Śni mi się to od jakichś kilku miesięcy i za każdym razem jest tak samo niepokojące. Zaczynam od normalnego snu, a potem nagle czuję, że moje ciało rośnie - sufit jest coraz bliżej, meble maleją, ściany się zbliżają. Albo odwrotnie: kurczę się, wszystko wokół staje się gigantyczne i czuję się jak dziecko albo jeszcze coś mniejszego. Nie mam kontroli nad tym procesem. Nie boli, ale jest w tym coś głęboko niepokojącego, jakbym traciła siebie. Ktoś miał coś podobnego? Nie wiem, czy to znak jakiejś przemiany, czy raczej coś mi ucieka.
Czytam i od razu mam kilka pytań, bo to nie jest prosta symbolika. Czy podczas tych snów jesteś obserwatorem tego, co się dzieje z twoim ciałem, czy to czujesz od środka? Bo to robi ogromną różnicę interpretacyjną. Wzrost ciała widziany z zewnątrz to jedno, a wzrost odczuwany od środka - to zupełnie inny poziom przeżycia. I jeszcze jedno: kiedy kończą się te sny? Budzisz się na szczycie tej przemiany, w środku, czy wracasz do normalnego rozmiaru?
Ten motyw jest dużo starszy niż większość ludzi myśli. W tradycjach szamańskich zmiana rozmiarów ciała to jeden z klasycznych znaków przejścia między światami - dusza rozszerza się, żeby zmieścić więcej, albo kurczy, żeby zmieścić się tam, gdzie normalnie nie przejdzie. Ale mnie tutaj niepokoi jeden szczegół: piszesz, że nie masz kontroli. W snach szamańskich ta przemiana jest zwykle inicjowana albo przynajmniej akceptowana. A co ty czujesz do tej zmiany w środku snu - opór, zgodę, obojętność?
Dorzucę coś od strony, o której rzadko się mówi w kontekście tego symbolu. Numerologicznie cykl transformacji ciała we śnie często pojawia się przy przechodzeniu między osobistymi latami - szczególnie między latami 8 i 9, albo na początku roku 1 w cyklu osobistym. Rok 8 to właśnie ta energia rozszerzania, przejmowania, władzy nad materią. Rok 9 - oddawanie, kurczenie, odpuszczanie. Leokadia, czy możesz mi powiedzieć, kiedy mniej więcej zaczęły się te sny? Bo to może dużo tłumaczyć.
Ja miałam coś podobnego kilka razy, ale u mnie to było kurczenie tylko i zawsze w momencie, kiedy w śnie pojawiała się jakaś konkretna osoba. Jak tylko ta osoba wchodziła do przestrzeni snu, zaczynałam maleć. Nie kojarzę tego z numerologią ani alchemią, po prostu intuicyjnie czułam, że ta osoba mnie jakoś przyćmiewa albo przytłacza. Leokadia, czy w twoich snach jesteś sama, czy jest ktoś jeszcze?
Rozpoznałam, tak. Ale nie chcę tu rozwijać tego wątku, bo to nie o mnie ten temat. Ważniejsze jest to, że u ciebie nie ma konkretnej osoby, a mimo to coś 'przytłacza' - to może być bardziej o zewnętrznych okolicznościach życia niż o konkretnym człowieku.
Wracając do tego, co powiedziała Anastazja05 o braku kontroli - myślę, że to kluczowe. Sen, w którym nie kontrolujesz granic własnego ciała, to często znak, że czakra splotu słonecznego jest w jakimś napięciu. Manipura odpowiada właśnie za poczucie własnej mocy, za granice ego, za to, gdzie kończy się 'ja'. Leokadia, jak ostatnio czujesz się z kwestiami stawiania granic innym ludziom? Nie pytam, żeby diagnozować, ale to może być klucz do tego, dlaczego sen wraca.
Czytam tę rozmowę i mam jedno skojarzenie, które może uzupełnić to, co mówi Anastazja05 o tradycjach szamańskich. W systemie runicznych jest Laguz - runa wody i płynności, ale też granic między tym, co formowane, a tym, co nieuformowane. Ciało, które nie trzyma swojego rozmiaru, to ciało tracące Laguz, albo wchodzące w jej głębsze warstwy. To nie jest złe samo w sobie, ale wymaga zakotwiczenia. Othala z kolei daje poczucie zakorzenionego 'ja'. Ciekawe, czy Leokadia czuje się ostatnio 'niezakorzeniona' w sensie dosłownym - zmiany miejsca, domu, pracy?
Czy to możliwe, że to jest rodzaj niezamierzonej podróży astralnej? Słyszałam, że kiedy duch wychodzi z ciała, to właśnie tak można to odczuć - jakby ciało nie miało stałego rozmiaru, bo dusza szuka swoich granic poza materią. Może to nie jest symbol, tylko dosłowne doświadczenie wychodzenia?
Ja mam trochę inne pytanie, bo mnie zastanawia ten aspekt paniki. Czy ta panika pojawia się dlatego, że boisz się, że będziesz rosnąć bez końca, czy dlatego, że boisz się, że znikniesz? Bo to są dwa zupełnie różne lęki i dla mnie mają inne znaczenie energetyczne. Lęk przed wzrostem bez granic to lęk przed utratą siebie przez 'za dużo'. Lęk przed zniknięciem to lęk przed utratą siebie przez 'za mało'. Który z nich jest silniejszy?
To, co opisuje Marcel50 i odpowiedź Leokadii, układa mi się w coś konkretnego. Ten punkt, za który nie chcesz wejść - w symbolice alchemicznej i w wielu tradycjach to jest właśnie 'nigredo', moment całkowitego rozpuszczenia. Nie unicestwianie, ale absolutna utrata formy przed nową formą. Sen może pokazywać, że jesteś blisko czegoś głębokiego, ale coś w tobie - słusznie albo nie - stawia opór. Pytanie, czy to ochronny instynkt, czy lęk, który blokuje przejście.
Propriocepcja we śnie to coś, o czym naprawdę rzadko się tutaj mówi. To zmysł, który jako jeden z pierwszych zostaje 'odłączony' przy silnych zaburzeniach czakry splotu słonecznego albo przy bardzo głębokim procesie uziemienia odwrotnym - czyli właśnie takim odpuszczaniu granic. Leokadio, mam jedno pytanie: czy przed tymi snami albo w dniu, kiedy się pojawiają, czujesz coś szczególnego? Jakieś zmęczenie, napięcie, może coś konkretnego w ciele?
To, co mówi Otylka o rozciągnięciu, bardzo do mnie trafia, bo sam miałem okresy, kiedy po długich, wymagających dniach czułem się dosłownie 'za duży' na własną skórę jeszcze na jawie. Nigdy mi nie przyszło do głowy, że to mogłoby się przekładać na sny w tak bezpośredni sposób. Leokadio, czy ten 'brak dna' przy kurczeniu się - czy on jest zawsze taki sam, czy różni się intensywnością?
To, co opisuje Leokadia - to 'uderzenie serca' przy wybudzeniu - pasuje do czegoś, co w tradycji nordyckiej wiązało się z symboliką runy Isa. Lód, zatrzymanie, zamrożenie ruchu. Ciało zatrzymuje proces dokładnie w momencie, kiedy przekracza próg. Ciekawe jest to, że Isa pojawia się właśnie wtedy, kiedy rozszerzenie lub kurczenie osiąga punkt graniczny - jakby istniał wbudowany strażnik progu.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno małe pytanie do Leokadii - czy w tych snach jest jakieś konkretne miejsce? Pokój, przestrzeń otwarta, coś rozpoznawalnego? Zastanawiam się, czy otoczenie też się zmienia razem z ciałem, czy jest nieruchome.
To, co powiedziała Leokadia o niezmiennej przestrzeni i zmieniającym się ciele, jest kluczowe z punktu widzenia symboliki inicjacyjnej. W wielu rytuałach przejścia inicjowany jest właśnie ten, który 'nie pasuje do przestrzeni' - jest za duży, za mały, obcy. Przestrzeń jest neutralna, a napięcie jest w ciele. Czy ktoś tu czytał Turnera o rituals of liminality? Bo dokładnie o tym mówi.
Chcę wrócić do tego, co powiedziała Leokadia o intensywnych dniach. W numerologii mamy coś takiego jak dni osobiste, które potęgują przepływ energii i jednocześnie osłabiają granice ego. Dzień osobisty 9 albo dzień osobisty 11 to klasyczne momenty, kiedy 'granica ja' jest cieńsza. Leokadio, nie wiem, czy interesujesz się numerologią, ale czy byłabyś otwarta na policzenie, w jakim dniu osobistym były najintensywniejsze z tych snów?
Konkretne daty byłyby lepsze, ale nawet przybliżone okresy - miesiąc, pora roku - mogą coś pokazać. Poza tym ważniejsze jest to, żebyś zaczęła notować od teraz. Pamiętnik snu plus data to minimum, żeby patrzeć na wzorce. Nawet kilka słów po przebudzeniu wystarczy.
Też prowadziłam przez jakiś czas pamiętnik i naprawdę widać wzorce po kilku tygodniach. Leokadio, wiesz, że wystarczy trzymać notes przy łóżku i zapisywać hasłowo? Nie musisz od razu pisać opowiadania. Mi pomagało samo słowo-klucz i emocja - i z tego potem więcej wychodziło niż z próby odtworzenia całej narracji.
Wróciłam do początku tego wątku i zastanawiam się nad jedną rzeczą - Leokadia, czy w tych snach masz jakieś poczucie, że to powiększanie i kurczenie się ma jakiś rytm? Znaczy, czy to dzieje się stopniowo, jak wdech i wydech, czy raczej skokami, bez ostrzeżenia?
Ten brak przejścia, o którym mówi Leokadia, to ważny szczegół. W symbolice inicjacyjnej nagła zmiana - bez przygotowania, bez rytuału - często oznacza, że coś 'wyrywa' inicjowanego z jednego stanu w drugi. Pytanie brzmi: czy w tych snach jest jakiś czynnik wyzwalający? Ktoś patrzy na Leokadię? Coś się dzieje w przestrzeni, zanim nastąpi zmiana?
Czyiś wzrok jako wyzwalacz - to bardzo specyficzny motyw. W tradycji nordyckiej oko obserwatora ma moc. Runa Laguz, która jest odpowiedzialna za transformację i przepływ, reaguje właśnie na obecność świadka. Ale mam pytanie do Leokadii - czy ten wzrok sprawia wrażenie wrogiego, czy raczej obojętnego? Bo to zmienia interpretację.
To 'bycie mierzonym' przez kogoś we śnie to klasyczny sygnał pracy czakry splotu słonecznego pod presją. Ale żeby nie być zbyt schematyczna - Leokadio, czy masz jakieś poczucie, kto to jest? Niekoniecznie widzisz twarz, ale może jest jakieś poczucie rodzaju, wieku, czy to w ogóle człowiek?
A czy ta obecność mogłaby być czymś w rodzaju strażnika? Pytam, bo czytałam gdzieś, że przy snach, gdzie ciało zmienia rozmiar, czasem pojawia się coś, co w różnych tradycjach nazywa się 'miernikiem duszy' - jakaś istota, która sprawdza, czy jesteś gotowa przejść dalej. Czy to w ogóle ma sens dla Leokadii?
Egipskie skojarzenie jest trafne, ale chcę dodać, że w runach ta 'ocena' nie jest zewnętrzna - runa Tiwaz, sprawiedliwość i miara, sugeruje, że to, co mierzy, jest częścią nas samych. Może ta wielka obecność to nie ktoś obcy, tylko jakaś część Leokadii, która przygląda się reszcie?
Właśnie ta myśl o 'niezmiennym obserwatorze' jest dla mnie kluczowa, bo sam mam doświadczenia z medytacji, gdzie próbuję dotrzeć do czegoś takiego - tej części, która patrzy, ale nie jest ciągnieta przez emocje. Leokadio, czy ta 'wielka obecność' wzbudza w tobie jakiś spokój, czy wyłącznie poczucie bycia ocenianą?
To 'oba jednocześnie' ma bardzo konkretne echo w symbolice liczby 8 - liczby równowagi między przeciwieństwami, leżącej ósemki jako symbol nieskończoności. Zmiana bez końca, obserwator bez miary. Leokadio, czy 8 jakoś się pojawia w twoim życiu albo roku? Nie naciskam na daty, ale to może być klucz do zrozumienia, dlaczego ten motyw się powtarza właśnie teraz.
