i to jest coś co mnie zawsze trochę dezorientuje. Że te kategorie są stosunkowo nowe. Czytałem że słowo "homoseksualista" jako pojęcie psychologiczne powstało dopiero w XIX wieku. Czy to znaczy że religie starożytne po prostu nie miały problemu, który jeszcze nie był zdefiniowany?
No i właśnie to jest problem, ze interpretacja idzie za kulturą a nie za tekstem. Bo jak przychodzi nowe pokolenie teologów, to i interpretacja sie zmienia. Tylko ze hierarchia zazwyczaj jest starsza i bardziej konserwatywna niz ci mlodsi. Mam wrazenie ze to jest walka pokoleń bardziej niż walka o tekst.
A co z judaizmem? Bo mało tu o tym było, a wydaje mi się że jest jakaś duża różnorodność między ortodoksami a reformowanymi. Czy ktoś wie jak to wygląda w praktyce?
A ja się zastanawiam czy w ogóle religia musi być tym miejscem przynależności. Znaczy, czy nie można być głęboko duchowym człowiekiem bez żadnej konkretnej tradycji? Pytam szczerze bo sam tak właściwie funkcjonuję i nigdy mi nie brakowało tej przynależności instytucjonalnej.
Mam pytanie troche z boku. Czy w Wicca albo neopogaństwie to jest w ogole temat? Bo mam wrazenie że te tradycje są bardziej otwarte ale moze sie myle.
Słuchajcie, a co z islamem? Bo tu w wątku było trochę o judaizmie i chrześcijaństwie, ale islam to chyba najtrudniejszy przypadek jeśli chodzi o to konkretne pytanie. Czy jest tam w ogóle jakaś przestrzeń na te alternatywne interpretacje o których mówiliśmy?
A co z organizacjami jak Imaan w Wielkiej Brytanii czy Muslims for Progressive Values? Czyli to nie jest tak że teologia stoi w miejscu, ale skala dotarcia jest nieporównywalna z głównym nurtem. I to chyba odpowiedź na pytanie Leszka, przestrzeń jest, ale bardzo wąska i bardzo na obrzeżach.
Właśnie, i to jest pytanie o władzę, nie o teologię. Kto ma prawo mówić co religia "naprawdę" znaczy? To jest kwestia struktur, hierarchii, pieniędzy. Teologia to tylko powierzchnia.
Trochę wróćmy do głównego pytania wątku bo mnie nurtuje coś konkretnego. Mówiliśmy dużo o chrześcijaństwie, judaizmie, islamie. A co z hinduizmem? Bo słyszałam że tam jest jakaś starożytna tradycja związana z trzecią płcią, hijra, i że to miało jakis zwiazek z religią.
Zastanawiam się ile osób LGBT szuka dziś duchowości całkowicie poza zorganizowanymi religiami właśnie dlatego żeby uniknąć tego mechanizmu. Bo skoro każda struktura coś wytwarza centrum i margines, to może jedynym wyjściem jest duchowość bez struktury?
No i właśnie to jest moje pytanie do Lilki i do wszystkich. Czy duchowość bez struktury, bez wspólnoty, bez rytuału zbiorowego, to jest coś co naprawdę nasyca? Bo ja rozumiem potrzebę ucieczki od mechanizmu centrum i marginesu, ale czy nie wpadamy wtedy w inną pułapkę, że jesteśmy po prostu sami?
A czy istnieją jakieś wspólnoty które specjalnie tworzą przestrzeń dla osób LGBT jako rdzeń a nie jako tolerowany wyjątek? Pytam bo słyszałem o jakichś Kościołach inkluzywnych w USA ale nie wiem ile to jest realne a ile marketingowe.
I tu wracamy do mojego pytania z wcześniej, kto ma władzę interpretacyjną. Queerowa teologia może powiedzieć co chce, ale jeśli nie ma dostępu do ambon, seminariów i struktur władzy, to jest akademickim ćwiczeniem, a nie zmianą w życiu parafian. To jest różnica którą warto mieć w głowie.
Mam wrażenie ze w tej dyskusji cały czas mówimy o religiach jako o czymś zewnętrznym, jakby nikt z piszących nie był jednoczesnie osobą LGBT i jednoczesnie praktykującą. A może ktoś tu ma takie doswiadczenie z pierwszej ręki? Bo teoria jest ważna ale doswiadczenie mówi inaczej.
A co z wicca i neopogaństwem, bo tu w ogóle jeszcze nie rozmawialiśmy? Wydaje mi się że to są tradycje gdzie kwestia orientacji nie jest w ogóle problemem, albo się mylę?
I tu jest chyba serce tej rozmowy. Każda tradycja ma jakiś punkt gdzie osoby LGBT muszą albo zaakceptować coś co do nich nie pasuje, albo przeinterpretować, albo odejść. Nie znam żadnej gdzie ta kwestia byłaby po prostu niewidoczna albo całkowicie neutralna. Czy ktoś zna wyjątek?
