Siedzę od jakiegoś czasu nad tym pytaniem i nie mogę się zdecydować, jak to ująć, żeby nie wyszło banalnie. Chodzi mi o coś, co obserwuję od lat - że te same słowa wypowiedziane głośno, szeptem albo tylko pomyślane dają zupełnie inne odczucie podczas rytuału. Nie mówię teraz o efektach, bo to inna rozmowa. Mówię o samym procesie. Kiedy skanduję coś na głos, jest w tym jakaś fizyczność, która przy myśleniu w ogóle nie istnieje. Wibracja klatki piersiowej, oddech, tempo. Przy szepcie z kolei jest coś bardzo intymnego, jakby słowa były tylko dla ciebie i dla tego, do kogo je kierujesz. Zastanawiam się, czy to jest kwestia czysto psychologiczna, czy jest w tym coś więcej. Czy ktoś świadomie eksperymentował z tym i zauważył różnicę, która nie daje się wytłumaczyć samym nastrojem?
To jest temat, który nieźle namieszał w mojej głowie jakiś czas temu. Przeczytałem sporo o tradycjach wedyjskich i tam jest wyraźne rozróżnienie między trzema poziomami mowy: vaikhari, to głos słyszalny, madhyama, to taki wewnętrzny szmer, coś pomiędzy, i pashyanti, najgłębszy poziom, czysta intencja bez słów. W praktyce rytuałów mantrycznych uważa się, że te trzy poziomy działają inaczej, ale nie że jeden jest lepszy. Vaikhari ma wpływ na przestrzeń fizyczną, na powietrze wokół. Pashyanti jest uważana za bardziej bezpośrednią, bo nie ma w niej zakłóceń wynikających z artykulacji. Nie twierdzę, że to jedyna prawdziwa perspektywa, ale mi to dało jakiś porządek w myśleniu o formie wymowy. Ciekawe, czy to się jakoś przekłada na waszą praktykę, bo tradycje są bardzo różne w tym względzie.
Dorzucę coś z innej strony. Jest taka koncepcja w fonetyce sakralnej, szczególnie dobrze opisana w kontekście języka hebrajskiego, że poszczególne głoski mają przypisane znaczenie energetyczne niezależne od słowa, w którym się pojawiają. Abraham Abulafia w XIII wieku robił z tego całe systemy medytacyjne opartena kombinacjach liter i głosek. I tam forma wokalizacji miała bardzo konkretne znaczenie, bo chodziło o to, żeby określone miejsce w ciele fizycznie drgało przy wymawianiu konkretnej głoski. To jest coś zupełnie innego niż afirmacja, bo nie chodzi o sens słów, tylko o ich fizyczny kształt dźwiękowy. Przy cichym wypowiadaniu albo myśleniu to po prostu nie działa tak samo, bo nie ma drgania.
Słucham tego i trochę się gubię, bo wyście wszyscy od razu poszli w bardzo głęboki materiał. Mam do Paradoxa pytanie, od którego właściwie wątek się zaczął - piszesz, że czujesz różnicę. Ale jak to czujesz? Tzn. czy to jest odczucie w trakcie rytuału, czy raczej coś, co oceniasz po fakcie? Bo sama próbowałam porównywać i za każdym razem myślę, że na moją ocenę wpływa to, co przed rytuałem o nim myślałam, nie sam rytuał.
Ja mam trochę inne doświadczenie i nie wiem, czy to się w ogóle wpisuje w to, o czym mówicie. Kiedyś robiłam afirmacje na głos, codziennie rano, przez kilka tygodni. I po jakimś czasie zaczęło mi to sprawiać wrażenie pustego. Jakbym recytowała listę zakupów. Przełożyłam to na pisanie - wypisywałam te same słowa ręcznie - i nagle znowu coś poczułam. Więc zastanawiam się, czy forma nie jest ważniejsza od tego, czy coś jest głośne czy ciche, tylko od tego, jak bardzo jesteś w tym obecna. Pisanie zmusiło mnie do spowolnienia.
Przepraszam, że może głupio zapytam, ale jak mówicie o szepcie - mówicie o szepcie świadomym, celowo stosowanym, czy o tym, że ktoś po prostu mówi cicho, żeby nie słyszeli sąsiedzi? Bo to chyba jest duża różnica intencyjna?
Ten wątek z ograniczeniem jest ciekawy. W niektórych tradycjach tantrycznych celowo ćwiczy się wymowę mantr wewnętrznie, na poziomie mentalnym, i traktuje się to jako wyższy stopień praktyki, ale nie dlatego, że jest skuteczniejszy, tylko dlatego, że wymaga większej dyscypliny uwagi. Głośne recytowanie jest treningiem wstępnym właśnie po to, żeby wyrobić sobie ścieżkę dźwiękową w głowie, która potem działa bez głosu. Jakbyś uczył się wiersza - najpierw czytasz głośno, potem możesz go recytować w myślach i nadal "słyszysz" go z całą melodią. Zastanawiam się, czy to nie jest odpowiedź na pytanie, dlaczego niektórzy lepiej pracują w ciszy - bo mają już wyrobioną tę ścieżkę.
Czytam i mam pytanie, może naiwne - czy ktoś z was próbował to testować w jakiś powtarzalny sposób? Tzn. robić ten sam rytuał raz głośno, raz cicho, raz w myślach i porównywać? Bo ja się zastanawiam, na ile te odczucia, o których mówicie, nie są po prostu efektem nowości. Jak robię coś po raz pierwszy, zawsze jest inaczej niż za pięćdziesiątym razem.
Dobra, ale ja tak naprawdę zapytałem o kierunek, bo to mnie ciekawiło bardziej niż sama głośność. Czy ktoś ma jakieś konkretne doświadczenie z tym, że orientacja przestrzenna robiła różnicę? Albo chociaż, czy to w ogóle praktykujecie, czy raczej znane z teorii?
Sama nie pracuję świadomie z kierunkiem jako elementem rytuału słownego, ale pracuję z nim w kontekście przestrzeni rytuału jako całości. Tzn. wyznaczam kierunki, ale mówię raczej do centrum niż w konkretną stronę. Choć jak o tym teraz myślę, to może to jest też forma odpowiedzi na pytanie Argosa - może kierunek jest ważny, ale nie w sensie geograficznym, tylko relacyjnym? Do kogo mówię, a nie gdzie jestem zwrócona.
To rozróżnienie, które zrobiła Paradoxa, wydaje mi się bardzo trafne. W praktykach wywodzących się z tradycji wedyjskiej intencja kierunkowa jest absolutnie kluczowa - ale to nie jest wschód czy zachód, tylko to, do kogo kierujesz mantrę. Do własnego wnętrza, do bóstwa, do przestrzeni między. I te trzy mają różne techniki wokalne. Mantra kierowana do wewnątrz ma tendencję do schodzenia na poziom mentalny, ta kierowana na zewnątrz - do głośnej ekspresji. Jakby forma wynikała z kierunku, nie odwrotnie.
Poczekajcie, bo coś tu mi się zaczyna układać, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówicie, że forma - głośno, szeptem, w myślach - może wynikać z tego, do kogo lub czego się zwracamy? Bo jeśli tak, to cały problem z afirmacjami nabiera sensu. Afirmacje są z definicji skierowane do siebie, więc może dlatego mówienie ich na głos do lustra jest dla tylu osób tak sztuczne?
I tu wraca pytanie, które gdzieś wcześniej było w tle - czy efekt, który osiągamy przez głośne mówienie, to jest coś zewnętrznego czy wewnętrznego? Bo jeśli mechanizm jest neurologiczny, to pracujemy głównie na sobie. A jeśli wierzymy, że słowo wychodzi w przestrzeń i tam coś robi, to jest zupełnie inny model.
To zderzenie tych dwóch modeli jest chyba sercem całego tematu, nie? Że możemy rozmawiać o formie wymowy i mieć dwie zupełnie różne odpowiedzi w zależności od tego, co zakładamy, że się dzieje. Dla kogoś kto mówi: afirmacja zmienia moje wzorce myślenia - głośność ma sens neurologiczny. Dla kogoś kto mówi: zaklęcie wysyłam w eter - może liczy się coś innego. Czy w ogóle da się połączyć te dwa podejścia?
Próby połączenia tych podejść są, ale zazwyczaj kończą się takim trochę niezgrabnym kompromisem. Mnie bardziej przekonuje patrzenie na nie jako na dwa odrębne modele z odrębnymi zastosowaniami. Mantra z tradycji wedyjskiej może działać na poziomie wibracyjnym bez żadnej zmiany moich przekonań. Afirmacja terapeutyczna może zmieniać moje wzorce bez żadnego wymiaru kosmicznego. I nie muszę tego ujednolicać.
To co mówi Paradoxa jest bardzo bliskie mojemu doświadczeniu, tylko u mnie działa trochę odwrotnie. Głośne mówienie mnie wybudza, a nie wciąga. Może dlatego lepiej pracuje mi się w ciszy i w zapisie, o którym mówiłam wcześniej. Zastanawiam się, czy to jest kwestia charakteru, czy może jakiegoś stylu uczenia się albo przetwarzania bodźców.
I chyba właśnie ten brak linii przekazu to jest ta różnica, której często nie nazywamy wprost. Tradycja mówi ci jak i dlaczego. Eklektyczna praktyka daje ci wolność, ale też zdejmuje pewien rodzaj pewności. Nie twierdzę, że jedno jest lepsze od drugiego, ale to zmienia ramę całej rozmowy o formie wymowy. Kiedy pytamy, czy szept działa inaczej niż mówienie głośno - odpowiedź w tradycji jest jedna, a w praktyce bez tradycji jest: sprawdź sama.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że gubi się w niej jedna rzecz. Forma wymowy - głośno, szeptem, w myślach - ma w różnych tradycjach bardzo konkretne uzasadnienia, i to nie tylko psychologiczne. W tantrze na przykład rozróżnia się vaikhari, madhyama, pashyanti i para - to są poziomy mowy, od tej najgłośniejszej do tej absolutnie wewnętrznej, poza słowami. I każdy z tych poziomów jest przypisany do innego rodzaju działania. Vaikhari to mowa fizyczna, dźwięk w świecie. Para to mowa źródła, sprzed myśli. Afirmacja na poziomie vaikhari i kontemplacja na poziomie pary to nie są warianty tej samej praktyki - to są różne rzeczy.
Dobra, ale czy ten model tantryczny daje się w ogóle stosować poza tą tradycją? Bo widzę, że kilka osób zaczyna go przykładać do swoich praktyk, ale to nie jest neutralna rama pojęciowa - ona niesie ze sobą konkretną metafizykę. Czy można wziąć te cztery poziomy jako opis i zostawić resztę?
Ja chcę wrócić do czegoś praktycznego, bo ta rozmowa zrobiła się bardzo teoretyczna. Czy ktoś z was zauważył różnicę w trwałości efektu - nie w samym przeżyciu podczas rytuału, ale w tym co zostaje? Bo mam wrażenie, że to co robię szeptem albo w myślach zostawia mi coś jakby bardziej osobistego, a to co mówię głośno szybciej się "zużywa". Nie wiem, czy to ma sens jako obserwacja.
Słucham i zastanawiam się nad czymś innym. Czy forma wymowy może się zmieniać w trakcie jednej praktyki? Tzn. zaczynacie głośno, przechodzicie w szept, kończycie w ciszy? Albo odwrotnie? Bo jak słyszę wasze opisy, to u wielu osób jest jakiś naturalny ruch między tymi poziomami, tylko może nieświadomy.
i w którym momencie decydujesz, że dana forma jest "ta" na tyle długo, żeby ją tak zakorzenić? Pytam, bo u mnie jest problem odwrotny - za często zmieniam słowa, bo coś przestaje mi pasować, i podejrzewam że nigdy nie dochodzę do tego etapu o którym mówisz.
Wtrącę się, bo myślę że to pytanie dotyczy czegoś ważniejszego niż metodologia. Jak opisujesz własną praktykę bez żadnego zewnętrznego modelu? Bo ja próbowałem i dochodzę do momentu, w którym nie mam słów. Nie żartuję - dosłownie milknę. I wtedy sięgam po jakiś gotowy opis, choćby niedoskonały.
a szept gdzie wtedy ląduje w tym podziale? Bo to ani zewnętrzne ani wewnętrzne - i zastanawiam się czy właśnie ta niejednoznaczność jest jego siłą, czy problemem.
To co Paradoxa opisuje o szepcie jako "intymnej formie" - to mi się zgadza z moją praktyką, ale nigdy tego tak nie nazwałam. Zawsze myślałam o szepcie jako o czymś, co stosuję kiedy nie mogę mówić głośno. A tu pojawia się zupełnie inne uzasadnienie - nie techniczne, ale jakościowe. Muszę to przemyśleć.
Słucham i przypomina mi się coś zupełnie innego - modlitwy, które pamiętam z dzieciństwa. Były zawsze mówione szeptem albo cicho, nigdy na głos, bo tak się "nie robi". I dopiero teraz myślę że może ten szept był tam celowy, nie tylko z grzeczności.
Ten wątek o tym, co wynieśliśmy z domu jest dla mnie ważny, bo myślę że nikt z nas nie zaczyna od zera. Mam w głowie całą bibliotekę skojarzeń z tym, jak "powinno się" mówić ważne rzeczy - i część z tego pewnie automatycznie przenosi się do praktyki. Nie zawsze świadomie.
