Warto dodać że arabska astrologia wróciła na zachód właśnie przez przekłady z XII wieku, przez Toledo i Sycylię. Europejczycy tłumaczyli Abu Mashara, al-Kindiego, zanim jeszcze na nowo przeczytali Ptolemeusza po grecku. Paradoks historii: chrześcijański zachód odrzucał astrologię teologicznie, ale chłonął ją intelektualnie przez arabskie pośrednictwo.
Zupełnie otwarte przekłady, Stasiek. Szkoła tłumaczy w Toledo była oficjalną instytucją, Gerard z Cremony przetłumaczył dziesiątki arabskich tekstów naukowych, w tym astrologicznych. To nie był żaden sekret. Kościół miał problem z astrologią jako sposóbm przepowiadania, nie z astronomią jako nauką, a granica była płynna.
A co z tradycją żydowską? Przez całą tę dyskusję mówimy o chrześcijaństwie i islamie, a judaizm chyba też miał jakieś zdanie na temat astrologii. Zwłaszcza że Kabała jest taka planetarna w swojej symbolice.
ta sprzeczność w talmudzie jest niesamowita. Ale jak to możliwe żeby w jednym tekście jednocześnie mówić że Izrael jest wyłączony spod gwiazd i jednocześnie opisywać wpływ planet na charaktery? Czy to były różne szkoły myśli w obrębie judaizmu?
Czy Kabała to nie jest jakby ta część judaizmu gdzie astrologia jest zupełnie akceptowana? Bo jak patrzę na to co piszecie o sefirach i planetach, to wydaje się że tam te wpływy są wbudowane w sam system.
I to rozróżnienie między astrologią kosmologiczną a predyktywną pojawia się w prawie każdej tradycji którą tu omawiamy. Mezopotamia miała ją jako system omenów i interwencji. Grecy rozwinęli predykcję. Chrześcijanie się tarli z predykcją bo naruszała opatrzność. Islam ją dopuszczał z zastrzeżeniami. Kabała używała struktury astralnej do opisu rzeczywistości. Hinduizm - i tu mam pytanie do kogoś co wie więcej - jyotisha chyba jest najbardziej rozbudowanym żywym systemem predyktywnym na świecie. Jak tam rozwiązano napięcie z karmą i wolną wolą?
W jyotisha o ile wiem, horoskop urodzeniowy pokazuje karmiczne uwarunkowania z poprzednich wcieleń, więc to jest w pewnym sensie odczyt tego co sam sobie 'zaprogramowałeś' wcześniejszymi działaniami. Gwiazdy nie narzucają czegoś z zewnątrz, tylko ujawniają twój własny wzorzec karmiczny. Dasha system dzieli życie na okresy rządzone przez różne planety i to jest dosyć deterministyczne, ale praktyki takie jak mantra czy upaya mają właśnie łagodzić trudne wpływy. Więc i tu mamy: prognoza plus możliwość działania.
Ten wzorzec się powtarza dosłownie wszędzie. Prognoza jako diagnoza, rytuał jako terapia. Chyba jedyną tradycją gdzie prognoza była naprawdę finalna był ten grecki fatalyzm który Leopold opisywał wcześniej w kontekście stoicyzmu, ale tam akceptacja losu była właśnie ćwiczeniem duchowym a nie bezsilnością. Mam wrażenie że żadna żywa tradycja nie mogłaby przetrwać z czystym determinizmem, bo po co by komukolwiek był potrzebny astrologa jeśli nie możesz nic z tym zrobić?
To jest trafna obserwacja Wega. System który jest czysto deterministyczny i nic nie można zmienić, eliminuje sam siebie jako praktykę. Astrologowie żyli z tego że byli potrzebni, więc zawsze musieli oferować jakąś przestrzeń działania. To może brzmieć cynicznie, ale myślę że to jest też głębsza prawda - sama idea że patrzysz na niebo po to żeby lepiej nawigować swoim życiem, zakłada że nawigacja ma sens.
hmm ale to nie musi być cynizm prawda? Może ludzie którzy tworzyli te systemy naprawdę wierzyli że działanie jest możliwe, i dlatego te systemy przetrwały. Trudno oddzielić co było szczere a co pragmatyczne po tysiącach lat.
To co Lechoslawa pisze na końcu jest chyba kluczowe dla całej tej rozmowy. Nie możemy z perspektywy XXI wieku oceniać czy starożytni astrolodzy byli szczerzy czy cyniczni - to anachronizm. Kategoria 'pragmatyzmu kontra szczerej wiary' jest nasza, nie ich. Dla kogoś w Babilonie czy Bagdadzie podział na 'obiektywne przepowiednie' i 'furtki dla klientów' po prostu nie istniał w ten sposób.
I to jest dokładnie ten punkt który chciałem podnieść od dłuższego czasu w tej rozmowie. Jeśli namburbi istniały systemowo, to znaczy że astrologia babilońska miała wbudowany mechanizm działania wstecz na przepowiednię. To nie jest już tylko kosmologia opisowa - to jest praktyka magiczno-rytualna zintegrowana z astronomią. I to jest coś zupełnie innego niż np. horoskopty nowożytne.
Ale poczekajcie - czy to nie jest właśnie to co robią współcześni astrolodzy kiedy mówią 'Merkury w retrogradzie, więc nie podpisuj umów'? Tzn. prognoza daje przestrzeń do działania przez unikanie lub dostosowanie, nie tylko do biernego czekania. To ten sam mechanizm tylko inaczej sformułowany.
jest podobieństwo ale nie do końca. Namburbi to było aktywne rytualne przeciwdziałanie, angażujące kapłanów, ofiary, specyficzne procedury. 'Nie podpisuj umów podczas Merkurego w retrogradzie' to raczej pasywne unikanie. Skala interwencji jest zupełnie inna, choć logika podobna.
Przepraszam że wchodzę z czymś może naiwnym, ale słucham tej rozmowy i zastanawiam się - jeśli Babilończycy mieli rytuały żeby odwrócić zły omen, to po co w ogóle patrzeć w gwiazdy? Żeby wiedzieć kiedy robić rytuał czy coś więcej?
To znaczy że cały babiloński system był w gruncie rzeczy systemem wczesnego ostrzegania? Trochę jak współczesna meteorologia tylko zamiast parasola masz rytuał?
ale jak to się ma do tego co powiedzieliście o chrześcijańskim sprzeciwie wobec astrologii? Bo jeśli Babilończycy mieli rytuały żeby zmienić los, to chrześcijanie powinni być zadowoleni że los nie jest deterministyczny, a nie się sprzeciwiać. Gdzie tu logika?
Ale Teodozja, czy to znaczy że chrześcijanie akceptowali astrologię jako opis świata, tylko nie jako praktykę rytualna? Bo słyszałam że np. Tomasz z Akwinu był dość pozytywnie nastawiony do wpływów astralnych.
I to rozróżnienie Tomasza jest historycznie bardzo ważne bo dało intelektualną podstawę temu że astrologia funkcjonowała na europejskich dworach przez całe średniowiecze i renesans bez większych problemów z Kościołem. Papieże mieli nadwornych astrologów. Watykan finansował obserwacje astronomiczne. To nie była żadna herezja dopóki się nie wchodziło w rytuały planetarne.
przepraszam że pytam może o coś oczywistego ale co to są dokładnie te rituały planetarne które były problemem? Modlitwy do planet? Zamawianie sobie czegoś od Saturna? Nie bardzo rozumiem gdzie była granica
Ficino to w ogóle genialny przypadek. Działał w cieniu Akademii Platońskiej we Florencji, Medyceusze go sponsorowali, a on chodził po linie między filozofią a magią całe życie. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak astrologia i religia mogły koegzystować w jednym człowieku, to jest idealny przykład.
no właśnie Ficino - ale jak on to uzasadniał żeby nie dostać zarzutu herezji? Bo to musiało być dość ryzykowne, nie? Grać z pieczęciami planetarnymi i jednocześnie chodzić do kościoła?
Właśnie ta kategoria 'magii naturalnej' to jeden z najciekawszych wynalazków renesansu. Ficino, Pico della Mirandola, później Agryppa - wszyscy chowali się za tym parasolem. Pytanie które mnie zawsze nurtuje: czy sami wierzyli że to inna kategoria niż magia rytualna, czy to był świadomy kamuflaż?
A wracając do wątku chrześcijańskiego sprzeciwu - bo trochę odpłynęliśmy w renesans - czy ktoś wie jak to wyglądało we wczesnym chrześcijaństwie? Bo mam wrażenie że to nie był jednolity sprzeciw od początku.
Czyli w pierwszych wiekach chrześcijaństwo nie było jednomyślne w tej kwestii? To trochę mnie zaskakuje, myslałam że zawsze był taki jednoznaczny zakaz
Poczekajcie - papieże zamawiali horkosopy? To nie żart? Myślałem że Kościół to zawsze był absolutnie przeciw.
Nie żart. Sykstus IV, Juliusz II, Leon X, Paweł III - wszyscy mieli nadwornych astrologów. Paweł III podobno nie zwoływał konsystorza bez wcześniejszej konsultacji astrologicznej. To jest historia bardzo dobrze udokumentowana, trochę kłopotliwa dla późniejszego wizerunku Kościoła.
