Ale czy to nie jest po prostu to, co mistycy różnych tradycji mówią od wieków? Że chodzi o czystość intencji, nie o wynik? Jan od Krzyża, Meister Eckhart, Rumi - wszyscy mówią coś podobnego. Może to jest ten punkt, gdzie religie naprawdę się spotykają, nie na poziomie dogmatu, ale na poziomie doświadczenia?
Ale może to jest właśnie sedno tego, co omawiamy od początku? Że dżihad wewnętrzny istnieje jako nurt, który biegnie trochę obok oficjalnych doktryn, niezależnie od tego czy to sunnici, szyici czy sufi. I że ten nurt ma rzeczywiście coś wspólnego z innymi tradycjami mistycznymi - ale ta wspólnota nie przekreśla różnic na poziomie prawa, rytualności i historii.
To przypomina mi trochę strukturę, którą znam z praktyki medytacyjnej - są zasady etyczne, jest praktyka i jest cel. I nie da się pominąć etapu środkowego, bo się leci. Może dlatego różne tradycje niezależnie dochodzą do podobnych struktur - bo ta architektura wewnętrzna jest po prostu funkcjonalna?
To jest pytanie filozoficzne, które chyba nie ma odpowiedzi na forum ezoterycznym. Ale wracając do islamu - chciałam zapytać Cohena o jedną rzecz. Mówisz, że al-Ghazali jest tym kluczowym tekstem dla dżihadu wewnętrznego poza sufizmem. A jak na niego patrzą współcześni ulemowie, ci bardziej konserwatywni? Czy go czytają i szanują, czy uważają za zbyt mistyczny?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę zapytać o coś bardzo konkretnego. Czy ta walka wewnętrzna z nafs ma jakiś rytm w ciągu dnia? To znaczy - czy muzułmanie mają jakieś codzienne ćwiczenia, które są związane z tą pracą nad sobą, czy to jest bardziej coś abstrakcyjnego?
A czy ta intencja przed modlitwą nie jest trochę podobna do tego, co w buddyzmie nazywa się prawym zamiarem? Że nie chodzi tylko co robisz, ale dlaczego. I tu znowu wychodzi ten sam schemat. Ciekawe czy to zbieżność, czy wpływ jednej tradycji na drugą.
Właściwie kontakt był - Afganistan, Azja Środkowa, granice Indii. Niektórzy badacze wskazują na wzajemne wpływy między sufizmem a buddyzmem tybetańskim. Ale nie chcę zbytnio zbaczać od tematu, bo to osobna dyskusja. Wracam do pytania, które mnie nurtuje - powiedzieliście, że Husajn szedł na pewną śmierć jako świadectwo. To jest bardzo konkretny model heroizmu wewnętrznego. Czy sunnici mają analogiczny wzorzec osobowy dla tej walki wewnętrznej, kogoś kto tak jak Husajn uosabia ją w sposób emocjonalny, nie tylko teologiczny?
Dobre pytanie i uczciwie - trudniejsze niż się wydaje. Sunnici mają oczywiście Prorokа jako wzorzec, ale jego rola jest tak obszerna, że ciężko wyizolować z niej sam wymiar wewnętrznej walki. Może Abu Bakr albo Umar jako towarzysze? Ale to nie jest to samo emocjonalne nasycenie co historia Karbali. Myślę, że sufi wypełnili tę lukę własną hagiografią - Rabi'a al-Adawijja, al-Hallaj. Al-Hallaj w szczególności, bo on też 'poszedł wiedząc' i tak samo zapłacił życiem za to świadectwo.
To jest coś, co zaczyna mi się układać w głowie. Mamy więc dwa wzorce - Husajn jako świadek polityczny i duchowy, al-Hallaj jako świadek mistyczny. Oba tradycje niosą w sobie coś co można nazwać 'przegrywasz zewnętrznie, wygrywasz wewnętrznie'. Czy to jest naprawdę rdzeń tej 'wielkiej dżihad'? Że zwycięstwo jest zdefiniowane inaczej niż na zewnątrz?
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Czyli ta wielka dżihad - ta wewnętrzna - nie jest o wygraniu z kimś z zewnątrz, ale o tym żeby nie poddać się własnemu lękowi, pożądaniu, chęci ucieczki? I te dwie postacie - Husajn i al-Hallaj - są przykładami, że ktoś naprawdę to przeżył a nie tylko o tym mówił?
Ale to rodzi jedno pytanie, które mnie niepokoi. Jeśli ktoś może wziąć zewnętrzne działanie - dosłowną wojnę - i powiedzieć że to jest wewnętrzne świadectwo, to czy ta nauka nie jest podatna na nadużycia? Że każdy może sobie wytłumaczyć cokolwiek jako 'dżihad duchowy' i przy tym być absolutnie szczery we własnym przekonaniu?
Ale czy to nie jest problem każdej religii? Że masz piękną naukę i zawsze znajdzie się ktoś, kto ją wypaczy do własnych celów? Chrześcijaństwo miało krucjaty, buddyzm ma teraz nacjonalistów w Birmie. Może to nie jest słabość islamu, ale słabość ludzkiej natury.
To jest kwestia semantyki w politycznym kontekście, nie w religijnym. Wewnątrz tradycji muzułmańskiej to słowo przez wieki miało zupełnie inne konotacje. To że na zewnątrz zostało zredukowane do jednego znaczenia - to jest efekt ostatnich kilkudziesięciu lat, nie czternastu wieków.
Właśnie to mnie uderza w tej dyskusji. Że to, co my rozumiemy przez dżihad, jest głównie efektem narracji medialnej, a nie teologicznej. A tymczasem mamy cały ten ogromny korpus tekstów, który mówi o czymś zupełnie innym. Czy ktoś wie, jak to słowo brzmi w kontekście codziennej modlitwy - czy w ogóle się pojawia?
A więc to jest coś, co muzułmanie mają w świadomości na co dzień? Nie tylko w kontekście jakichś wielkich wydarzeń, ale po prostu - wstaję rano, mam walczyć z własną słabością? Jakoś to do mnie inaczej trafia, kiedy to tak ujmujesz.
Mnie też to trochę zmienia perspektywę. Myślałam, że to jest coś ekstraordynaryjnego, a okazuje się, że w takiej tradycji to jest niemal jak... codzienność. Coś w rodzaju wewnętrznego rachunku sumienia?
Ale chwilę - czy jeśli te struktury są takie same, to co jest specyficznie islamskiego w tej praktyce? Bo zaczynam się zastanawiać, czy rozmawiamy o islamie, czy o czymś, co po prostu jest wspólne dla wszystkich tradycji duchowych.
O, to jest coś. Czy te etapy nafs to jest coś, co muzułmanie uczą się rozpoznawać w sobie? Czy to bardziej teoria teologiczna, a nie praktyczna?
Dhikr to to samo co mantra? Chodzi mi o to, czy to jest podobna technika - powtarzanie czegoś, żeby zmienić stan wewnętrzny?
I tu znowu wychodzi ta kwestia intencji, o której mówiła wcześniej Iga. Więc jeśli dobrze rozumiem - robisz to samo, ale jeśli robisz to dla stanu, a nie dla Boga, to dla muzułmanina to już jest inne ćwiczenie, może nawet problematyczne?
To mnie zastanawia, bo chyba w praktyce trudno zawsze kontrolować, po co coś się robi. Czy tradycja islamska ma coś do powiedzenia na temat tego, gdy ktoś zaczyna od dobrej intencji, a potem wchodzi w to z przyzwyczajenia, automatycznie?
Wracam na chwilę do tego, o czym mówiłem wcześniej - o podatności na nadużycia. Bo teraz widzę, że ta tradycja ma bardzo rozbudowane mechanizmy weryfikacji wewnętrznej. Ale czy to wystarczy? Czy był w historii jakiś moment, kiedy uczeni powiedzieli wprost: to co robią tamci, to nie jest dżihad?
Owszem, były takie orzeczenia. Na przykład wielcy uczeni orzekali, że ataki na cywilów są zakazane i nie mogą być nazywane dżihadem. Problem polega na tym, że w islamie sunnickim nie ma jednego centrum autorytetu jak papiestwo. Każdy uczony ma swoje audytorium i nie ma kto orzeczenia wymusić. To jest strukturalna słabość systemu, nie doktrynalna.
To co mówisz o braku centralnego autorytetu w islamie sunnickim - to jest chyba kluczowe dla całego problemu. Bo jeśli nie ma kogoś, kto powie 'to jest ostateczna wykładnia', to każdy lokalne środowisko może mieć swoją wersję. Jak to działa w praktyce? Czy jest jakaś hierarchia uczonych, do której można się odwołać?
W sunnickim islamie masz cztery główne szkoły prawne - hanaficką, malikicką, szafi'icką i hanbalicką - i każda ma swój dorobek i swoich uczonych. Ale żadna nie stoi ponad innymi. Masz też al-Azhar w Egipcie, który ma ogromny prestiż, ale jego orzeczenia nie są wiążące dla wszystkich. To zupełnie inna struktura niż w szyizmie, gdzie mardża' - wielki ajatollah - ma konkretnych zwolenników i jego słowo naprawdę coś znaczy.
A to oznacza, że w praktyce szyicki dżihad i sunnicki dżihad to mogą być dwa różne pojęcia? Pytam serio, bo trochę zakładałem, że to jedna spójna nauka.
Różnice są realne, choć rdzeń jest wspólny. W szyizmie klasycznym dżihad obronny może być prowadzony zawsze, ale dżihad zaczepny - ten zewnętrzny - był tradycyjnie zarezerwowany do czasu powrotu Ukrytego Imama. Czyli do czasu, gdy przyjdzie ten, kto ma autorytet do jego ogłoszenia. To ma poważne implikacje: właściwie każde państwo szyickie przez wieki miało teologiczny problem z legitymizacją wojny ofensywnej.
