Śniło mi się ostatnio coś, co nie daje mi spokoju już od kilku nocy. Byłem w jakimś miejscu, które wyglądało jak łąka albo pole, i rosły tam drzewa - a właściwie to, co wyglądało jak drzewa. Miały korony, miały liście, zielone, żywe, nawet szumiały. Ale nie miały pniów. Korony unosiły się nad ziemią jakieś pół metra, może metr. I nie było pod nimi korzeni - po prostu trawa dochodziła do samej korony. Jakby ktoś wziął drzewo i odciął je przy samej ziemi, tylko że te obcięte wyglądały jakby nigdy pnia nie miały. Stałem tam i patrzyłem, i nie czułem strachu - czułem tylko dziwne napięcie, jakby coś było nie tak, ale nie wiedziałem co. Czy ktoś miał coś podobnego? Drzewa bez pniów, roślinność zawieszana w powietrzu, cokolwiek w tym stylu?
To bardzo charakterystyczny obraz - ta zieleń bez zakorzenienia. Pierwsze co mi przychodzi do głowy, to pytanie: czy w tym śnie miałeś wrażenie, że te drzewa są martwe, zamrożone, czy raczej żywe i normalne, tylko po prostu... zawieszone?
To ciekawe, bo zazwyczaj jak mówimy o symbolice drzew w snach, to od razu idzie w stronę korzeni jako fundamentu, stabilności, połączenia z przodkami. Brak pnia i korzeni mógłby sugerować odcięcie od źródła. Ale zaraz - skoro drzewo i tak żyje, to może to nie jest ostrzeżenie, tylko pokazanie innego sposobu istnienia? Jakby coś we śnie mówiło: można być żywym bez tego, co uważasz za niezbędne do życia.
Zatrzymałabym się przy jednej rzeczy, którą napisałeś - że korony unosiły się nad ziemią, nie leżały na niej. To zawieszenie w powietrzu brzmi dla mnie mniej jak symbol odcięcia, a bardziej jak symbol czegoś, co nie przynależy do sfery ziemskiej. W symbolice magicznej drzewo zakorzenione to drzewo przywiązane do jednego miejsca, jednego czasu. Drzewo bez korzeni unosi się między światami. Czy te korony były nieruchome, czy właśnie - szumiały, poruszały się?
Przeczytałam i od razu pomyślałam o czymś innym - czy to mogą być dusze? Nie w sensie konkretnych osób, ale takie... oderwane fragmenty energii, które mają jeszcze życie, ale nie mają ciała ani miejsca. Może brzmi dziwnie, ale ten opis bardzo mi pasuje do takich bytów, o których czytałam przy temacie o paraliżu sennym.
Ja nie mam doświadczenia w interpretacji snów, ale czytam ten wątek i mam jedno pytanie do kogoś, kto się na tym zna - czy to ma znaczenie, że tych drzew było więcej? Bo jak czytam opis, to rozumiem, że to nie było jedno drzewo, tylko jakiś las albo pole z wieloma takimi koronami. Czy liczba albo skupisko coś zmienia?
O właśnie, dopowiem - było ich dużo. Nie liczyłem, ale wyobraź sobie łąkę gęsto usianą takimi koronami, żadna nie sięgała pnia, wszystkie unosiły się tak samo. I co ciekawe - nie było między nimi żadnej hierarchii, żadne nie było wyższe ani grubsze, wszystkie wyglądały tak samo zawieszono.
Moim zdaniem to dość klasyczny symbol wyobcowania. Sen pokazuje całe otoczenie jako coś odciętego od podstaw - może masz wrażenie, że ludzie wokół ciebie są żywi, aktywni, ale nijak niezakorzenieni w niczym prawdziwym? Takie środowisko bez fundamentu. To by tłumaczyło, dlaczego czułeś napięcie, a nie strach.
Szczerze? Tak, jest spory moment przejścia. Zmieniłem pracę, zacząłem inaczej funkcjonować, kilka rzeczy, które były stałe od lat, nagle przestało być. Więc ta interpretacja z brakiem uziemienia jakoś do mnie trafia, tylko nie wiem, czy to sen ostrzega, czy po prostu odzwierciedla stan rzeczy.
To jest kluczowe rozróżnienie, które poruszasz. W pracy z symboliką snu często pada pytanie: czy to diagnoza, czy przepowiednia? I odpowiedź nie jest prosta. Sen może jednocześnie mówić 'tak właśnie jest teraz' i 'patrz, co może z tego wyrosnąć'. A skoro drzewa były żywe - może to nie alarm, tylko informacja. Żyjesz, masz energię, masz 'koronę', ale coś z fundamentem wymaga uwagi.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie trochę z boku - czy ktoś spotkał się z interpretacją, w której brak pnia to nie brak, tylko coś pozytywnego? Bo cały czas mówimy o tym jako o deficycie, o odcięciu. A co jeśli drzewo bez pnia to drzewo, które wyewoluowało poza potrzebę zakorzenienia?
Wróćcie do jednej rzeczy - Jasiek napisał, że te drzewa wyglądały bardziej żywo niż w rzeczywistości. Ten intensywny kolor mnie zatrzymuje. W snach hiperrealistyczna intensywność często oznacza, że podświadomość chce zwrócić uwagę na ten konkretny symbol. Jakby zaznaczała go markerem. Więc może ważniejsze niż 'co to znaczy' jest to, że podświadomość koniecznie chciała, żebyś to zapamiętał. Co czujesz, że miałeś zapamiętać?
Wracam do tego, co powiedział Jasiek o momencie przejścia - zmiana pracy, rozpad stałych struktur. Mam pytanie do niego, bo to może zmienić całą interpretację: czy te drzewa stały spokojnie, czy było w nich coś niespokojnego? Szum, ruch, jakieś napięcie? Bo jeśli były nieruchome mimo że żywe, to obraz jest zupełnie inny niż gdyby się kołysały.
Dobra, to jest dobre pytanie i sam nie wiedziałem jak to nazwać. Niepokoiło mnie to że coś takiego w ogóle istnieje - ten dysonans między tym co widziałem a tym jak to być powinno. Ale sam sen nie był nieprzyjemny. Jak oglądanie czegoś niemożliwego, co mimo wszystko nie budzi strachu. Może jak pierwszy raz widzi się zaćmienie słońca?
To porównanie do zaćmienia słońca jest chyba najlepszą rzeczą w tym wątku. Zaćmienie jest anomalią, łamie codzienny porządek, ale jest naturalne i ma w sobie coś świętego. Może to klucz do tego snu - nie deficyt, nie problem, tylko chwilowe zawieszenie normalnych zasad, które ma swój własny czas i sens.
Nie wiem czy kolejny krok, czy inna gałąź symboliki. Yggdrasil to model kosmosu, nie konkretnej duszy. Natomiast to co opisuje Jasiek brzmi bardziej osobisto - wiele jednakowych bytów na jednym poziomie, bez hierarchii, wszystkie żywe. To mniej kosmos, a bardziej jakiś rodzaj wspólnoty w stanie zawieszenia.
Przepraszam że wchodzę z głupim pytaniem, ale właśnie skończyłam czytać i jedno mi nie daje spokoju. Czy te drzewa widziały Jaśka? Znaczy - czy był częścią tego krajobrazu, czy obserwował z zewnątrz? Bo dla mnie to by dużo zmieniało w tym czy sen jest o nim, czy raczej o czymś, co go otacza.
A to bardzo dużo mówi. Jeśli byłeś inny niż te drzewa - miałeś nogi, ziemię pod stopami, stałeś normalnie - to sen może być o tym, że TY masz jeszcze zakorzenienie, a coś wokół ciebie je traci. Czyli odwrotnie niż początkowo myśleliśmy - nie ty bez korzeni, ale ty wśród czegoś, co korzenie traci.
Zdecydowanie żywe istoty. Nie budynki, nie dekoracja. Miały w sobie jakąś obecność, choć nie wiem czy osobowość. Bardziej jak drzewa w bardzo starym lesie - niby nie mówią, ale czujesz że coś wiedzą. Tak to byłoby najlepiej opisać.
O, to mnie ciekawi. Jeśli miały obecność i coś wiedzą - czy czułeś że chcą ci coś przekazać, czy raczej były obojętne na twoje bycie tam?
I teraz mam wrażenie, że to zdanie jest kluczem do całego snu. 'Nie wrogie, ale nie wiem czy moje.' To jest dokładnie opis momentu przejścia, który opisywałeś - nowe środowisko, nowe struktury wokół, żywe i obecne, ale jeszcze nie twoje. Sen mógł po prostu bardzo dosłownie pokazać ci to co teraz przeżywasz.
To zdanie Jaśka naprawdę zostaje - 'nie wrogie, ale nie wiem czy moje'. Cecylka, jak to rozumiesz jako 'opis momentu przejścia'? Bo ja nie wiem co tu jest progiem. Próg do czego?
Chcę wrócić do samych drzew, bo gdzieś w tej rozmowie zgubiliśmy jedno pytanie - czy te korony były podobne do siebie? Jasiek pisał że drzewa wyglądały jak 'jednakowe byty'. Ale czy jednakowe znaczy identyczne, czy raczej z tego samego gatunku?
to jest detail, który dużo zmienia. Gdyby były różnej wielkości, można by mówić o hierarchii, o czasie, o kolejności wzrostu. A skoro wszystkie na tym samym etapie - to może chodzi o coś poza linearnym czasem. Coś co nie ma 'wcześniej' ani 'później', tylko 'teraz'.
No i tu znowu wracamy do tego braku korzeni jako braku przeszłości, prawda? Bez korzeni - bez historii, bez 'skąd'. Wszystkie byty w tym samym punkcie, żadne nie starsze. To brzmi jak przestrzeń poza czasem. Albo przynajmniej poza ludzkim czasem.
To mnie przypomina coś zupełnie innego - te opisy starych rytuałów sadzenia drzew bez korzeni jako symbolu ofiary. Posadzone, wiedząc że nie przeżyją, ale przez chwilę stoją. Ale tu jest odwrotnie - te drzewa są żywe, a nie umierające. Więc to chyba nie ta symbolika.
Czytam od początku i jedno mnie zastanawia - czy ktoś wie, jaka pora dnia była w tym śnie? Jasiek, czy było słońce, cień, noc? Dla mnie to coś zmienia jeśli chodzi o energię całego obrazu.
