Wejdę później niż reszta, bo czytałem cały wątek z uwagą, i chcę dorzucić coś, co wybrzmi szerzej, dla wszystkich czytających, nie tylko dla Kappi. Zauważcie, jak różne są te sny o tonięciu, a jak podobna mądrość z nich płynie. Przeciążenie Kappi w ciemnej wodzie, stagnacja Whispera w spokojnej, toksyczna relacja w brudnej, ktoś trzymający głowę pod wodą u przyjaciółki Honoraty, zapadający się grunt u mamy Rikszy. Pięć różnych sytuacji, a wniosek wspólny, tonięcie to zawsze obraz przytłoczenia, utraty kontroli, czegoś, co nas pochłania, a niemożność krzyku to obraz zdławionego głosu, niewołania o pomoc. To dlatego ten sen jest tak uniwersalny, bo każdy z nas kiedyś w czymś tonie i każdy z nas czasem dławi swój głos. I dlatego warto, żeby ten wątek został, bo każdy, kto tu trafi, znajdzie swój własny rodzaj wody i swoją własną odpowiedź, inną niż Kappi, ale prowadzącą do tej samej mądrości, przestań tonąć w ciszy, zawołaj, nie zostawaj sam.
Dorzucę coś o samym przebudzeniu, bo Kappi pisał, że budzi się gwałtownie, łapiąc powietrze, i to częsty, ważny element tych snów. To gwałtowne przebudzenie z chwytaniem powietrza jest samo w sobie znaczące na dwóch poziomach. Na poziomie ciała to często moment, gdy organizm reaguje na realne spłycenie oddechu, o czym mówił Krysztal, i dlatego zawsze warto sprawdzić ten oddechowy trop. Na poziomie symbolicznym to wynurzenie, ten pierwszy oddech nad powierzchnią, którego brakowało w śnie. Ciekawe, że sam akt przebudzenia jest już wypłynięciem, zaczerpnięciem powietrza. Można to potraktować jako podpowiedź, że wyjście istnieje, że da się wynurzyć, bo przecież co rano się wynurzasz, budząc się. Kappi, twoje ciało co noc pokazuje ci, że potrafisz wypłynąć, bo budzisz się, łapiąc powietrze. To wynurzanie się masz w sobie. Chodzi o to, żeby nauczyć się go także na jawie, zanim woda sięgnie ust.
Mam ostatnie pytanie, bo nie chcę zostawić tego niejasnym dla siebie. Czy jak ktoś przepracuje to, o czym mówi taki sen, zawoła o pomoc, odciąży się, to ten sen już nigdy nie wróci? Czy może wracać po latach, przy nowym kryzysie?
Dorzucę na koniec coś, co spina mi cały ten wątek w jedną myśl. Przez tyle głosów, tyle różnych wód, przeciążenie, stagnację, toksyczną relację, zapadający się grunt, przewija się jedna prawda. Sen o tonięciu prawie nigdy nie jest tym, czego się na początku boimy, czyli zapowiedzią dosłownej śmierci czy nieszczęścia. Prawie zawsze jest obrazem czegoś, co nas w życiu przytłacza i pochłania, połączonym z naszym milczeniem, z niewołaniem o pomoc. I prawie zawsze droga ratunku jest ta sama, przestać udawać, że się płynie, zawołać, nie tonąć w pojedynkę. Kappi pokazał to na żywo, przechodząc od niemego krzyku pod wodą do telefonu do brata. To jest, jak sądzę, najcenniejsza nauka, jaką można stąd wynieść, że woda opada, gdy wreszcie zawołamy.
Czytałam ten cały wątek do końca i mam łzy w oczach, choć przyszłam tylko z pytaniem o przyjaciółkę. Dziękuję Kappi, że tak otwarcie się tym podzieliłeś, i Wam wszystkim, że pomogliście mu wynurzyć głowę. Nauczyłam się tu więcej o snach niż z jakiejkolwiek książki, ale przede wszystkim o tym, że za "strasznym snem" może kryć się ktoś, kto po prostu tonie w samotności i nie umie zawołać. I że najważniejsze, co można dla takiej osoby zrobić, to zauważyć ją, zanim sama zawoła.
Dorzucę coś dla tych, którzy czytają i rozpoznają w sobie nie Kappi, ale tych ludzi obok, którzy "nie słyszą". Bo wielu z nas jest po obu stronach, czasem toniemy, a czasem stoimy obok kogoś, kto tonie, i nie widzimy tego, bo on dzielnie udaje. Z tego wątku płynie nauka nie tylko dla tonących, ale i dla tych obok. Jeśli ktoś w twoim otoczeniu nagle się wycofuje, milknie, "daje radę" aż za bardzo, dźwiga wszystko bez skargi, to bywają znaki, że ktoś tonie po cichu. Czasem wystarczy zapytać wprost, "jak się naprawdę masz", i nie zadowolić się pierwszym "w porządku". Bo tonący często czeka, aż ktoś zapyta drugi raz, z troską, bo sam nie umie zawołać. Możemy być dla siebie nawzajem tymi, którzy słyszą, zanim ktoś pójdzie pod wodę.
Dorzucę na koniec myśl, która spina mi ten wątek z szerszej perspektywy. Przez tyle głosów przewija się jedno, że najcięższy w tym śnie nie jest sam fakt tonięcia, ale to, że dzieje się ono w milczeniu, w samotności, z odebranym głosem. Gdyby człowiek tonął, ale mógł wołać i ktoś by go słyszał, nie byłoby w tym tej grozy. Groza bierze się z połączenia tonięcia z niemotą, z byciem niewidzialnym w swoim cierpieniu. I dlatego ratunek nie polega przede wszystkim na tym, żeby przestać tonąć, bo życie czasem nas zalewa niezależnie od nas, ale na tym, żeby odzyskać głos, przerwać milczenie, stać się widzialnym w swoim trudzie. Kappi to pokazał, nie rozwiązał z dnia na dzień swoich problemów, ale przerwał milczenie, i to wystarczyło, by wynurzyć głowę. Czasem nie da się od razu opróżnić wody, ale zawsze można zacząć wołać. I to wołanie jest pierwszym oddechem.
Zostawiam to z myślą dla wszystkich, którzy trafią tu później ze swoim własnym tonięciem. Możecie się go bać, jak Kappi na początku, brać za zły omen albo wstydzić się, że w ogóle macie taki sen. A możecie kiedyś, jak on dzisiaj, zatrzymać się i zapytać siebie, w czym tonę, czego nie wołam, komu nie mówię, że nie daję rady. To moment, w którym sen przestaje być koszmarem, a staje się wezwaniem do tego pierwszego oddechu. Nie musicie tonąć w ciszy. Wokół was, choćby się wam zdawało inaczej, są ludzie i są ręce gotowe pomóc, oddzielone tylko waszym milczeniem. Zawołajcie. To wystarczy, żeby zacząć się wynurzać.
I niech to zostanie otwarte. Sen o tonięciu i niemożności krzyku wraca u niezliczonych ludzi, na każdym etapie życia, gdy woda zaczyna sięgać ust. Komu się śni, kto rozbroił już swój strach, kto znalazł swój pierwszy oddech, kto ma własny rodzaj wody, własne pytanie, niech dopisze. I jeszcze jedno, ważne, jeśli czytasz to i czujesz, że naprawdę toniesz, nie tylko w śnie, ale i na jawie, że jest ci ciężko ponad siły, nie zostawaj z tym sam. Zawołaj, do kogoś bliskiego, a jeśli nie masz do kogo, do kogoś, kto pomaga zawodowo. Wołanie o pomoc to nie słabość. To pierwszy oddech nad powierzchnią. Kappi go dzisiaj zaczerpnął. Każdy z Was też może.
Dopiszę jeszcze ode mnie, bo jesteśmy z Kappi na podobnym etapie i też się tego uczę. Mnie najbardziej zostało z tego wątku to, że przestałem traktować ten sen jak coś, co mi się przydarza i co mnie napada, a zacząłem jak coś, co do mnie woła moim własnym, zdławionym głosem. To zmienia wszystko. Z ofiary tonięcia stajesz się kimś, kto wreszcie słyszy własne wołanie i może na nie odpowiedzieć. Dziękuję, Kappi, że założyłeś ten temat, bo skorzystałem z niego nie mniej niż ty, i też zamierzam wreszcie do kogoś zadzwonić.
Dołączam później, bo czytałem wszystko po kolei, i chcę dorzucić własne doświadczenie, które może komuś pomóc. U mnie sen o tonięciu wracał zawsze w okresach, gdy brałem na siebie ratowanie wszystkich wokół, partnerki, rodziców, kolegów, a sam nie miałem komu się wygadać. Tonąłem, bo byłem dla wszystkich ratownikiem, a dla siebie nikim. Przełom przyszedł, gdy zrozumiałem, że nie można w nieskończoność ratować innych, samemu tonąc, że muszę najpierw założyć maskę tlenową sobie, jak mówią w samolotach. Gdy zacząłem dbać o siebie i prosić o pomoc, zamiast tylko jej udzielać, sen ustąpił. Mówię to, bo widzę u Kappi podobny rys, ten, który wszystkim pomaga, a sam nie woła. Kappi, pamiętaj, nie uratujesz nikogo, jeśli sam pójdziesz na dno. Najpierw tlen dla siebie.
Mam jeszcze jedno pytanie, bo nie chcę zostawić tego niejasnym. Czy warto te sny zapisywać, skoro już mniej więcej wiemy, o co w nich chodzi, o przeciążenie i niewołanie o pomoc? Czy dziennik snów coś realnie daje, czy to tylko dodatkowa robota?
Dorzucę dla równowagi jaśniejszy obraz, bo wątek mocno krążył wokół tonięcia, a bywa i odwrotnie, sny, w których przechodzimy od tonięcia do pływania albo do unoszenia się na wodzie. Niektórym, gdy zaczynają sobie radzić na jawie, śni się, że woda, która ich topiła, zaczyna ich nieść, że uczą się w niej płynąć, że zamiast iść na dno, kładą się na powierzchni i unoszą. To jeden z najpiękniejszych znaków przemiany, ta sama woda, która była zagrożeniem, staje się żywiołem, w którym potrafimy się utrzymać. Kappi, gdyby kiedyś w twoim śnie woda zaczęła cię nieść zamiast topić, gdybyś nauczył się w niej unosić, potraktuj to jako wyraźny sygnał, że nauczyłeś się żyć ze swoimi emocjami zamiast w nich tonąć. To bywa cel tej całej drogi, nie żeby woda zniknęła, bo emocje i życie nie znikną, ale żeby nauczyć się w niej pływać.
Zostawiam ten wątek z ostatnią myślą dla cichych czytelników, których jest tu na pewno wielu. Tonięcie i niemy krzyk, w jakiejkolwiek wodzie wam się śni, najprawdopodobniej nie jest złym omenem ani zapowiedzią nieszczęścia. Jest obrazem tego, że coś was przytłacza, a wy dławicie swój głos, nie wołacie o pomoc. Zapytajcie siebie, w czym tonę, czego nie mówię, komu nie pokazuję, że nie daję rady. A potem zróbcie to, co Kappi, zawołajcie, choćby do jednej osoby, choćby do kogoś, kto pomaga zawodowo. Nie musicie tonąć w ciszy ani w pojedynkę. Pierwszy oddech nad powierzchnią zaczyna się od jednego wypowiedzianego zdania, że jest wam ciężko. To zdanie jest na wyciągnięcie ust. Wypowiedzcie je.
Wracam jeszcze z jednym pytaniem, bo ten wątek nie daje mi spokoju, w dobrym sensie. Czy jak ktoś ma taki sen, ale w życiu naprawdę nie czuje, żeby tonął, żeby było mu ciężko, to czy to znaczy, że tonie, tylko o tym nie wie? Bo trochę się przestraszyłam, czytając to, że może i ja gdzieś tonę, nie zdając sobie sprawy.
Dołączę z odmianą, której tu jeszcze nie było, a która może dać komuś nadzieję. U mnie ten sen z czasem się zmienił. Najpierw, jak u Kappi, tonęłam i nie mogłam wołać. Ale w pewnym momencie, gdy zaczęłam ogarniać swoje życie na jawie, w śnie zaczęło się dziać coś nowego, czasem udaje mi się wypłynąć, wybić nad powierzchnię, złapać oddech, raz nawet dopłynęłam do brzegu. Budzę się wtedy nie z paniką, ale z dziwną satysfakcją. Chcę zapytać ekspertów, czy to wypłynięcie coś znaczy, czy to tylko przypadkowa zmiana scenariusza snu. Bo dla mnie to było jak znak, że coś się we mnie przestawia.
Mam pytanie do tego, co napisała Leonora. Czy da się jakoś nauczyć tego wypływania we śnie, czy to przychodzi samo, gdy poukłada się życie? Bo gdyby dało się świadomie w śnie zamiast tonąć zacząć płynąć ku górze, to byłoby coś.
Trafiłam tu przypadkiem i przeczytałam wszystko, choć w ogóle się nie znam. Chcę tylko podziękować i powiedzieć, że uderzyło mnie, jak ten wątek zaczął się od strachu przed dziwnym snem, a zamienił się w rozmowę o tym, jak ludzie toną w samotności i jak ważne jest, żeby zawołać. To więcej niż o snach, to o nas wszystkich. Dziękuję, że jest takie miejsce, gdzie obcy ludzie potrafią komuś pomóc wynurzyć głowę.
Zaglądam jeszcze raz, żeby domknąć swój wątek z wdzięcznością i z czymś, co chcę zostawić innym tonącym. Jeszcze niedawno budziłem się co noc, łapiąc powietrze, pewny, że muszę dźwigać wszystko sam, że przyznanie się do słabości to koniec. A dziś, po jednej rozmowie z bratem, po umówionej wizycie u lekarza, po szukaniu kogoś, z kim popracuję głębiej, pierwszy raz od dawna czuję, że płynę ku górze. Nic się jeszcze nie rozwiązało, woda nie zniknęła, ale przestałem w niej tonąć w ciszy. Jeśli czytasz to i też toniesz, jeśli też otwierasz w nocy usta i nie wychodzi z nich głos, błagam, nie czekaj, aż pójdziesz na dno. Zawołaj. Choćby jednym zdaniem, choćby do jednej osoby. To naprawdę jest pierwszy oddech. Mnie ten oddech ocalił wieczór, a może i coś więcej. Dziękuję Wam wszystkim.
Dołączę na sam koniec z jedną nutą troski dla wszystkich czytających. Jeśli ktoś z Was, czytając ten wątek, poczuł, że tonie naprawdę, nie tylko w śnie, że jest mu ciężko ponad siły, że woda sięga ust, proszę, potraktujcie to jak Kappi, jako sygnał do zawołania, nie do dalszego milczenia. Powiedzcie komuś bliskiemu, a jeśli nie macie komu, sięgnijcie po pomoc kogoś, kto wspiera ludzi zawodowo, albo zadzwońcie tam, gdzie ktoś wysłucha, nawet anonimowo. Wołanie o pomoc, gdy się tonie, to najmądrzejsza i najodważniejsza rzecz, jaką można zrobić, nigdy słabość. Nikt nie musi wypływać z każdej głębi sam. Zostawiam Was z tym, z prośbą, byście, jeśli toniecie, dali komuś znać. To pierwszy oddech.
Wracam jeszcze raz, bo dzięki temu wątkowi zacząłem prowadzić dziennik i już po kilku dniach coś zauważyłem, czym chcę się podzielić. Moja spokojna woda, ta stagnacja, pojawia się zawsze po dniach, w których nic nie zrobiłem dla siebie, tylko dryfowałem w rutynie. A w noce po dniach, gdy zrobiłem coś naprawdę swojego, coś, co mnie obudziło, woda się nie pojawia albo jest płytsza. To dla mnie odkrycie, że sen tak dokładnie idzie za tym, jak żyję. Kappi, dzięki tobie i temu wątkowi w ogóle zacząłem to obserwować, a nie tylko budzić się przygnębiony.
Wracam z dobrą wiadomością, bo obiecałam, że dam znać. Przekazałam przyjaciółce delikatnie to, co tu napisaliście o śnie, w którym ktoś trzyma głowę pod wodą, i o tym, że to bywa obraz kogoś, kto nas w życiu dławi. Najpierw się zamknęła, ale po kilku dniach sama wróciła do tematu i pierwszy raz powiedziała na głos, że w jej związku jest źle, że ledwo łapie oddech. Płakała, ale powiedziała, że poczuła ulgę, że ktoś wreszcie zauważył. Umówiła się na rozmowę z kimś, kto jej pomoże. Dziękuję Wam, bo może ten wątek pomógł komuś, kto nawet o nim nie wie.
Wracam, bo też mam małą aktualizację i chcę ją zostawić dla innych facetów, którzy to czytają i milczą. Po tym wątku napisałem do starego kumpla, z którym nie gadałem od lat, i wyrzuciłem z siebie, że jest mi ciężko. Bałem się, że uzna mnie za mięczaka. A on odpisał, że sam przechodzi przez podobne i że dobrze, że się odezwałem. Gadaliśmy pół nocy. Pierwszy raz od dawna nie czułem się sam z tym wszystkim. Dziękuję, bo bez tego wątku dalej bym udawał twardziela i tonął po cichu.
Zaglądam ostatni raz, żeby podziękować, bo choć przyszłam tu zupełnie zielona, wychodzę z czymś ważnym. Najbardziej zostało mi to, że za dziwnym, strasznym snem może kryć się po prostu człowiek, który tonie i nie umie zawołać, i że każdy z nas może być tym, kto usłyszy, albo tym, kto zawoła. To nie tylko o snach, to o byciu ludźmi dla siebie nawzajem. Dziękuję, że mnie tu wpuściliście z moimi laickimi pytaniami i potraktowaliście serio.
