Zastanawiam sie czy nie wchodzimy za bardzo w analize i tracimy cos z samego doswiadczenia. Znaczy - schematy, kąty, powtarzalnosc, to wszystko fajne - ale czy ktos z was probował po prostu zostac w tym uczuciu bez interpretowania? Tylko siedziec z tym bolesnym pieknem i nie pytac co to znaczy?
Oskar dotknął czegoś, co dla mnie jest może najważniejsze w tym temacie. Ja też próbowałam zostać z tym bez słów. I wiesz co się dzieje? To uczucie nie rośnie, nie maleje - ono po prostu trwa. Jakby miało własny oddech. I dopiero kiedy zaczynam je nazywać, coś się z niego ucieka. Może to jest właśnie argument, żeby nie śpieszyć się z zapisem - ani słownym, ani schematycznym.
Ale jak długo można z tym siedziec bez nazwy? Bo mi to zawsze zaczyna sie 'wyślizgiwać' po jakimś czasie. Nie potrafie utrzymac czegoś, co nie ma choćby roboczego słowa. Może jestem za bardzo głowowy.
To tło, o którym Roch pisze - ja to nazywam 'tonacją dnia'. Niektorе sny ustawiają cały dzień w jakimś kluczu. I te z bolącym pieknem robią to najsilniej. Jakby nastroiły coś w środku, ale nie powiedziały co nastroiły ani po co.
Gardło i klatka to bardzo charakterystyczne. Czakra serca i czakra gardła razem - to nie jest przypadkowe połączenie przy snach, w których emocja jest sprzeczna. Serce czuje, gardło chce to wyrazić, ale nie ma słów. I właśnie to napięcie między czuciem a niemożnością wyrażenia może zostawiać to uczucie wypełnienia, o którym mówisz. Ale mam pytanie - czy w samym śnie próbowałaś coś powiedzieć? Czy byłaś raczej milcząca?
Czytam o tym gardle i przypomniałam sobie, że w moim śnie tego typu też nie mówiłam. Byłam obserwatorem tej sprzecznej emocji, nie uczestnikiem, który ją artykułuje. Może to jest coś wspólnego - że te sny trzymają nas w czuciu, a nie w mówieniu. I może właśnie dlatego tak ciężko je potem opisać.
Mam takie naiwne może pytanie - czy ktoś próbował narysować albo zapisać ten sen nie dla siebie, ale dla kogoś innego? Jak opowiadasz komuś bliskiemu, to czasem z ust wychodzi coś, czego sama byś nie wpadła pisząc. Nie wiem czy to pomaga, ale mam wrażenie że przy takich snach rozmowa działa inaczej niż notatnik.
Wchodzę w tę rozmowę trochę z boku, bo czytałam od dłuższego czasu i coś mnie nurtuje. Wy wszyscy mówicie o bólu i pięknie jako o dwóch emocjach, które się zderzają. Ale co jeśli to nie zderzenie? Co jeśli to jest jedna emocja, której jeszcze nie umiemy nazwać, bo brakuje nam słowa?
To co Malwinka mówi - to jest dokładnie to, co siedzi mi w głowie od kiedy zaczęłam ten wątek. Bo ja też zaczęłam od słowa 'sprzeczność', ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie że to słowo jest za małe. Jakby sny tego rodzaju pokazywały coś, dla czego cały nasz język emocjonalny jest niedopasowany.
A skąd wiadomo że to niedopasowanie języka, a nie po prostu - że sen miesza sygnały i produkuje coś, czego normalnie byśmy nie poczuli? Tzn. może sen właśnie przez to jest cenny, że łączy rzeczy, których na jawie nie da się połączyć?
To co Czulu opisuje ma zresztą odpowiedniki w psychologii analitycznej - Jung mówił o funkcji kompensacyjnej snu, że uzupełnia to, czego ego nie jest w stanie pomieścić. Ale przy snach z bólem i pięknem razem, myślę że dzieje się coś więcej niż kompensacja. To raczej coś, co Jung nazywał transcendentną funkcją - próba syntezy przeciwieństw. Nie pogodzenie, ale przekroczenie.
Ta 'zmiana ustawień' to ciekawe. Bo ja mam tak, że po takim śnie przez kilka dni postrzegam pewne rzeczy inaczej - jakby ostrość była inna. Nie wiem jak to tłumaczyć, ale to nie jest zwykłe emocjonalne pobudzenie. Bardziej jakby coś sie przekonfigurowało.
Mam pytanie bo jestem ciekaw - czy ta rekonfiguracja o ktorej Perydotka mówi, to zawsze jest przyjemna zmiana? Bo mi sie wydaje ze czasem cos sie przestawia i nie wiesz potem przez chwile gdzie jestes z czymś ważnym. I nie mam pewnosci czy to dobrze czy zle.
Wracając do tej kwestii ciała - bo mam wrażenie że trochę odpłynęliśmy od tego co Magnolka i Perydotka mówiły o gardle i klatce. Chcę zapytać - czy ktoś z was próbował po takim śnie pracować z ciałem, nie z głową? Tzn. oddech, ruch, coś fizycznego zamiast analizy?
Mam takie przeczucie że to pytanie Rajmundaa o zostawianie - to jest może serce całej tej rozmowy. Bo wszyscy kręcimy wokół: jak to zrozumieć, jak to zinterpretować, co to znaczy. A może właściwsze pytanie brzmi: jak z tym być, nie jak to rozwiązać.
Leontynka trafiła w coś, co chciałam powiedzieć, ale nie umiałam. Sny z bólem, który jest piękny - one może właśnie uczą tej umiejętności bycia z czymś nieokreślonym. Nie dlatego, że to ćwiczenie. Ale dlatego, że inaczej się nie da. I może to jest odpowiedź, której szukałam kiedy zakładałam ten temat.
To co Mandragorka napisała na końcu - że inaczej się nie da - to mnie zatrzymało. Bo to nie brzmi jak wniosek, bardziej jak opis czegoś, co po prostu jest. I zastanawiam się czy właśnie nie o to chodzi w tych snach. Że one nie dają wyjścia bo wyjście nie jest celem. Tylko... no właśnie, co wtedy jest celem?
Chcę wrócić do pytania Oskara o tę rekonfigurację i czy jest przyjemna. Bo on zapytał bardzo uczciwie i mam wrażenie że nie dostał pełnej odpowiedzi. Z perspektywy pracy z czakrami - te sny, gdzie ból i piękno są razem, często zostawiają coś otwartego w obszarze serca albo gardła. Nie zranionego, nie uzdrozonego. Otwartego. I to otwarcie właśnie bywa niekomfortowe przez kilka dni, bo nie wiesz co przez nie wejdzie.
