Siedziałem ostatnio nad jedną kwestią, która nie daje mi spokoju od jakiegoś czasu. Mam wrażenie, że duża część osób podchodzi do magii jak do jakiejś zewnętrznej siły, którą można uruchomić i czekać na efekty. A co, jeśli to jest dokładnie od tyłu? Tzn. pytanie, które mnie gnębi: czy jakakolwiek praca magiczna w ogóle ma sens, jeśli człowiek jest ze sobą wewnętrznie skłócony? Bo ja przez lata obserwowałem - i u siebie, i u innych - że rytuały wykonywane z miejsca nienawiści do siebie albo z desperacji zazwyczaj albo nie robią nic, albo dają efekty, które potem bolą. I nie mówię tu o żadnym konkretnym systemie, to takie szersze spostrzeżenie. Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze to zauważył, bo może się mylę.
To jest coś, o czym myślę od dawna, ale nigdy nie umiałam tego tak ująć. Ja to odczuwałam głównie przy pracy z czakrami - kiedy zaczęłam, byłam w bardzo złym miejscu emocjonalnie i całą energię kierowałam na zewnątrz, na zmianę okoliczności. I faktycznie nic się nie ruszało. Dopiero jak zaczęłam robić takie, hmm, nazwijmy to porządki wewnętrzne, to sama praktyka zaczęła wyglądać inaczej. Ale mam pytanie do Ciebie, bo jesteś w tym dłużej - czy uważasz, że magia może te porządki wewnętrzne wspomagać? Czy to musi być sekwencja: najpierw ty siebie ogarnij, a dopiero potem bierzesz się za rytuały?
To rozdzielenie, o którym mówisz - najpierw wewnątrz, potem na zewnątrz - trochę mnie uwiera. Bo jak patrzę na tradycje hermetyczne, to tam nie ma takiej dychotomii. Idea 'jak na górze, tak na dole' zakłada, że te poziomy działają jednocześnie, nie szeregowo. Praca zewnętrzna może uruchamiać procesy wewnętrzne i odwrotnie. Tarot bardzo mi to pokazał - kiedy rozkładasz karty, nie jesteś gotowy, nie jesteś czysty emocjonalnie. Po prostu jesteś tam, gdzie jesteś, i to jest materiał do pracy. Więc może zamiast pytać 'czy jestem gotowy', lepiej pytać 'co we mnie ta praktyka ujawnia'?
czytam i strasznie to do mnie przemawia. ja przez długi czas robiłam różne rzeczy z myślą o tym żeby ktoś zewnętrzny się zmienił albo żeby sytuacja się naprawiła sama. i zawsze kończyłam sfrustrowana. dopiero jak zaczełam meditować i troszkę pracować z czakrami to coś sie przestawiło. ale mam takie pytanie może głupie - co jeśli ktoś w ogóle nie ma poczucia własnej wartości? to znaczy że magia jest dla niego niedostępna? bo znam osoby które są w bardzo złym miejscu i mi serce pęka jak myślę że może właśnie wtedy potrzebowałyby czegoś takiego
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo mi się podoba ten wątek o odpowiedzialności i sprawczości. Z drugiej - trochę się boję, że to może być taki duchowy wariant samopomocy, który brzmi pięknie, ale co z tego faktycznie wynika? Tzn. jak ktoś idzie na terapię, to są konkretne mechanizmy, badania, wiemy mniej więcej co działa. Tu mówimy o rytuałach i wewnętrznej przemianie - skąd wiadomo, że to magia 'zrobiła coś' a nie po prostu upływ czasu i zmiana okoliczności?
Wchodzę w to bo akurat pracuję z numerologią i widzę tu analogię. Liczby w numerologii nie zmieniają rzeczywistości zewnętrznej bezpośrednio - one pokazują wzorce. I przez lata obserwuję, że ludzie którzy przychodzą po analizę i mówią 'powiedz mi co się wydarzy', zupełnie inaczej reagują niż ci, którzy pytają 'co to mówi o moich schematach'. Ci pierwsi często są rozczarowani. Ci drudzy coś z tym robią. Zastanawiam się, czy to nie jest podobna dynamika jak w tej waszej dyskusji - magia jako lusterko vs magia jako dźwignia zewnętrzna.
Wracając do pytania Runiarka_57, bo mnie ono nie opuściło - myślę, że jest w nim coś ważnego. Jeśli ktoś jest w bardzo złym miejscu psychicznie, to pytanie nie brzmi 'czy magia jest dla niego', ale 'jaką formę praktyki wybrać'. Bo są formy, które wymagają dużo od ciebie energetycznie, i są takie, które bardziej przypominają słuchanie. I właśnie te drugie mogą być punktem wejścia. Ale też - i tu jest granica, którą staram się sam sobie stawiać - magia nie zastąpi profesjonalnej pomocy, jeśli ktoś naprawdę tonie. To musi być uczciwe.
tak rozumiem i dziękuję że to powiedziałeś wprost, bo to ważne. chodziło mi bardziej o takie codzienne niskie poczucie wartości, nie kryzysy. i właśnie to co mówisz o formach słuchania bardzo do mnie trafia - bo medytacja dla mnie właśnie tak działała. nie robiłam nic, tylko siadałam i słuchałam co jest. i to trochę zmieniło moje podejście do siebie. może magia może działać podobnie?
przepraszam że wchodzę bo jestem tu raczej zielona, ale ta dyskusja mnie wciągnęła. mam takie naiwne pytanie może - jak to jest z runami? bo widziałam gdzieś że runy to też rodzaj praktyki magicznej, ale czy tam też jest ten element pracy z sobą? bo z tego co tu czytam to magia to jakby zawsze jest też coś o sobie
czytam to wszystko i zastanawiam się nad czymś innym. okej, rozumiem że magia może wspierać pracę nad sobą. ale co jeśli ta praca nad sobą prowadzi do wniosku, że nie chcemy tego co chcieliśmy kiedy zaczynaliśmy praktykę? tzn. czy ktoś miał tak, że przez magię albo przez związaną z nią refleksję zmienił całkowicie cel rytuałów albo zrezygnował z czegoś o co prosił?
oj ja to rozumiem dobrze co pisze Kianitka. sama kiedyś robiłam rozne rzeczy żeby zmienić sytuacje i w pewnym momecie zdałam sobie sprawe ze to co chce osiągnąc na zewnatrz to tak naprawde próba załatania czegoś w sobie. i wtedy troche zmienił mi sie cały kierunek. nie wiem czy to 'magia' to zrobiła czy po prostu czas i myslenie ale coś się przestawiło
właśnie o to chodzi chyba, że trudno oddzielić te rzeczy. Hela mówi 'nie wiem czy to magia czy czas' i myślę, że to jest uczciwsze niż twierdzenie, że wiadomo co zadziałało. ale może to i tak nie jest ważne? jeśli praktyka skłania do refleksji i ta refleksja prowadzi do zmiany, to czy naprawdę musimy wiedzieć który kawałek był sprawczy?
to kryterium 'czy zachowanie się zmieniło' jest naprawdę dobre i chyba zapamiętam je na długo. Ale mam pytanie bo mnie to nurtuje od jakiegoś czasu - czy jest jakaś różnica między tym, że praktyka magiczna skłania do zmiany zachowania, a tym, że po prostu intensywnie o czymś myślisz i to zmienia zachowanie? Bo jeśli sam efekt jest taki sam, to co sprawia że magia jest tu czymś innym niż np. pisanie dziennika?
właśnie o to pytanie mi chodziło od początku tej rozmowy i nie umiałam go dobrze sformułować, a Kianitka właśnie to zrobiła. bo ja sama zauważam że rytuały które robię mają jakiś efekt na moje myślenie, ale szczerze nie wiem czy to dlatego że 'coś działa' czy dlatego że dałam sobie czas i przestrzeń żeby usiąść z jakimś tematem.
słucham tej rozmowy i mam wrażenie że krecę się w kółko bo z jednej strony rozumiem co Placyda mówi że efekt jest realy niezależnie od nazwy, ale z drugiej to też mi coś odbiera. tzn. jak myślę o moich praktykach jako 'tylko psychologia' to jakoś mi smutno. jakby coś traciło wymiar. to głupie?
może problem jest właśnie w tym słowie 'tylko'? jakby psychika była czymś małym i łatwo wytłumaczalnym. a przecież nie jest. nikt do końca nie wie jak działa świadomość, dlaczego sny są takie jakie są, skąd biorą się intuicje. to że coś jest 'psychologiczne' nie znaczy że jest zrozumiałe albo banalne.
to co Faye napisała bardzo do mnie mówi. ja uczę się tarota i cały czas mam ten wewnętrzny głos który mówi 'to tylko karty, sama sobie to interpretujesz'. ale im dłużej to robię tym bardziej myślę - no i co z tego? że sama interpretuję? to właśnie jest ciekawe, co wybieram żeby zobaczyć. ale wracając do tematu z samoakceptacją - zastanawiam się czy rytuały i praca z kartami mogą pomagać akceptować siebie właśnie dlatego, że dają przestrzeń na to żeby zobaczyć siebie bez oceniania?
czytam i myślę o tym co Kalikst pisał o runach wcześniej, że Odyn zdobył je przez cierpienie i wyrzeczenie. i zastanawiam się - czy to nie jest właśnie metafora tej pracy od wewnątrz? tzn. że żeby coś zrozumieć musisz coś 'wisieć' jak Odyn na tym drzewie, dosłownie albo metaforycznie. i że magia nie jest skrótem tylko... jakimś innym podejściem do tej samej drogi?
dobra ale mam pytanie do Donata bo wróciłam do jego posta z kryterium zmiany zachowania. czy to znaczy że jeśli ktoś robi praktyki i czuje się lepiej, ale zachowanie nie zmienia się w ogóle, to ta praktyka nie działa? bo znam osoby które medytują od lat i twierdzą że im to pomaga, ale z zewnątrz... nie widać za bardzo różnicy.
to co Donat napisał o katowaniu siebie to bardzo trafne. ja przez długi czas 'czułam się lepiej' po różnych rzeczach ale to było takie... chwilowe. jak ulga. a naprawde coś zaczęło sie zmieniać jak zauważyłam że zaczynam mówić do siebie inaczej w środku. to trudno pokazać komuś z zewnątrz ale dla mnie to była ogromna zmiana.
właśnie tu jest ten punkt który mi od początku chodzi po głowie. że magia czy jakakolwiek regularna praktyka uczy pewnego rodzaju zatrzymania. i to zatrzymanie jest może ważniejsze niż to co konkretnie robisz podczas rytuału. tzn. samo to że siadasz, że masz intencję, że skupiasz się - to już jest zmiana w stosunku do tego jak większość z nas przez resztę dnia funkcjonuje.
ale czy to znaczy że magia jest tu w sumie wymienna z czymkolwiek innym co daje to zatrzymanie? bo jakby tak było to w zasadzie wystarczyłoby robić jogę albo herbatę w skupieniu. mówię bez złośliwości, naprawdę pytam czy jest coś specyficznego w praktykach magicznych co daje coś innego niż inne formy skupienia.
właśnie to co Kalikst pisze o języku symboli wydaje mi się kluczowe w kontekście tego wątku. bo wróćmy do tego od czego zaczęliśmy - praca od wewnątrz na zewnątrz. żeby pracować od wewnątrz, musisz mieć jakiś sposób na opisanie tego 'wewnątrz'. i większość ludzi nie ma. mamy słowa z psychologii, mamy słowa potoczne, ale one często nie wystarczają do tego co jest naprawdę niejasne i trudne w nas samych. a tarot, runy, nawet numerologia dają jakiś alfabet.
ale to nie jest trochę tak że dopasowujemy siebie do gotowego schematu zamiast zobaczyć siebie takim jakim naprawdę jesteśmy? tzn. jak mówię 'jestem Czwórką w numerologii' to czy to mi pomaga zobaczyć siebie, czy raczej zaczynam interpretować siebie przez ten filtr i pomijam to co do niego nie pasuje?
ale jak to rozróżnić w praktyce? tzn. jak wiem czy 'pracuję z archetypem' czy po prostu... weszłam w kolejną historię o sobie którą opowiadam zamiast tej poprzedniej? bo mam wrażenie że to może być bardzo podobne od środka.
to co Hela pisze jest dość trafne. i właśnie tu jest jakiś paradoks samoakceptacji przez magię - żeby się zaakceptować, musisz najpierw zobaczyć to czego nie lubisz w sobie. i dobra praktyka może to wywołać, ale to nie jest przyjemne. wtedy część osób pewnie rezygnuje i mówi 'ta praktyka mi nie służy', a tak naprawdę po prostu uderzyła w coś prawdziwego.
to co Faye mówi trochę mnie niepokoi. bo jakby każda praktyka która jest nieprzyjemna ma być uznana za głęboka i dobra, to to jest trochę... niebezpieczna logika? można nią usprawiedliwić wszystko. 'było ciężko, więc działało'.
