To co opisuje Rdestowa jest bardzo bliskie temu, co mam na myśli kiedy mówię o 'akceptowaniu' snu zanim się go zmieni. Jakby sen miał własną spójność, własne wewnętrzne reguły, i zmiana musi być kompatybilna z tą logiką, żeby 'przyjął' ją jako swoją. Narzucona zmiana, która łamie tę wewnętrzną spójność, po prostu nie zostaje - albo zostaje jako coś osobnego, niepowiązanego.
To jest ciekawe pojęcie - 'spójność snu'. Bo mnie też zastanawia czy ta spójność jest gdzieś zarejestrowana, czy to tylko nasze własne poczucie ciągłości, które projektujemy. Rdestowa, powiedz mi - czy podczas tej medytacji, kiedy zmieniałaś zakończenie, miałaś poczucie, że 'pasuje'? Że te drzwi mogły tam być?
To jest piękne 'odkryłam, nie dodałam'. Mam wrażenie, że właśnie to jest różnica o której mówiłam wcześniej. Kiedy walczyłam z moim snem, to ewidentnie coś dodawałam, przyklejałam - i to odpadało. Ale były momenty kiedy coś znalazłam w samym śnie, coś co jakby na mnie czekało, i to zostawało.
Myślę, że ten wątek spójności snu zasługuje na więcej uwagi, bo w runicznym podejściu do pracy ze snami jest coś podobnego - każdy sen ma swoją oś, coś w rodzaju kręgosłupa znaczeń, i interwencja która idzie wzdłuż tej osi 'trzyma się', a ta która idzie w poprzek - rozpada. Rdestowa trafiła na tę oś, dlatego sen poszedł dalej.
A co z snami, które mają zakończenie tak silne emocjonalnie, że trudno w ogóle do nich wrócić i cokolwiek poczuć spokojnie? Mam jeden taki sen, do którego nie potrafię wejść bez tego że od razu zaczyna mnie 'ciągnąć' z powrotem w ten emocjonalny wir. I nie wiem czy to właśnie ten opór o którym mówi Ravenna, czy coś innego.
nie próbowałam bez celu, zawsze wchodziłam z jakimś zamiarem. Może to właśnie problem. Ale jak wchodzić bez celu i nie dać się wciągnąć? To brzmi jak nauka nie myślenia o słoniu.
Wracając do pytania Rdestowej, bo nadal mnie ono nie opuszcza - jeśli sen 'przyjął' zmianę i poszedł dalej nową wersją, to co to mówi o naturze tego co się dzieje podczas snu? To jest pytanie które dla mnie otwiera coś większego niż tylko kwestia techniki.
To jest jedno z tych pytań, które w tradycjach onirycznych pojawiają się w bardzo różnych formach. W podejściu, które mnie interesuje, sen nie jest produktem jednej nocy - jest fragmentem czegoś ciągłego, co ma własną historię i własną trajektorię. Zmiana zakończenia nie tworzy nowego snu, ona wchodzi w istniejący strumień i ten strumień albo ją przyjmuje, albo wypluwa. Fakt że następna noc kontynuowała zmienioną wersję sugeruje że Rdestowa nie tylko przetworzyła sen emocjonalnie - weszła w ten strumień i coś w nim przesunęła.
Dzięki za tę uczciwość, bo spodziewałam się bardziej kategorycznej odpowiedzi. Ale to mnie trochę zostawia z pytaniem - jeśli nie wiemy czy to jest 'realne' czy metafora, to jak w ogóle ocenić czy zmiana zakończenia snu cokolwiek znaczy? Czy nie jest to wtedy po prostu wyobraźnia podczas medytacji?
A ja mam pytanie zupełnie podstawowe, bo trochę zgubiłem się w tej rozmowie - kiedy mówicie 'wrócić do snu' i coś zmienić, to dosłownie chodzi o medytację na jawie gdzie wizualizujesz ten sen? Czy jest jakaś konkretna technika czy każdy robi to inaczej?
To ciekawe z tą hipnagogią, bo gdzieś czytałam że to jest moment kiedy granica między tym co nasze a tym co 'zewnętrzne' jest najcieńsza. Nie wiem czy w to wierzę do końca, ale jeśli tak jest, to wchodzenie wtedy ze starym snem mogłoby mieć inne znaczenie niż w zwykłej medytacji w ciągu dnia, nie?
Mam pytanie do Akacji, bo wcześniej pisałaś o tym że sen ma 'własną spójność' i zmiana musi być z nią kompatybilna. A co jeśli sen jest chaotyczny, nie ma wyraźnej struktury - tylko strzępy obrazów, emocje, brak fabuły? Jak wtedy znaleźć cokolwiek do zmiany albo do odkrycia?
Właśnie, Glicynia_A, mam podobny problem. Próbowałam raz wejść w koszmarny sen z intencją spokoju, bo gdzieś wyczytałam o czymś takim, i skończyło się tym że po prostu znowu przeżyłam ten sen, tyle że świadomie. Nie zmieniłam nic, tylko byłam bardziej obecna przy tym złym. Czy to coś daje w ogóle?
Czekajcie, bo mnie ta rozmowa o 'wolumenie' trochę otrzeźwiła. Może właśnie dlatego mi nie wychodzi zmiana zakończenia - bo wchodzę z nastawieniem, że muszę przepisać fabułę, a nie że muszę być inaczej w tej fabule. Czy ktoś próbował podejść do tego tak, że nie zmienia co się dzieje, tylko zmienia swoją postawę w środku tego co się dzieje?
a jak sen 'wie' że coś jest doklejone - to co się wtedy dzieje? Sen się nie zmienia po tym jak wróci? Przepraszam że tak podstawowo pytam, ale nie rozumiem czy to znaczy że sen wraca w tej samej formie mimo próby zmiany, czy coś innego.
To co opisuje Rdestowa jest spójne z tym jak działają pewne formy aktywnej wyobraźni - materiał symboliczny ma własną logikę i odpycha interwencje, które są zewnętrzne wobec tej logiki. Ale to rodzi pytanie które mnie samego ciekawi: skąd wiadomo kiedy zmiana jest 'zewnętrzna' a kiedy wynika z wnętrza snu? Czy to tylko kwestia odczucia, czy jest jakaś inna miara?
