Zaczęłam się zastanawiać nad tym tematem po tym, jak kilka razy z rzędu robiłam to samo, raz sama, raz w towarzystwie dwóch innych osób, i efekty były na tyle różne, że nie mogłam tego zignorować. Nie mówię o drobnych różnicach w nastroju czy skupieniu, tylko o czymś bardziej konkretnym. Kiedy byłam sama, miałam wrażenie pełnej kontroli nad tempem, intencją, przestrzenią. Kiedy byłyśmy we trzy, coś się zmieniło w samej strukturze tego, co robiłyśmy, jakby napięcie rozkładało się inaczej. Ciekawi mnie, czy to doświadczenie jest powszechne, czy może zależy od rodzaju praktyki. Bo przy niektórych rzeczach wyobrażam sobie, że obecność innych mogłaby być wręcz przeszkodą, a przy innych chyba nie?
To zależy bardzo od tego, co rozumiesz przez "zmianę efektu". Jeśli chodzi o subiektywne odczucie podczas samego rytuału, to oczywiste, że będzie inaczej w grupie. Ale jeśli pytasz o skuteczność w sensie tego, co zostaje po tym wszystkim, no to tu już jest ciekawiej. Ja mam takie obserwacje, że pewne rytuały związane z przesileniami działają u mnie intensywniej, gdy jestem sama. Natomiast przy nowiu, szczególnie zimowym, miałam kilka razy sytuacje, gdy robienie czegokolwiek w towarzystwie dawało coś, czego nie byłam w stanie wygenerować solo. Jakiś rodzaj... ciągłości? Trudno mi to inaczej nazwać.
A macie wrażenie, że to kwestia fizycznej obecności drugiej osoby, czy bardziej jej intencji? Bo wyobrażam sobie sytuację, gdzie ktoś jest obok, ale myślami jest zupełnie gdzie indziej, i zastanawiam się, czy to psuje całość, czy jest neutralne.
Ale przecież to wszystko jest subiektywne, nie? Znaczy, rozumiem że macie jakieś odczucia, ale skąd wiecie, że to nie jest po prostu różnica w waszym własnym nastroju w danym dniu? Jak w ogóle da się to rozróżnić?
Wracając do pytania Hergi o samotność kontra towarzystwo, ja mam inne doświadczenie niż ona. U mnie praktyki grupowe działały gorzej nie dlatego, że ktoś był niezaangażowany, tylko dlatego że ja sama inaczej funkcjonuję w przestrzeni, gdy czuję czyjś wzrok. Nawet życzliwy. To nie jest kwestia zaufania do tej osoby, po prostu coś we mnie się zamyka. Więc ta sama praktyka robiła na mnie inny wrażenie zupełnie niezależnie od intencji drugiej strony.
A czy ktoś próbował te same rzeczy robić w różnych fazach księżyca i faktycznie porównywał wyniki? Nie jako przekonanie z góry, że "nów sprzyja temu a pełnia tamtemu", tylko naprawdę obserwował bez założeń?
Zdecydowanie to, co zostało. Sam rytuał podczas pełni z ludźmi był chaotyczny, w dobrym sensie, dużo energii, trudno utrzymać skupienie. Ale przez kilka dni po tym miałem wyraźniejsze sny i pewien rodzaj lekkości, który normalnie mi się nie zdarzał po samotnych praktykach. Nie potrafię tego inaczej opisać.
Ja mam głupie pytanie, ale czy tu ktoś bierze pod uwagę również to, z kim się robi te rytuały? Bo mnie się wydaje, że nie ma czegoś takiego jak neutralna obecność drugiego człowieka. Każdy wnosi coś swojego i to musi mieć jakiś wpływ.
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrażenie, że wszyscy zakładacie, że wiecie czego szukać po fakcie. A co jeśli to, co "zostaje" po rytuałach, to po prostu efekt placebo wzmocniony przez oczekiwania? Pytam poważnie, bo sam nie wiem jak do tego podejść.
Wchodzę do rozmowy z troszkę innej strony, bo moje doświadczenie z runami pokazuje coś, o czym tu jeszcze nie było mowy. Przy runach samotność versus towarzystwo ma dla mnie mniejsze znaczenie niż pora roku, i mówię o tym całkiem dosłownie. Zimowe stawianie run, szczególnie w okolicach przesilenia, ma zupełnie inny charakter niż letnie, i to niezależnie od tego, czy jestem sama. Jakby pory roku nadawały samemu rytowi inny kontekst znaczeniowy. Nie wiem, czy to ma przełożenie na inne praktyki, ale zastanawiam się, czy ktoś zauważył coś podobnego.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie, które może być naiwne. Czy ktoś z was miał kiedyś tak, że zaczął robić coś w samotności, a potem przypadkowo ta praktyka przerodziła się w grupową i to było właściwie lepsze niż to, czego się spodziewał?
A czy ktoś próbował robić te same rytuały o tej samej porze roku przez kilka lat z rzędu i sprawdzał, czy ten "efekt" się kumuluje, czy za każdym razem jest od nowa? Pytam bo gdzieś czytałem o powtarzalności jako o czymś co wzmacnia praktykę, ale nie wiem czy to ma sens.
No dobrze, ale to wszystko co mówicie, ta "orientacja", "wiedzenie skąd", to brzmi dla mnie jak po prostu doświadczenie i pamięć. Jeżdżę samochodem od lat i też "wiem" kiedy auto zaczyna skręcać za ostro. To nie jest żadna intuicja, to jest wyćwiczone rozpoznawanie wzorców. Czym wasza "orientacja w rytuale" różni się od tego?
Dobra, bo ja czytam i mam pytanie może naiwne. Jak rozpoznać, że ktoś "wnosi za dużo swojego" zanim się z nim zrobi taki rytuał? Bo po fakcie to zawsze można powiedzieć "nie zadziałało bo ta osoba coś wniosła". Ale jak sprawdzić wcześniej?
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się nad czymś, co może jest inne od tego o czym mówicie. Czy ktoś miał tak, że robił coś zupełnie samemu, ale potem okazało się że ktoś z jego bliskich niezależnie robił coś bardzo podobnego w tym samym czasie? I czy to miało jakiekolwiek znaczenie dla efektu?
To co Karia opisuje z tą synchronią bez wiedzy drugiej osoby przypomina mi coś z badań nad modlitwą na odległość, które były prowadzone w kilku ośrodkach w latach dziewięćdziesiątych. Jeden z bardziej dyskutowanych był projekt Spindrift w USA, gdzie testowano wpływ intencji na wzrost roślin bez wiedzy obserwatorów. Oczywiście metodologia była kwestionowana, ale pytanie które się tam pojawiało było podobne: czy świadomość uczestnictwa zmienia wynik? W tym przypadku Karia nie wiedziała, że mama "uczestniczy", więc ten czynnik był wyłączony.
Próbowałam i to było dziwne doświadczenie. Element który chciałam przenieść był bardzo osobisty, bardzo skrojony pod moje własne skojarzenia symboliczne. Kiedy próbowałam to zrobić z drugą osobą, ona miała inne skojarzenia z tym samym symbolem i zaczęłyśmy mimowolnie ciągnąć w różnych kierunkach. Skończyło się na tym, że wypracowałyśmy razem coś trzeciego, czego żadna z nas nie planowała.
Dobra, ale czy to w ogóle jest możliwe? Oczyszczenie ze swoich skojarzeń? Wydaje mi się, że to jest niemożliwe do końca, skojarzenia działają automatycznie, nie da się ich wyłączyć.
I to chyba sprowadza nas z powrotem do punktu wyjścia. Solo czy z kimś to nie jest tylko kwestia liczby osób, tylko kwestia tego kto to jest i w jakim stanie. Dlatego pewnie część z was woli solo jako default, bo solo masz pełną kontrolę nad tą zmienną. Ale z odpowiednią osobą w odpowiednim momencie, coś się otwiera, czego solo nie ma.
To co Herga napisała na końcu brzmi dla mnie logicznie, ale mam pytanie praktyczne. Bo jak masz grupę, powiedzmy stałą grupę, to skąd wiesz który moment jest właściwy? Znaczy jak to oceniasz przed a nie po?
Etap przygotowania to dobry wskaźnik. Choć ja mam inny próg. Patrzę na to czy ktoś potrafi milczeć. Nie w sensie duchowym, po prostu dosłownie. Czy potrafi siedzieć w ciszy przez kilka minut bez wypełniania jej czymkolwiek. To mi mówi sporo o tym jaki ten człowiek będzie w samym rytuale.
To co mówicie o ciszą i etapie przygotowania prowadzi mnie do czegoś, co mnie interesuje w kontekście samego tematu wątku. Bo jeśli solo nie masz tego problemu, etap przygotowania jest dokładnie taki jaki go zrobisz, to skąd bierze się ta różnica jakościowa którą część z was opisuje na korzyść grupowej pracy? Jeśli zmienne są bardziej kontrolowane solo, to skąd ten efekt którego solo nie ma?
Słuchajcie, a wracając do tego co Herga mówiła wcześniej, bo mi to weszło do głowy. Ta kontrola nad zmienną czyli nad osobami, to jest coś co solo masz zawsze, ale czy to nie jest też trochę iluzja? Bo solo też nie jesteś zawsze tą samą osobą. Twój stan zmienia się, twoje skojarzenia się zmieniają. Więc czy solo daje ci naprawdę stabilność czy tylko jej poczucie?
Przepraszam że wchodzę, ale to brzmi jakbyście mówili że solo jest bezpieczniej bo się samemu siebie przewiduje, a czy to nie jest trochę okrągłe? Znaczy jeśli masz zły dzień to solo też pójdzie źle, więc gdzie ta przewidywalność?
Dorzucę coś z innej strony, bo słucham tej rozmowy i mi się nasuwa pytanie o sny. Nie w sensie ezotycznym, tylko dosłownie. Mam kilka rytuałów które robię wieczorem i które mają coś wspólnego z tym co się dzieje w nocy po tym. Solo ten efekt mam wyraźny i powtarzalny. Jak robiłam to samo przy kimś, nie było kontynuacji w ten sam sposób. Jakby obecność drugiej osoby zmieniała nie tylko sam rytuał, ale też to co następuje po nim.
Ale wracając chwilę do wcześniejszego wątku, bo mi to nie daje spokoju. Padło że solo masz iluzję stałości siebie. Tylko że ta iluzja pełni jakąś funkcję, prawda? Jeśli wchodzisz w rytuał z przekonaniem że wiesz z kim masz do czynienia, to czy to przekonanie nie jest częścią tej pracy? Czy wytrącenie tej iluzji przez element grupowy zawsze jest neutralne?
Słucham tej rozmowy i zaczynam rozumieć że dużo zależy od tego co chcesz osiągnąć konkretnym rytuałem. Czy to jest zawsze tak świadoma decyzja przed, że wiem co chcę i dopasuję formę, czy raczej po czasie dochodzicie do tego co działało?
