Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co trudno mi jasno sformułować. Moja babcia miała swoje rytuały - zapalanie świecy w określony sposób, konkretna kolejność modlitw, zawsze ta sama pora dnia. Kiedy próbowałam to powtarzać po jej śmierci, przez długi czas robiłam to mechanicznie. Kiedyś w trakcie po prostu przestałam w połowie i pomyślałam: nie wiem, co właściwie robię. Nie dlatego, że nie rozumiałam kroków. Dlatego, że nie rozumiałam, po co. Sens gdzieś wyparował. I zaczęłam się zastanawiać, czy to jest problem mojego podejścia, czy może rytuały w ogóle nie dają się przenosić jeden do jednego między pokoleniami - bo coś, co było żywe dla babci, dla mnie jest już tylko formą bez treści. Macie podobne doświadczenia? Nie pytam o to, co zrobiliście, żeby to 'naprawić', bo może nie da się naprawić - pytam raczej, czy w ogóle to czujecie jako stratę, czy może jako punkt wyjścia do czegoś własnego.
To, co opisujesz, kojarzy mi się z pojęciem "lived religion" - religii przeżywanej, w odróżnieniu od tej przekazanej przez tekst albo strukturę. Socjolodzy religii pisali o tym sporo, między innymi Meredith McGuire w swojej książce z 2008 roku. Jej teza była mniej więcej taka, że praktyki religijne i rytualne są żywe tylko wtedy, kiedy są zakorzenione w konkretnym ciele, konkretnym życiu, konkretnej sieci relacji. Kiedy twoja babcia zapalała tę świecę, robiła to z całą swoją historią za plecami. Ty nie możesz przenieść tej historii razem ze świecą. Ale to nie znaczy, że rytuał jest martwy - znaczy, że jeszcze nie znalazł swojego miejsca w twoim życiu. Albo że szukasz go w złym miejscu.
Czytam i mam wrażenie, że w tym wątku mieszamy dwie różne rzeczy. Jedna to przekaz rytualny w rodzinie, a druga to przekaz w tradycji inicjacyjnej albo grupowej. W tym pierwszym przypadku - tak, często forma przychodzi bez klucza. Babcia robiła to, bo jej matka robiła, i to miało sens w jakimś gęstym kontekście społecznym, który już nie istnieje. Ale w tradycji inicjacyjnej klucz jest przekazywany razem z formą - albo przynajmniej powinien być. I tam zanik sensu to zwykle sygnał, że inicjacja była niepełna albo że coś zostało pominięte. Nie mówię, że jedno jest lepsze od drugiego. Pytam tylko: skąd macie te swoje rytuały? Bo to chyba zmienia diagnostykę problemu.
To co opisuje Bryza - ta pustka w połowie rytuału - ja to znam bardzo dobrze. U mnie to przyszło inaczej: robiłem coś, co sam budowałem przez lata, i w pewnym momencie poczułem, że forma zestarzała się szybciej niż ja. Nie przejąłem po nikim, sam to skonstruowałem, a i tak zaczęło być jak recytowanie czegoś, co nie jest już moje. Zastanawiam się więc, czy problem jest w transmisji między pokoleniami, czy w tym, że rytuały w ogóle mają jakiś cykl życia - niezależnie od tego, skąd pochodzą. I czy to właśnie ten moment zaniku jest ważny, a nie to, co przed nim.
Wchodzę tu z boku, bo ten wątek trafił w coś, o czym myślę od dawna. Mam takie doświadczenie: rytuały z rodziny robiłam latami bez głębszej refleksji, bo były po prostu częścią kalendarza - określone dni, określone rzeczy. Kiedy przeprowadziłam się za granicę, straciłam ten rytm zewnętrzny - nie było rodziny, nie było kontekstu, który by te daty przypominał. I wtedy te rytuały albo umarły, albo... musiałam je zrekonstruować świadomie. I te zrekonstruowane - dziwnie - były żywsze. Jakby właśnie wymaganie odbudowania zmusiło mnie do zastanowienia się, co tak naprawdę chcę z tym zrobić.
Czytam ten wątek i trochę się gubię, ale chcę zapytać o coś konkretnego. Czy w ogóle jest coś, co da się powiedzieć, że "przeszło" między pokoleniami bez utraty? Mam wrażenie, że w każdej wypowiedzi pojawia się jakiś element utraty - kontekstu, sensu, formy. Czy jest w ogóle przykład transmisji, która się udała?
Słucham tej rozmowy i mam inne przeczucie niż większość z was. Myślę, że pytanie "co się traci" jest mniej ciekawe niż pytanie "kto decyduje, że coś zostało utracone". Bo z perspektywy tej babci - gdyby mogła patrzeć - może jej rytuał żyje dalej w zmodyfikowanej formie i to byłoby dla niej do przyjęcia. A może absolutnie nie. Nie wiemy. To, co my nazywamy utratą, może być w jej ramach kontynuacją. I odwrotnie - to, co my uznajemy za wierną kontynuację, mogłoby być dla niej zupełnie niezrozumiałe. Kto ma rację w ocenie ciągłości?
Wchodzę w ten wątek z trochę innej strony. W tradycjach, gdzie rytuał jest przekazywany ustnie - bez zapisywania kroków - siłą rzeczy każde pokolenie musi go zinterpretować na nowo, bo ludzka pamięć nie jest wierna kopia. To nie jest błąd systemu, to jest funkcja. Modyfikacja jest wbudowana w sam sposób transmisji. Kiedy zaczynamy zapisywać i kodyfikować rytuały, wprowadzamy iluzję, że da się je zamrozić. A potem jesteśmy zdziwieni, że zamrożona forma nie żyje. Może problem zaczął się w momencie, kiedy rytuał stał się tekstem.
Właściwie to otwiera inne pytanie: co jest kryterium udanej transmisji? Wierność formie? Ciągłość efektu? Poczucie ciągłości u wykonujących? Bo każde z tych kryteriów daje inną odpowiedź. Jeśli kryterium jest efekt - a przez efekt rozumiem subiektywne poczucie, że rytuał "działa" - to może nie ma znaczenia, jak bardzo forma odbiegła od oryginału. Jeśli kryterium jest forma - to łatwo o fetyszyzm zapisu. A poczucie ciągłości to chyba najbardziej miękkie kryterium ze wszystkich, bo można je mieć przy zupełnie zmienionym rytualne albo tracić go przy wiernej kopii.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie, które może być naiwne, ale chcę je zadać. Czy w ogóle wiadomo, czy rytuały, które uznajemy za "stare" i "autentyczne", nie były w momencie swojego powstania równie świeżo skonstruowane jak to, co robimy teraz? Mam na myśli to, że może każde pokolenie myśli, że odziedziczyło coś starożytnego, a tak naprawdę dziedziczy coś, co miało 20-30 lat i było eksperymentem poprzedników.
Dobra, ale wróćmy do początku - bo Bryza zadała konkretne pytanie o doświadczenie, a my jesteśmy już głęboko w antropologii. Mnie interesuje co wy robicie kiedy rytuał przestaje mieć sens albo efekt. Nie co o tym myśleć, ale co konkretnie robić. Bo to jest moment, w którym większość ludzi albo przez siłę woli kontynuuje, albo porzuca całość. Czy jest jakieś trzecie wyjście, które ma sens bez autooszukiwania się?
a to rozróżnienie między formą a intencją - jak je praktycznie odróżniasz? Bo mnie to zawsze gryzie, że kiedy czuję pustkę w środku rytuału, nie wiem, czy to forma przestała działać, czy moja intencja się rozmyła, czy w ogóle wróciłem do czegoś po za długiej przerwie i muszę się na nowo "wstrzelić". Te trzy rzeczy wyglądają podobnie z zewnątrz.
Ta "funkcja" to klucz, moim zdaniem. W badaniach nad rytuałem - Rappaport pisał o tym wprost - rozróżnia się między "kanonem" i "indeksem". Kanon to forma, która nie zmienia się i jest przekazywana. Indeks to to, co wykonujący wnosi od siebie, co aktualizuje sens. Transmisja często traci kanon albo traci indeks - rzadko oba razem. I właśnie dlatego rytuał "przejęty bez klucza" często ma kanon bez indeksu - formę bez aktualnego sensu.
To co Bryza opisuje - brak kierunku - ja to rozpoznaję. U mnie dodatkowo pojawia się coś w rodzaju mechaniczności. Nie złej, ale takiej, jakbym ćwiczył coś, co już znam na pamięć i nie muszę być przy tym obecny. I przez chwilę myślałem, że to dobry znak - że rytuał "się utrwalił". Ale potem zdałem sobie sprawę, że utrwalił się bez mnie.
I tu wracamy do pytania, które Bryza zaczęła - o transmisję. Bo może właśnie jedna z rzeczy, które się tracą między pokoleniami, to właśnie to: wiedza o tym, czy dana praktyka jest ceremonią czy rytuałem. Przejmujemy formę, nie wiemy do której kategorii należy, więc traktujemy ją jak rytuał i oczekujemy efektu. A może to był zawsze tylko gest. I nie ma w tym nic złego - ale brak tej informacji tworzy rozczarowanie.
To jest chyba jedna z najtrafniejszych rzeczy, jakie padły w tym wątku. Meta-język. Albo jego brak. Ja to czuję wyraźnie, kiedy próbuję wytłumaczyć komuś, co robię i dlaczego - i widzę, że słowa albo brzmią zbyt magicznie, albo zbyt technicznie, albo zbyt psychologicznie. Żadne nie trafia. A sama praktyka jest gdzieś pomiędzy tym wszystkim.
Ja to rozumiem inaczej. Miałam moment, kiedy odkryłam, że rytuał, który przejęłam od matki, pochodzi w ogóle skądinąd - matka go gdzieś podchwyciła, nie z rodzinnej tradycji. I zamiast to podważyło praktykę, to ją jakoś zwolniło. Jakby nagle przestała być obowiązkiem wobec rodziny, a stała się po prostu moją.
To, co Helena opisuje, jest bliskie temu, o czym mówiłem wcześniej - że nowa forma nabrała własnej historii. Ale u niej była to ta sama forma, tylko z nowym stosunkiem do niej. Ciekawe, czy to jest łatwiejsza droga niż szukanie zupełnie nowej formy. Bo przynajmniej masz punkt wyjścia.
Słucham i mam pytanie, bo gdzieś się w tym gubię. Mówicie o "działaniu" rytuału - ale co to właściwie znaczy, że działa? Bo dla jednych to zewnętrzny efekt, dla innych zmiana wewnętrzna, dla jeszcze innych samo wykonanie jest celem. I chyba te trzy odpowiedzi wymagają zupełnie innego podejścia do pytania o transmisję.
To mi przypomina coś, o czym rzadko się mówi w takich rozmowach. Kiedy rytuał przechodzi między pokoleniami, przechodzi razem z nim domyślna odpowiedź na pytanie Loreta - tylko nikt jej nie artykułuje. I może właśnie to się gubi. Nie forma, nie intencja, ale to ukryte założenie o tym, czym sukces w ogóle jest.
To jest coś, co mnie teraz mocno uderzyło. Babcia robiła pewne rzeczy i "wychodziły". Ale co dla niej znaczyło, że wychodzą? Nigdy jej nie zapytałam. I teraz nie mogę. Więc kiedy robię to samo i nie wiem, czy wyszło - może po prostu nie wiem, czego szukam.
Wracając do transmisji - bo myślę, że zgubiliśmy ten wątek trochę. Mówiliśmy o formie, intencji, meta-języku, kryterium sukcesu. Ale jest jeszcze jedno, o czym nie było mowy: czas i kontekst społeczny. Rytuały funkcjonują w środowisku i kiedy środowisko się zmienia radykalnie, nawet doskonale zachowana forma może nie mieć już do czego "trafiać". Jakby ziemia pod rytuałem zniknęła.
ale czy ta "przerwa w zwykłym czasie" nie jest właśnie dziś trudniejsza do utrzymania niż kiedykolwiek? I czy to nie zmienia samego charakteru rytuału, nawet jeśli forma zostaje ta sama? Mam wrażenie, że wykonujesz te same gesty, ale w innym kontekście zewnętrznym i przez to coś się fundamentalnie przesuwa - nawet bez żadnej modyfikacji formy.
To mnie zastanawia jeszcze inaczej. Może problem jest odwrotny - nie że rytuał nie pasuje do nowego kontekstu, ale że nowy kontekst nie zostawia żadnego miejsca, które rytuał mógłby zająć. Kiedyś był moment w strukturze dnia, który był "pusty" w sensie niezaplanowanym. Rytuał go wypełniał. Dziś to miejsce jest zajęte - przez telefon, przez scrollowanie, przez cokolwiek. I nawet jeśli chcesz wstawić rytuał, to nie ma gdzie.
Słucham was i mam takie poczucie, że rozmowa zmierza trochę w stronę "rytuały kiedyś, dziś niemożliwe". Ale ja mam inne doświadczenie. Przerobiłam kilka praktyk właśnie pod kątem czasu - nie skróciłam ich, tylko zmieniłam moment. I okazało się, że rano, przed kawą, coś działa zupełnie inaczej niż wieczorem. Nie lepiej ani gorzej, po prostu inaczej. Więc to "miejsce" jest moim zdaniem plastyczne. Tylko trzeba je aktywnie szukać, a nie czekać, aż samo się pojawi.
Mnie zastanawia, co Helena rozumie przez "działa inaczej". Pytam dosłownie, bo sama mam z tym problem - nie wiem, jak odróżnić "inaczej" od "gorzej", kiedy nie mam żadnego punktu odniesienia poza własnym odczuciem.
To, co Helena mówi o różnych stanach, przypomina mi coś, o czym czytałam - że w tradycjach ustnych przekaz rytualny był mocno uzależniony od stanu ciała. Nie tylko intencji, ale konkretnego stanu fizycznego wykonującego. I dlatego czas doby, pora roku, nawet pogoda były wbudowane w instrukcję, a nie traktowane jako zmienne do pominięcia. Może właśnie tego się nie da przekazać tekstowo.
