ale jak jestem wskazówką dla siebie to jak uniknąć sytuacji że po prostu robię to co mi jest wygodne i nazywam to 'podążaniem za sobą'? bo widzę że mogłabym się łatwo okłamać.
mam wraznie że ta rozmowa kręci się wokół czegoś czego nie da sie powiedzieć wprost. jak praca magiczna ma wspierać samoakceptację to chyba trzeba mieć już trochę tej akceptacji żeby w ogóle usłyszeć co ci mówi. i nie wiem czy to błędne koło czy po prostu tak działa.
spirala w górę czy w dół? bo słyszałam o ludziach którzy zaczęli te praktyki i skończyło się na obsesji na punkcie własnego rozwoju, gdzie każda emocja musi być 'przepracowana' i nigdy nie są gotowi po prostu żyć.
ale skąd wiesz że masz do tego zdrowe podejście? bo ja mogę mówić sobie że jestem w spirali w górę, a tak naprawdę unikam życia i zawijam się w praktyki żeby nie wychodzić do ludzi. i to nie jest oczywiste z zewnątrz ani z wewnątrz.
a jest w ogóle różnica między 'potrzebuje czasu samej ze sobą i swoimi praktykami' a 'uciekam od życia'? bo mi ktoś bliski raz powiedział że za dużo czasu spędzam na tych swoich rzeczach i nie wiedziałm czy ma rację czy po prostu nie rozumie.
to jest naprawdę trudne do rozróżnienia z zewnątrz i z wewnątrz jednocześnie. moja obserwacja jest taka że kiedy praktyki działają to życie na zewnątrz jakoś drga - coś się zmienia w relacjach, w decyzjach, w tym jak reagujesz. jak nic się nie zmienia przez długi czas, to może być znak że coś się zacięło.
ale co jeśli zmieniają się wewnętrzne rzeczy które nie są widoczne dla innych? bo ja miałm takie okresy że nic zewnentrznego się nie zmieniało, ale coś w środku się układało i to potem wybuchło nagle. więc ten wskaźnik zmian zewnętrznych mnie trochę niepokoi.
a mnie zastanawia coś innego - czy w ogóle można robić pracę magiczną ukierunkowaną na samoakceptację i nie wpaść w tę pułapkę nadmiernej introspekcji? jak cel jest 'poznaj siebie' to kiedy wiadomo że już wystarczy?
mi pomogło jak zaczęłam mierzyć nie to ile czasu spędzam na praktykach, tylko to czy po rytuałach mam więcej energii na kontakt z innymi czy mniej. to nie jest idealna miara, ale jakaś.
to co Kianitka mówi o notatkach zamieniających się w kolejną praktykę - to chyba jeden z głównych mechanizmów tej obsesji o której mówiła Iwetka72. system do śledzenia siebie urasta do rozmiarów większych niż to co miał śledzić.
ale to trochę jak z każdą aplikacją do śledzenia nawyków - w pewnym momencie dbasz o to żeby mieć zielony pasek a nie o nawyk. może problem nie jest w magii ani w notatkach tylko w tym że ludzki mózg lubi grywalizację bardziej niż zmianę?
czyli wychodzi na to że samoakceptacja jako cel pracy magicznej może się zamienić w to że akceptujesz siebie jako kogoś kto ciągle pracuje nad sobą i to jest twoja nowa tożsamość? to trochę ironiczne.
to w takim razie skąd wiadomo że praca magiczna naprawdę wspiera samoakceptację a nie tylko tworzy nową narrację o sobie jako osobie duchowej? bo ta różnica zaczyna mi się zacierać im dłużej o tym myślę.
może to jest w ogóle złe pytanie - szukamy jakiegoś testu który powie nam czy robimy to dobrze. ale praca od wewnątrz, o której mówiłem na początku, z definicji nie ma zewnętrznego certyfikatu. jedyne co mam to obserwacja czy moje życie staje się bardziej moje, w sensie że decyduję z siebie a nie z lęku. i to jest powolne i nie linearne.
decyduję z siebie a nie z lęku - to jest zdanie które chcę zapisać i jeszcze raz przeczytać jutro. nie dlatego że rozwiązuje problem, ale dlatego że jakoś inaczej układa to pytanie. chociaż pewnie za tydzień zacznę się zastanawiać czy mój lęk nie udaje spokój 🙂
