Długo zbierałem się, żeby napisać o czymś, co mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Chodzę do kościoła, ale coraz częściej mam wrażenie, że msza po polsku jest jakoś... płytsza? Nie wiem, jak to inaczej określić. Kiedyś trafiłem na mszę łacińską trydencką i choć nie rozumiałem połowy słów, coś w tej atmosferze było inne. Zacząłem się zastanawiać, czy to tylko kwestia przyzwyczajenia i estetyki, czy jednak język modlitwy naprawdę coś zmienia - nie tylko w głowie modlącego, ale w samej modlitwie jako takiej. I nie chodzi mi tylko o katolicyzm - widziałem, że muzułmanie modlą się wyłącznie po arabsku, Żydzi mają hebrajski, a hindusi sanskryt. Przypadek?
To wcale nie jest oczywiste, co czujesz. Hebrajski, arabski, sanskryt, łacina - to nie są po prostu stare języki. W każdej z tych tradycji język sakralny jest traktowany jako część rytuału, a nie tylko jego opakowanie. W kabale każda litera hebrajska ma przypisaną wartość, dźwięk i znaczenie kosmologiczne - tam język dosłownie tworzy rzeczywistość, nie opisuje jej. Pytanie, które ty stawiasz, to pytanie o to, czy nośnik modlitwy jest neutralny. Moim zdaniem - nie jest.
Ale właśnie tu zaczyna się ciekawa kwestia - czy chodzi o sam język jako taki, czy o to, że te języki niosą ze sobą setki lat praktyki i intencji? Bo może to nie arabski 'działa', tylko miliony ludzi przez wieki wkładali w te słowa coś, co nagromadziło się jak... nie wiem, jak to ująć. Pole znaczeń? Arnold, ty masz na myśli coś konkretniejszego, prawda? Że sam dźwięk ma znaczenie, nie tylko skojarzenia?
Ja to widzę inaczej. Języki sakralne działają głównie dlatego, że wyłączają nas z codzienności. Kiedy mówisz coś niezrozumiałego, umysł nie analizuje, tylko... odpuszcza. Wchodzisz w inny stan. To trochę jak z runami - kiedy je zapisujesz, nie czytasz ich jak liter, robisz z nimi coś innego w głowie. Więc może łacina działa dokładnie tak samo - nie dlatego, że jest 'świętsza', tylko dlatego, że mózg przestaje ją tłumaczyć i po prostu trwa.
Nie jestem przekonana do tego tłumaczenia, Julisia. Bo jeśli chodzi tylko o wyłączenie analitycznego myślenia, to można by się modlić w dowolnym obcym języku, którego nie znamy - i efekt byłby ten sam. A jednak chyba nie jest. Albo jest? Ktoś próbował modlić się świadomie w języku, którego zupełnie nie zna, poza swoją własną tradycją?
To ciekawe pytanie, Thalia. Ja miałam doświadczenie z mantrami sanskryckimi - zaczęłam je powtarzać bez żadnego przygotowania, z nagrania, i coś się działo, mimo że nie rozumiałam ani słowa. Ale nie wiem, czy to był efekt samego języka, skupienia, rytmu, czy po prostu efekt placebo. Jak odróżnić jedno od drugiego?
To jest w ogóle pytanie, które można postawić szerzej - każdy rytuał ma warstwę symboliczną i warstwę energetyczną, i rzadko da się je czysto rozdzielić. Ale wracając do początku tego wątku - zmiana łaciny na języki narodowe w katolicyzmie to był Sobór Watykański II, lata 60. I faktycznie pojawiają się głosy, że od tego czasu coś się w kościołach zmieniło. Tylko czy to zmiana języka, czy zmiana całej formacji duchowej tamtego okresu?
Właśnie o to mi chodzi, Numerolog. Bo gdy pytam starszych ludzi, którzy pamiętają msze łacińskie, to nie mówią że tęsknią za łaciną samą w sobie - mówią, że tęsknią za skupieniem, za ciszą, za tym, że ksiądz był jakby odwrócony razem z nimi, nie do nich. To może być coś zupełnie innego niż język.
Ale jednak w islamie to jest jasne i niezmienne - Al-Fatiha musi być po arabsku, bo tłumaczenie nie jest już Koranem, tylko jego interpretacją. Nie ma tu żadnej dyskusji w ortodoksyjnym islamie. Jak to się ma do tego, co mówi Hipolit o skupieniu - muzułmanie się modlą po arabsku, chociaż wielu w ogóle nie zna tego języka. I chyba właśnie to jest centralny punkt tej rozmowy.
Wow, nawet nie wiedziałam, że to takie głęboki temat. Zawsze myślałam, że chodzi po prostu o tradycję i żeby wszyscy mówili to samo. A tu wychodzi, że za tym stoją całe filozofie. Mam jedno pytanie - czy w tradycjach pogańskich, słowiańskich na przykład, też istniało coś w rodzaju świętego języka? Albo świętych słów?
O rany, tego nie wiedziałam! Czyli nawet w polskiej tradycji ludowej słowa miały jakąś 'zamkniętą' formę, której nie wolno było ruszać? To trochę jak z modlitwą Ojcze Nasz - wyobrażam sobie, że gdyby ktoś zaczął ją parafrazować własnymi słowami, coś by się zmieniło. Czy tak działa ta 'moc' formuły?
Ale tu pojawia się kolejna kwestia - jeśli forma ma takie znaczenie, to dlaczego Kościół w ogóle zdecydował się zmienić język? Musiało być jakieś uzasadnienie teologiczne. Chodziło o to, żeby wierni rozumieli, co mówią, żeby modlitwa była świadoma. I to też jest argument - może ważniejsze jest intencjonalne rozumienie niż wibracja słowa?
Ja się tu dużo uczę. Mam głupie pytanie - czytałam gdzieś, że w pewnych tradycjach samo wymawianie imienia Boga jest już modlitwą. Czyli Jahwe, Allah, Om - same dźwięki mają moc. Czy to jest ta sama zasada? I czy to działa tak samo, gdy ktoś po prostu wymawia te słowa bez wiary, z ciekawości?
Ale wróćmy do pytania z początku - czy mniej się modlimy odkąd jest po polsku? Bo to jest konkretne, praktyczne pytanie. Ja mam wrażenie, że problem nie leży w języku, tylko w tym, że kościoły przestały być miejscem skupienia. To hałas, biuletyny, ogłoszenia parafialne, zbieranie tacki w trakcie homilii... To chyba bardziej zabija modlitwę niż zmiana języka.
Szeptun to dobrze ujął. Bo ja nie narzekam na kościół jako instytucję - po prostu zastanawiam się nad tym, czy język jest nośnikiem neutralnym, czy nie. I im dłużej czytam wasze odpowiedzi, tym bardziej mam wrażenie, że to zależy od tradycji. W islamie i w kabale - nie jest neutralny. W chrześcijaństwie zachodnim po Soborze - uznano, że może być neutralny. I może to samo w sobie dużo mówi o tym, jak te tradycje rozumieją relację między słowem a sacrum.
Hipolit, ale to co mówisz na końcu - że zależy od tradycji - to jest chyba klucz. Bo w islamie nikt nie dyskutuje, arabski jest arabski i koniec. W katolicyzmie była ta wielka reforma i teraz mamy pół wieku refleksji nad tym, co się zmieniło. A w tradycjach szamańskich czy słowiańskich w ogóle nie ma jednej odpowiedzi, bo nie ma centralnej instytucji, która by decydowała. Więc może pytanie nie brzmi 'czy język ma moc', tylko 'kto i na jakiej podstawie tę moc przypisuje'?
To znaczy, że jakby za trzysta lat polska modlitwa będzie 'naładowana' tak samo jak łacińska? Przepraszam, jeśli to naiwne, ale to ciekawe, jakby każdy język zbierał energię z modlitw i po prostu starsze języki mają jej więcej. Czy tak?
Ale chwila - Sheldrake to już zupełnie inny świat. Wracajmy na ziemię. Hipolit pytał o bardzo konkretną rzecz: czy zmiana łaciny na polski coś zabrała modlitwie. I nikt tu jeszcze nie powiedział wprost: tak zabrała, albo nie zabrała. Wszyscy kręcimy wokół.
Szeptun, powiem ci jak to widzę, choć to tylko moja obserwacja. Mam w rodzinie dwie ciotki, obie głęboko wierzące. Starsza pamięta msze łacińskie i mówi, że tamte były 'inne'. Młodsza zna tylko polskie i nie rozumie o czym mówi siostra. Obie modlą się równie serio. Więc może to pokoleniowe, a nie językowe?
To jest ważna obserwacja. Ale można to też odczytać inaczej - że każde pokolenie dostaje 'swój' język sakralny i on dla nich działa, bo jest tym, przy którym wzrastali. Czy to nie jest argument za tym, że moc jest w nawykach i skojarzeniach, a nie w samym języku?
Słucham tej rozmowy od początku i jedno mi chodzi po głowie - czy ktokolwiek z was próbował modlić się w języku, który zna biegle, ale który nie jest jego pierwszym językiem? Bo to by był ciekawy test. Nie obcy jak arabski, nie ojczysty jak polski, ale np. angielski dla kogoś, kto nim mówi od lat. Jak to działa?
Czytam tę dyskusję od jakiegoś czasu i mam jedno spostrzeżenie - może problem z przejściem z łaciny na polski był nie w samym języku, ale w tym, że nagle wierni mogli śledzić słowa i zaczęli oceniać. Wcześniej byli zanurzonymi uczestnikami, potem stali się słuchaczami tekstu. A to dwa różne stany skupienia.
I to jest właśnie pytanie, na które nie ma łatwej odpowiedzi. Ale przynajmniej teraz rozumiem, dlaczego mój dziadek do końca życia chodził na mszę trydencką jeśli mógł. Nie dlatego, że był tradycjonalistą w sensie politycznym. Po prostu w tej drugiej mszy czuł coś, czego w nowej nie czuł. I może na tym poziomie nie ma co go przekonywać, że powinien czuć tak samo.
To pytanie, które Brygida zadaje, wraca właściwie w każdej tradycji. W zen jest pojęcie 'czegundowego umysłu' - umysłu początkującego, który nie analizuje. Mnisi używają koanów właśnie po to, żeby wyłączyć analitykę. Może łacina robiła to samo dla zachodnich chrześcijan - nie przez swoją 'moc', ale przez swoją nieprzejrzystość.
Słucham i ciągle mam ten sam problem. Czy to nie jest przypadkiem tak, że opowiadamy sobie piękne rzeczy o tym, jak 'duch działa przez niezrozumienie', ale w rzeczywistości Kościół przez wieki po prostu trzymał wiernych w nieświadomości? I my teraz próbujemy z tego zrobić zaletę?
To ciekawe, bo właśnie o to mi chodziło gdy zaczynałem ten temat. Czy świadomy wybór archaicznego języka daje ten sam efekt co nieświadome zanurzenie w nim od dziecka? Mam wrażenie, że nie do końca - tak jak nie da się 'udać' naiwności religijnej z dzieciństwa będąc dorosłym.
Hipolit, ale czy na pewno? Bo w medytacji vipassany uczą cię robić coś bardzo podobnego - celowo wracać do stanu uwagi, który masz naturalnie tylko kiedy coś jest nowe. I podobno to działa. Więc może świadomy wybór też może odtworzyć tamten stan, po prostu wymaga więcej wysiłku?
