i świec. Mówię jej, że świece i tak się przydadzą zimą, więc przynajmniej nie zmarnuje.
To naturalne, że napięcie rośnie w miarę zbliżania się daty. Właśnie dlatego warto teraz częściej wracać do konkretów i mniej oglądać sensacyjnych programów.
Czytałem gdzieś że Majowie liczyli tylko do 2012 bo dalej im się skończyły znaki w kalendarzu, poprostu zabrakło miejsca.
To trochę jak z zegarem. Po 23:59 nie kończy się czas, tylko zaczyna nowa doba. Tak samo działa ta rachuba.
Chcę Wam podziękować, bo ten wątek robi mi za kotwicę. Jak łapie mnie panika, wracam tu i czytam Wasze spokojne argumenty.
Data robi się coraz bardziej realna i coraz częściej o niej myślę. Ciekawe, jak będziemy się czuć, gdy zbliży się już grudzień. Umówmy się, że dajemy sobie znać na bieżąco.
Dobrze przypomnieć na koniec: przesilenie zimowe to piękne, powtarzalne zjawisko. Najkrótszy dzień, potem światła przybywa. Symbolicznie idealny moment na nowy początek, a nie koniec.
Podpisuję się pod tym. Chcę przejść przez te kolejne miesiące z ciekawością, nie ze strachem. Cokolwiek to za próg, przejdźmy przez niego świadomie.
Dobrze, w takim razie trzymajmy się i głowa do góry, cokolwiek by nie pisali. Do usłyszenia niebawem.
Warto wiedzieć, skąd w ogóle wzięła się cała ta moda. To nie starożytność, tylko lata osiemdziesiąte. Jose Arguelles wydał książkę, w której zinterpretował kalendarz jako odliczanie do przełomu.
Dokładnie. Wcześniej nikt nie łączył końca cyklu z żadną katastrofą. Dopiero współcześni autorzy zrobili z tego sensację, a potem podchwyciły to media i film.
Czyli ta cała panika ma zaledwie kilkadziesiąt lat, a nie tysiące? Jakoś mnie to uspokaja.
