Czyli mamy sytuację, w której nowatorska interpretacja doktrynalna dała podstawę do państwowej ideologii, a jednocześnie część własnej tradycji ją odrzuciła? To brzmi jak schizma w miniaturze. Ciekawe, że przy tym wszystkim wewnętrzna strona dżihadu - ta duchowa - jakoś nie stała się przedmiotem podobnych politycznych sporów.
A ja się zastanawiam, czy to jest tak, że im bardziej religia jest upolityczniona, tym bardziej ta wewnętrzna warstwa schodzi na drugi plan? Bo z tego co tu czytam, sufizm - który kładzie nacisk właśnie na dżihad wewnętrzny - był marginalny lub wręcz prześladowany w różnych momentach historii islamu.
Poczekajcie, czyli w ramach jednej religii jedni muzułmanie zakazywali innym ich praktyk duchowych? To jest coś, czego nie wiedziałem. To jest mniej więcej jak gdyby katolicy zakazali jezuitom medytacji kontemplacyjnej?
Trochę tak, choć w historii chrześcijaństwa też były napięcia między mistykami a instytucją. Ale wróćmy do tematu - czy to znaczy, że w islamie wahhabickim dżihad wewnętrzny w ogóle nie istnieje jako kategoria, czy po prostu jest nieważny?
To jest właśnie kwestia sporna. W pewnych kręgach wahhabickich i salafickich mówi się, że hadis o 'wielkim dżihadzie' - tym wewnętrznym - jest słaby, czyli ma słaby łańcuch przekazu. Więc podważają nie doktrynę jako taką, ale konkretne źródło. Ale to jest zdanie mniejszości w całości tradycji.
Tu jest ważny niuans - kwestionowanie tego jednego hadisu nie oznacza, że cała koncepcja wewnętrznej walki z nafs wypada z islamu. Ten temat pojawia się w Koranie niezależnie, między innymi w surze Al-Szams, gdzie mowa o 'duszy i tym, który ją ukształtował' i o tym, że zbawienie zależy od jej oczyszczenia. Więc nawet bez tego hadisu masz podstawy koraniczne.
To znaczy, że cała ta dyskusja wokół jednego hadisu to trochę ślepy zaułek? Że nawet gdyby był nieautentyczny, to i tak ta nauka o pracy nad sobą jest w samym Koranie?
