Ojej, to znaczy, że my tutaj na tym wątku też reprodukujemy ten schemat? Że wychodzimy poza tradycję i patrzymy z lotu ptaka, a to samo w sobie jest pozycją, którą jakaś ortodoksja by odrzuciła?
To mnie prowadzi do czegoś osobistego, bo sama jestem ochrzczona, ale od lat nie praktykuję i szukam gdzieś indziej. Czy to znaczy, że z perspektywy tej tradycji też jestem jakimś rodzajem heretyckiej? Nie w sensie formalnym, ale właśnie - odeszłam, bo mi czegoś brakowało.
Irenka, pytasz co mi brakowało - to chyba przede wszystkim poczucia, że to co przeżywam wewnętrznie ma jakieś znaczenie. W kościele miałam wrażenie, że liczy się tylko to, co zatwierdzone, oficjalne, przefiltrowane przez instytucję. Moje własne doświadczenia - sny, przeczucia, momenty kiedy czułam coś bardzo mocno - były jakby nieważne albo podejrzane. I chyba wtedy zaczęłam szukać gdzie indziej.
Ale czekaj, czy to nie jest właśnie mechanizm tworzenia herezji, o którym rozmawiamy? Najpierw doświadczenie, które nie mieści się w oficjalnym kanonie, potem próba dialogu, potem odrzucenie przez instytucję. I człowiek albo milknie, albo szuka gdzie indziej. Anusia, twoja historia jest jak w miniaturze historia każdego ruchu mistycznego.
A ja mam trochę inne pytanie, bo słucham tego wszystkiego i zastanawiam się - czy schizmy i herezje zawsze były przegrane z góry? Czy zdarzyło się kiedyś, że jakaś "herezja" wygrała i stała się nową ortodoksją, nie przez przemoc, ale przez przekonanie?
To mnie prowadzi z powrotem do tytułu tego wątku, który sam postawiłam - "kiedy wiara się dzieli i dlaczego". Chyba widzę teraz, że odpowiedź nie jest jedna. Dzieli się z powodów teologicznych, ale też ludzkich, politycznych, bardzo osobistych jak u Anusi. I te wszystkie poziomy są jednocześnie prawdziwe.
Novaria, a czy kiedy zaczynałaś ten temat, miałaś jakąś hipotezę - że jest jedna główna przyczyna? Teraz jak słyszę jak to rozwijasz, to mam wrażenie, że sama jesteś zaskoczona tym, gdzie ta rozmowa dotarła.
I to by wyjaśniało, dlaczego my tutaj, na forum ezoterycznym, w ogóle rozmawiamy o schizmach z takim zaangażowaniem. To nie jest akademicki temat - to jest jakoś nasze.
Tylko że to też jest pułapka, o której Jarzyna mówiła wcześniej - ta romantyzacja. Że się identyfikujemy z wykluczonymi, bo sami czujemy się trochę na marginesie. Ale to nie jest argument za słusznością niczyjej konkretnej teologii, ani naszej, ani katarskiej, ani ariańskiej. Warto o tym pamiętać, nawet jeśli ta rozmowa jest bardzo osobista.
Ale zaraz, zaraz - Jarzyna napisała, że romantyzacja wykluczonych to pułapka. Ale jak inaczej mamy w ogóle rozumieć historię herezji, jeśli nie przez jakieś emocjonalne zaangażowanie? Suche fakty to podręcznik, nie rozmowa.
Mam wrażenie, że kręcimy się wokół czegoś ważnego - czy podział na "ortodoksję" i "herezję" w ogóle ma sens poza kontekstem konkretnej instytucji? Czyli czy herezja istnieje naprawdę, czy tylko w oczach tych, którzy mają władzę definiowania?
To jest chyba najciemniejszy fragment tej rozmowy - że dobre intencje i brutalne skutki nie wykluczają się. I że każda ze stron każdej schizmy była przekonana, że robi to dla dobra wiernych. Jak to w ogóle oceniać z zewnątrz?
Historycy religii mają na to termin - "sacred violence", czyli przemoc sakralna. Przemoc uzasadniana wyższym dobrem. I straszne jest to, że ten mechanizm działa niezależnie od treści doktryny - można go uruchomić w imię niemal każdego przekonania. To bardziej kwestia struktury władzy niż teologii.
Czekajcie, ale czy my w ogóle rozmawiamy o jakichś konkretnych liczbach? Bo w opisie tego wątku było coś o liczbach pojawiających się w tradycjach - i jakoś do tej pory tego nie tknęłyśmy. Czy to inny wątek, czy to pasuje do tego, o czym mówimy?
Ale jeśli to jest po prostu struktura ludzkiego poznania, to czy nie jest jeszcze ciekawsze, że religie z tej struktury robiły doktrynę? Że coś tak "przyrodzonego" jak myślenie w trójkach stało się źródłem wojen i schizm? To brzmi jak coś bardzo ludzkiego i trochę smutnego.
Czekajcie, bo ja się trochę zgubiłem - wróciliśmy do liczb, ale szybko odbiliśmy. Chciałem zapytać o tę trójkę, bo Skorpionica wspomniała o Egipcie. Jakie konkretnie trójce tam chodzi? Bo ja kojarzę Ozyrysa, Izydę i Horusa, ale nie wiem, czy to jest ten sam typ trójcy co w chrześcijaństwie.
A może właśnie dlatego walczyli, że czuli, że za tą strukturą coś stoi - że to nie jest tylko ludzki schemat, ale odcisk czegoś prawdziwego? I wtedy różnica między trójcami nie jest drobna, tylko fundamentalna - bo chodzi o to, które ujęcie jest bliższe prawdzie?
Ta jedna jota to mój ulubiony przykład na to, że w pewnych systemach forma jest treścią. Nie chodziło o literę samą w sobie - chodziło o to, że ta litera wyrażała dwa zupełnie różne rozumienia relacji boskiej. A skoro ta relacja określała całą soteriologię - kto zbawia, jak, kogo - to nie była sprzeczka o słowa.
Mnie to uderza za każdym razem, jak o tym czytam - że ci ludzie kłócili się o coś, co dla nich miało bezpośrednie przełożenie na ich własne życie i śmierć. To nie był spór intelektualny, to było pytanie "co muszę zrobić, żeby być bezpieczny". I w takiej sytuacji każdy szczegół doktryny jest kwestią egzystencjalną.
I to wyjaśnia, dlaczego schizmy są takie trwałe. Bo jak coś dotyka kwestii "jak żyć i co po śmierci", to nie możesz po prostu powiedzieć "no dobra, masz rację, zmienię zdanie". Zmiana doktryny to zmiana tożsamości.
Ale czekaj - czy przypadkiem nie ma tu różnicy między liczeniem, czyli matematyką symboliczną, a np. kabalistyczną numerologią jako systemem? Bo jedno to "siódemka jest święta", a drugie to "siódemka oznacza dokładnie tę i tę sefirotę i ma dokładnie takie konsekwencje". To chyba zupełnie inny poziom?
I tu widzę jak te dwa wątki naszej rozmowy - herezja jako mechanizm i liczby jako symbole - spotykają się w jednym miejscu. Bo może właśnie dlatego liczby były tak częstym polem schizm, że są jednocześnie bardzo konkretne i bardzo otwarte na interpretację. Dwa plus dwa jest zawsze cztery, ale co znaczy "cztery" w kosmologii - to już pole walki.
To jest pytanie, przy którym muszę chwilę pomyśleć, bo w tarocie mam podobny problem. Arcany mają swoje przypisania liczbowe i te przypisania przez wieki były mniej więcej stabilne, ale kiedy różne szkoły zaczęły je reinterpretować - szczególnie XX wiek, Crowley i Rider-Waite w różnych kierunkach - to nie doszło do schizmy w sensie instytucjonalnym, bo nie ma kościoła tarota. Ale społeczności się rozdzieliły i naprawdę nie rozmawiają ze sobą. Czy to jest schizma bez dogmatu?
Właśnie - i wracając do tego, od czego zaczęłam ten wątek: może cała różnica między herezją a schizmą polega na tym, czy jest instytucja, która może kogoś wyrzucić. Bez instytucji masz tylko dwa obozy, które przestają się słuchać. Z instytucją masz heretyka i ortodoks. Ale efekt dla wiary - ta linia podziału, o której pisałam wcześniej - jest chyba taki sam.
