Zastanawiam się nad czymś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Czy wy w ogóle jesteście w stanie praktykować, kiedy jesteście kompletnie rozbici emocjonalnie? Mam na myśli nie taki zwykły gorszy dzień, tylko prawdziwy dół - żałoba, rozpad czegoś ważnego, totalna utrata gruntu pod nogami. Pytam, bo ostatnio przechodziłam przez coś takiego i kompletnie nie wiedziałam, czy w ogóle siadać do czegokolwiek. Z jednej strony czułam, że może to mi pomoże. Z drugiej - miałam wrażenie, że robię to mechanicznie i nic za tym nie stoi. Jak wy sobie z tym radzicie?
To jest bardzo dobre pytanie i szczerze mówiąc rzadko poruszane wprost. Większość ludzi albo pcha się przez rytuał na siłę, bo "tak trzeba", albo całkowicie odpuszcza i potem ma wyrzuty sumienia. A prawda jest taka, że te dwie opcje nie wyczerpują tematu. Mnie się zdarzyło wielokrotnie, że robiłam coś bardzo uproszczonego - nie pełny rytuał, tylko jeden element. Zapalenie świecy. Zapis w dzienniku. To nie jest "pójście na łatwiznę", to jest dostosowanie do stanu, w jakim jesteś.
To, co pisze Lunarna, to nie jest bezpodstawna obawa. Niektóre tradycje faktycznie mówią, że głęboki smutek czy żałoba to stany, w których granice są rozluźnione i nie każdy rodzaj rytuału jest wtedy wskazany. Ale to nie znaczy, że praktyka w ogóle odpada - raczej że pewne rzeczy lepiej odłożyć, a inne mogą być pomocne. Rytuały związane z ochroną, uziemieniem, opłakiwaniem - one istnieją właśnie po to, żeby towarzyszyć człowiekowi w trudnych momentach.
Mam takie pytanie, może trochę z innej strony. Czy wy mieliście kiedyś tak, że kryzys całkowicie zmienił wam podejście do praktykowania? Nie chodzi mi o to co robiliście w trakcie, tylko że po tym wszystkim coś się przestawiło. Mnie się tak przydarzyło i przez długi czas nie wiedziałam czy to dobrze czy źle - bo z jednej strony czułam że idę w innym kierunku, z drugiej miałam poczucie że coś utraciłam.
A jak w ogóle poznać, że przerwa jest potrzebna? Tzn. jak odróżnić "potrzebuję odpocząć od praktyki" od "uciekam od czegoś"? Bo mnie się zdaje że sam bym sobie tłumaczył, że biorę przerwę dla dobra praktyki, a tak naprawdę po prostu bym się chował.
Podpisuję się pod tym pytaniem Younga, bo sama się z tym zmagam. Mam tendencję do perfekcjonizmu i jak nie czuję się "gotowa" to w ogóle nie siadam do niczego. A potem żałuję. Tylko nie wiem jak siebie z tego wyciągnąć bez poczucia, że robię coś na siłę.
Wtrącę się, bo czytam tę rozmowę z dużym zainteresowaniem. Jest jedna rzecz, o której jeszcze nikt nie powiedział wprost: przerwa w praktyce to nie jest porażka. Nie wiem skąd wziął się ten pomysł, że prawdziwa praktyka musi być ciągła i regularna jak praca na etacie. Znam tradycje, gdzie przerwy są wpisane w cykl - okresy intensywnej praktyki i okresy odpoczynku, milczenia, nierobienia nic. To nie jest brak zaangażowania, to jest część całości.
Hmm, ale czy nie ma ryzyka, że z przerwy zrobi się całkowite porzucenie? Pytam serio, bo sam miałem kilka momentów, gdzie mówiłem sobie "przerwa" i potem długo nic nie robiłem. I nie wiem czy to była dobra przerwa, czy po prostu straciłem wątek.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mnie gryzie od kilku postów. Czy wy mówicie o kryzysie jako o czymś, co się "przytrafia" i trzeba przez to przejść z praktyką w garści, czy też że sam kryzys może być częścią praktyki? Bo to trochę inne ujęcie.
Lunarna ma rację i myślę, że to jest jedna z pułapek środowisk ezoterycznych - nadawanie sensu każdemu trudnemu momentowi, jakby wszystko musiało być "lekcją" albo "inicjacją". To może być bardzo obciążające. Czasem coś złego się dzieje i tyle. I praktyka w takim momencie nie musi nic znaczyć, może po prostu towarzyszyć.
To rozróżnienie Pajeczyny jest naprawdę celne. Mam wrażenie że obecność - nawet częściowa, nawet rozklejona - to jest coś innego niż mechaniczne wykonanie czynności. I może właśnie to jest minimalna poprzeczka, o której warto myśleć w trudnych momentach, nie "czy jestem w świetnym stanie", tylko "czy jakaś część mnie jest tu i wie po co".
Dobra, ale to znów wraca do pytania o to, jak się to czuje od środka. Bo jak ktoś jest naprawdę na dnie, to ta "część, która wie po co" może być bardzo cicho. Skąd wiedzieć że jest, jeśli jej nie słychać?
To pytanie Younga mnie zatrzymało. Bo to jest chyba jeden z najbardziej szczerych problemów, jakie można mieć w kryzysie. Kiedy jesteś naprawdę na dnie, ta część, która "wie po co" - ona nie znika, ale może być dosłownie niesłyszalna. I nie wiem, czy jest jakiś sposób, żeby to zweryfikować w czasie rzeczywistym.
A może to oczekiwanie wynika z tego, że praktykę traktujemy inaczej niż inne rzeczy w życiu? Jakbyśmy potrzebowali od niej ciągłego potwierdzenia, że jesteśmy na właściwej ścieżce. Tymczasem praca, relacje, wszystko inne - robimy nawet gdy nie "czujemy" że ma sens.
To jest coś, o czym rzadko się mówi wprost - że w pewnych tradycjach praktyka rytualna ma właśnie ten cel: zdjąć z człowieka ciężar ciągłego decydowania. Rytuał jest z góry ustalony, masz się tylko w nim znaleźć. W liturgii chrześcijańskiej, ale też w praktykach buddyjskich - forma robi dużą część roboty za ciebie, kiedy ty nie masz zasobów.
To jest dokładnie mój problem. Moja praktyka jest bardzo osobista, sklejona z różnych rzeczy, i w kryzysie nie wiedziałam, do czego wracać. Nie było jednej formy, tylko zestaw rzeczy, które "robiłam kiedy chciałam". I kiedy przestałam chcieć, nie było nic, co by mnie trzymało.
Mnie ta dyskusja o kotwicy przypomniała jedną rzecz, którą kiedyś czytałam - że w tradycjach szamańskich właśnie w stanach kryzysowych mówi się o "powrocie do prostej formy". Nie rozbudowany rytuał, tylko jeden gest, jeden oddech, jedna czynność, która ma ciągłość. I to wystarczy żeby utrzymać kontakt z czymś.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i jedno pytanie mi chodzi po głowie: czy wy w ogóle mówicie jednej osobie o tym, że jesteście w kryzysie i że macie trudności z praktyką? Tzn. czy to jest coś, co dzielicie z kimś bliskim poza forum, czy bardziej przerabiasz to sam?
Dobra robota Jolanta, bo to pytanie wchodzi w coś, o czym nie mówiłam wprost w pierwszym poście. Ja tego nie dzielę z nikim w życiu - nie dlatego że nie mam bliskich, ale dlatego że to wyjątkowo trudno wytłumaczyć komuś, kto nie praktykuje. Że masz trudność z rytuałem brzmi abstrakcyjnie dla kogoś, dla kogo rytuał jako taki nic nie znaczy.
Lunarna, to co piszesz o tym tłumaczeniu - to dokładnie to. Mam kilka bliskich osób, które są mi bardzo drogie, ale kiedy próbowałam kiedyś powiedzieć że "mam problem z moją praktyką", to dostałam w odpowiedzi coś w stylu "no to nie rób tego przez chwilę, odpoczywaj". I to nie jest zła rada, ale ona zupełnie nie trafia w to, o czym mówię. Jakby ktoś powiedział osobie wierzącej że ma problem z modlitwą, a ona usłyszała "no to się nie módl". Coś nie gra w tej odpowiedzi, nie?
Chyba właśnie dlatego wspólnoty praktykujących - sanghi, koła, coveny, jakkolwiek to nazwiemy - historycznie nie były luksusem tylko czymś funkcjonalnym. Masz kogoś, kto wie co mówisz bez tłumaczenia. I w kryzysie to jest coś zupełnie innego niż rozmowa z osobą spoza tej przestrzeni.
Lunarna, ja byłam dokładnie w tym samym miejscu. Przez długi czas myślałam że solistyczna praktyka to po prostu mój styl i że to wystarczy. A potem w trudniejszym czasie zorientowałam się, że nie mam się do kogo odezwać z tym co przeżywam w praktyce. I to nie był tylko brak wsparcia emocjonalnego - to był brak świadka. Kogoś, kto wie że to co robię w ogóle istnieje.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mi przyszła do głowy czytając tę dyskusję. W kryzysie często nie tylko odpada ochota do praktyki, ale też zmienia się to, czego od niej chcemy. Normalnie może chodzę na rytuał z jakąś intencją, z jakimś "po co". A w trudnym czasie już nie wiem po co - i wtedy staje się pytanie, czy ta forma ma sens bez zawartości. I może odpowiedź jest taka, że forma trzyma miejsce na treść, która wróci.
Lunarna, to rozróżnienie które zrobiłaś - z lęku kontra z wyboru - czy myślisz że w praktyce da się to odróżnić od środka? Bo mnie wydaje się że czasem te dwa powody wyglądają identycznie z zewnątrz, i też od wewnątrz.
Słucham tej rozmowy i myślę o tym co van Gennep opisywał przy rytuałach przejścia - że faza liminalna, ta środkowa, jest z definicji stanem zawieszenia. Nie jesteś już tym czym byłaś, ale jeszcze nie wiesz kim jesteś po drugiej stronie. Kryzys często wrzuca w dokładnie taki stan. I może właśnie wtedy praktyka bez pytania "po co" jest adekwatna - bo liminalność nie jest momentem na odpowiedzi, tylko na trwanie.
Ta rozmowa o liminalności przypomniała mi coś z innej strony. Czytałam kiedyś o praktykach żałobnych w różnych kulturach - że mają precyzyjnie określony czas trwania właśnie po to, żeby nie zostać w tej fazie na zawsze. Siedem dni, czterdzieści dni, rok. Zastanawiałam się czy solowi praktycy nie powinni robić czegoś podobnego - sami sobie wyznaczać jakiś horyzont.
no tak, to jest ta sama pułapka bańki o której mówiłyśmy wcześniej. Tylko że w kontekście czasu a nie treści. Hmm. Nie mam dobrego wyjścia z tego.
