To "od zera przez własne ciało" brzmi pesymistycznie, ale może jest po prostu inną ścieżką. Nie gorszą, tylko inną. Rekonstrukcja przez własne doświadczenie zamiast dziedziczenia. Problem polega na tym, że zajmuje to nieporównywalnie więcej czasu i błędów. I że nie wiesz, kiedy doszłaś. Nie ma egzaminu.
Wróćmy może do transmisji jako takiej, bo trochę zeszliśmy na kwestię indywidualnej praktyki. Mnie ciekawi coś innego: kiedy rytuał przechodzi z jednej osoby na drugą - matka - córka, mistrz - uczeń, cokolwiek - co tak naprawdę jest przekazywane jako pierwsze? Forma, nastawienie, a może coś jeszcze innego? Bo mam wrażenie, że różni ludzie mają zupełnie różne intuicje na ten temat i nigdy tego nie werbalizujemy.
Moja intuicja jest taka, że jako pierwsze przechodzi emocja związana z rytuałem, a nie forma. Patrzysz na kogoś, kto to robi, i zapamiętasz przede wszystkim, jak wyglądał, kiedy to robił. Skupienie, powaga, coś w geście. Forma jest drugorzędna - możesz ją potem odtworzyć ze wspomnień. Ale emocja wykonującego albo przejdzie, albo nie. I kiedy jej nie ma, forma bez niej jest pusta.
To jest smutne i trochę uspokajające jednocześnie. Smutne, bo nic nie jest gwarantowane. Uspokajające, bo może babcia też musiała to sama wypracować - nie dostała gotowego. A ja myślałam, że u niej było inaczej, że ona miała coś, czego mi brakuje.
tylko skąd wiesz, że to, co czujesz, pochodzi z formy, a nie właśnie z obrazu babci, który nosisz w głowie? Pytam serio, nie retorycznie - bo to jest coś, czego chyba nie da się rozdzielić od środka.
To jest właśnie ten moment, w którym fenomenologia i antropologia rozchodzą się. Od środka nie możesz rozdzielić, co pochodzi z formy, a co z obrazu. Ale od zewnątrz widać, że ludzie wykonujący dokładnie tę samą formę bez żadnego osobistego obrazu - na przykład przyjęci do tradycji przez instytucję, nie przez rodzinę - też opisują podobne stany. Więc forma coś robi, niezależnie od tęsknoty.
Myślę, że trochę za bardzo skupiamy się na tęsknocie jako problemie. Może ona nie jest błędem w transmisji, tylko jej częścią. Każdy rytuał niesie w sobie jakiś ładunek emocjonalny z przeszłości - i to nie jest skażenie formy, tylko część tego, czym forma jest. Rytuały, które w ogóle nie mają tego ładunku, często brzmią pusto.
To jest ciekawa myśl, Loreta, ale zakłada ciągłość, której nie możemy zagwarantować. Żeby nasze praktyki nawarstwiały się dla następnych pokoleń, ktoś musi je przejąć i kontynuować. A my nie wiemy, czy tak będzie. Może właśnie tworzymy coś, co umrze razem z nami.
To brzmi ponuro, ale jest w tym coś prawdziwego. Mam praktyki, które dostawałam od różnych kobiet w mojej rodzinie i wiem, że część z nich dostały tak samo - od swoich matek i babek. Nie wiem, ile pokoleń stoi za każdą z nich. I właśnie ta niepewność, to nieznane "ile" - to chyba właśnie jest ten sedyment, o którym mówi Helena. Nie wiem, że to jest stare. Czuję, że jest.
i czy kiedykolwiek próbowałaś to sprawdzić? Zrekonstruować, skąd pochodzi dana forma? Pytam, bo sam miałem taki impuls i szybko okazało się, że to, co myślałem, że jest stare, ma może dwie generacje historii. I paradoksalnie - to odkrycie zmieniło mój stosunek do tej praktyki, ale jej nie zniszczyło.
