Forum

Asystent AI
Rytuały podczas kry...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Rytuały podczas kryzysów i trudnych okresów - co wtedy?

Strona 1 / 2

Wpisy: 902
Rozpoczynający temat
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Zastanawiam się nad czymś, co chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Czy wy w ogóle jesteście w stanie praktykować, kiedy jesteście kompletnie rozbici emocjonalnie? Mam na myśli nie taki zwykły gorszy dzień, tylko prawdziwy dół - żałoba, rozpad czegoś ważnego, totalna utrata gruntu pod nogami. Pytam, bo ostatnio przechodziłam przez coś takiego i kompletnie nie wiedziałam, czy w ogóle siadać do czegokolwiek. Z jednej strony czułam, że może to mi pomoże. Z drugiej - miałam wrażenie, że robię to mechanicznie i nic za tym nie stoi. Jak wy sobie z tym radzicie?


Odpowiedz
123 odpowiedzi
Wpisy: 2140
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

To jest bardzo dobre pytanie i szczerze mówiąc rzadko poruszane wprost. Większość ludzi albo pcha się przez rytuał na siłę, bo "tak trzeba", albo całkowicie odpuszcza i potem ma wyrzuty sumienia. A prawda jest taka, że te dwie opcje nie wyczerpują tematu. Mnie się zdarzyło wielokrotnie, że robiłam coś bardzo uproszczonego - nie pełny rytuał, tylko jeden element. Zapalenie świecy. Zapis w dzienniku. To nie jest "pójście na łatwiznę", to jest dostosowanie do stanu, w jakim jesteś.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@ballen)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1598

@Bylica No właśnie, ale czy to nadal jest rytuał, czy tylko gest? Bo tu pojawia się pytanie o intencję. Jak ktoś jest kompletnie rozbity i zapala świecę, bo "tak robi zawsze", to co za tym stoi? Rytuał bez obecności to trochę jak czytanie tekstu na głos bez rozumienia słów. Przynajmniej według tego, co ja rozumiem przez praktykę. Chociaż zdaję sobie sprawę, że są podejścia, które mówią coś zupełnie innego - że samo działanie ma znaczenie niezależnie od stanu.


Odpowiedz
(@rodis)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1446

@Ballen a skąd to założenie, że rozbicie emocjonalne = brak intencji? Ja bym to rozdzieliła. Człowiek może być w kawałkach i nadal wiedzieć, po co coś robi. Może właśnie wtedy intencja jest najbardziej czysta, bo nie ma miejsca na udawanie ani autoprezentację. Robiłam rytuały w bardzo ciężkich momentach i część z nich była intensywniejsza niż cokolwiek, co robiłam "w dobrej formie". Cierpienie otwiera coś, co normalnie jest zasłonięte przez codzienność.


Odpowiedz
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 902

@Rodis to co mówisz - że w takim momencie intencja może być czystsza - to jakoś do mnie trafia. Ale jednocześnie zastanawiam się, czy to nie jest ryzykowne. Jak jesteś bardzo otwarta emocjonalnie, to czy nie przyciągasz też czegoś, czego nie chcesz? Słyszałam różne opinie na ten temat i nie wiem co o tym myśleć.


Odpowiedz
Wpisy: 2140
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

To, co pisze Lunarna, to nie jest bezpodstawna obawa. Niektóre tradycje faktycznie mówią, że głęboki smutek czy żałoba to stany, w których granice są rozluźnione i nie każdy rodzaj rytuału jest wtedy wskazany. Ale to nie znaczy, że praktyka w ogóle odpada - raczej że pewne rzeczy lepiej odłożyć, a inne mogą być pomocne. Rytuały związane z ochroną, uziemieniem, opłakiwaniem - one istnieją właśnie po to, żeby towarzyszyć człowiekowi w trudnych momentach.


Odpowiedz
5 Odpowiedzi
(@zorka)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2484

@Bylica Dokładnie to. I chyba tu jest sedno - nie każdy rytuał pasuje do każdego stanu. Ja się nauczyłam boleśnie, że próba robienia wszystkiego po kolei "bo tak mam zaplanowane" podczas kryzysu to przepis na frustrację. Raz próbowałam przeprowadzić coś bardziej rozbudowanego kiedy byłam w bardzo złym miejscu psychicznie i to był totalny chaos. Nic nie szło tak jak chciałam, gubiłam się, w połowie siadłam na podłodze i płakałam. Paradoksalnie to płakanie było bardziej autentyczną praktyką niż to, co miałam zaplanowane.


Odpowiedz
(@kappi)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1115

@Zorka To co piszesz Zorka o tym płakaniu na podłodze - to ciekawe. Tzn. rozumiem to intuicyjnie, ale chciałbym się upewnić. Mówisz że to było "autentyczną praktyką" - co masz na myśli? Że samo emocjonalne przeżycie jest rodzajem rytuału, czy że wyzwolenie emocji w przestrzeni, którą przygotowałaś, ma znaczenie?


Odpowiedz
(@zorka)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2484

@Kappi raczej to drugie, ale nie tylko. Myślę, że rytuał to nie jest tylko czynność, którą wykonujesz. To też przestrzeń, którą tworzysz - mentalna, fizyczna, intencjonalna. I jak jesteś w tej przestrzeni, nawet jeśli "plan" się posypał, to nadal coś się dzieje. Nie twierdzę, że tak musi być zawsze - ale u mnie tak było.


Odpowiedz
(@ballen)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1598

@Zorka Okej, ale tu wchodzi pytanie o granicę między rytuałem a terapią. Bo to, co opisujesz, brzmi mi trochę jak katharsis - wyładowanie emocji w bezpiecznym kontenerze. I to jest wartościowe. Ale czy to jest to samo, co rytuał w sensie, który rozumiemy tu na forum? Nie mówię że jedno wyklucza drugie, po prostu zastanawiam się, czy nie mieszamy pojęć.


Odpowiedz
(@rodis)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1446

@Ballen To rozróżnienie, które proponuje Ballen, jest na miejscu, ale mam wrażenie że trochu zbyt sztywne. Rytuały w zasadzie zawsze miały komponent emocjonalny - rytuały żałobne, przejścia, oczyszczenia. To nie był wynalazek terapeutów. Wiele kultur miało bardzo konkretne praktyki na moment rozpaczy i one nie były "terapią zamiast rytuału" - one były jednym i drugim naraz. Ten podział to trochę produkt współczesnego myślenia, które dzieli to, co wcześniej było spójne.


Odpowiedz
Wpisy: 529
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Mam takie pytanie, może trochę z innej strony. Czy wy mieliście kiedyś tak, że kryzys całkowicie zmienił wam podejście do praktykowania? Nie chodzi mi o to co robiliście w trakcie, tylko że po tym wszystkim coś się przestawiło. Mnie się tak przydarzyło i przez długi czas nie wiedziałam czy to dobrze czy źle - bo z jednej strony czułam że idę w innym kierunku, z drugiej miałam poczucie że coś utraciłam.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@leonora)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2199

@Nastie tak, i to mocno. Przeszłam przez kilka takich momentów i za każdym razem to było jak reset. Nie zawsze przyjemny. Raz po czymś bardzo trudnym w ogóle nie byłam w stanie wrócić do tego, co robiłam wcześniej - jakby te rytuały należały do innego mnie. Musiałam zacząć od zera, szukać rzeczy, które mają sens teraz. I to było wyczerpujące, ale chyba konieczne.


Odpowiedz
Wpisy: 453
(@young)
Połączone: 2 lata temu

A jak w ogóle poznać, że przerwa jest potrzebna? Tzn. jak odróżnić "potrzebuję odpocząć od praktyki" od "uciekam od czegoś"? Bo mnie się zdaje że sam bym sobie tłumaczył, że biorę przerwę dla dobra praktyki, a tak naprawdę po prostu bym się chował.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Young to jest chyba jedno z trudniejszych pytań w ogóle. Nie mam na to gotowej odpowiedzi, naprawdę. Mnie osobiście pomaga zadać sobie pytanie: czy przerwa daje mi ulgę, czy tylko odroczenie? Ulga to coś, po czym czuję się lżej. Odroczenie to coś, po czym czuję się lżej przez chwilę, a potem ciężej. Ale to nie jest żadna niezawodna metoda, to raczej wewnętrzna obserwacja, która przychodzi z czasem.


Odpowiedz
Wpisy: 684
(@jolanta_m)
Połączone: 1 rok temu

Podpisuję się pod tym pytaniem Younga, bo sama się z tym zmagam. Mam tendencję do perfekcjonizmu i jak nie czuję się "gotowa" to w ogóle nie siadam do niczego. A potem żałuję. Tylko nie wiem jak siebie z tego wyciągnąć bez poczucia, że robię coś na siłę.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2140

@Jolanta_M ta pułapka "gotowości" jest bardzo powszechna i bardzo podstępna. Ja długo myślałam, że do rytuału trzeba przyjść w określonym stanie - skupiona, spokojna, przygotowana. A potem zrozumiałam, że to trochę jak mówienie, że do modlitwy można przystąpić dopiero jak się nie ma już żadnych problemów. Ci, którzy tworzyli praktyki rytualne przez wieki, wiedzieli doskonale, że człowiek do nich przychodzi z całym swoim życiem - nie z wyczyszczonym umysłem.


Odpowiedz
(@ballen)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1598

@Bylica Ale chyba nie możemy czekać z każdą decyzją aż minie wystarczająco dużo czasu, żeby "zobaczyć z perspektywy". Czasem trzeba coś zdecydować teraz. I tu wracamy do tego, co wcześniej mówiła Bylica o pułapce gotowości - może zamiast czekać na pewność, lepiej po prostu zacząć i zobaczyć co się dzieje. Błąd też jest informacją.


Odpowiedz
Wpisy: 2122
(@pajeczyna)
Połączone: 2 lata temu

Wtrącę się, bo czytam tę rozmowę z dużym zainteresowaniem. Jest jedna rzecz, o której jeszcze nikt nie powiedział wprost: przerwa w praktyce to nie jest porażka. Nie wiem skąd wziął się ten pomysł, że prawdziwa praktyka musi być ciągła i regularna jak praca na etacie. Znam tradycje, gdzie przerwy są wpisane w cykl - okresy intensywnej praktyki i okresy odpoczynku, milczenia, nierobienia nic. To nie jest brak zaangażowania, to jest część całości.


Odpowiedz
Wpisy: 756
(@goris)
Połączone: 1 rok temu

Hmm, ale czy nie ma ryzyka, że z przerwy zrobi się całkowite porzucenie? Pytam serio, bo sam miałem kilka momentów, gdzie mówiłem sobie "przerwa" i potem długo nic nie robiłem. I nie wiem czy to była dobra przerwa, czy po prostu straciłem wątek.


Odpowiedz
11 Odpowiedzi
(@leonora)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2199

@Goris to zależy chyba od tego, skąd wziął się ten brak powrotu. Jeśli porzuciłeś coś, co nie pasowało i dlatego nie wróciłeś - może to nie jest strata. Jeśli porzuciłeś coś, co miało dla ciebie znaczenie, ale po prostu się zagapiłeś albo zabrakło struktury - to inna sprawa. Jak to u ciebie wyglądało?


Odpowiedz
(@jolanta_m)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 684

@Leonora no tak, ale jak wygląda to "nie zagapić się" w praktyce? Serio pytam. Bo ja mam tak, że mówię sobie "zaraz wrócę" i potem mijają tygodnie. Nie dlatego że nie chcę, tylko że każdy dzień jest trochę gorszy od poprzedniego i jakoś nie ma dobrego momentu. A im dłużej nie robię nic, tym bardziej się oddaliam i tym trudniej zacząć.


Odpowiedz
(@bryza)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1560

@Jolanta_M To co pisze Jolanta_M o tym oddalaniu się podczas przerwy - to jest mechanizm, który widziałam u siebie i u innych. Im dłużej nic nie robisz, tym praktyka zaczyna się wydawać czymś obcym, prawie ceremonialnym w złym sensie. Jakby to wymagało specjalnych warunków, których nigdy nie ma. I tu chyba jest problem z tym, jak myślimy o powrocie.


Odpowiedz
(@goris)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 756

@Bryza czyli co, że za bardzo to idealizujemy po przerwie?


Odpowiedz
(@bryza)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1560

@Goris coś w tym jest. Jak jesteś w regularnej praktyce, to wiesz że bywa nudno, bywa mechanicznie, bywa że nic się nie dzieje. Ale jak robisz przerwę i patrzysz z dystansu, to pamiętasz głównie te momenty, które były znaczące. I nagle poprzeczka jest za wysoko żeby po prostu usiąść i zacząć. Wracasz mentalnie do czegoś, co nigdy nie istniało w takiej formie.


Odpowiedz
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 529

@Bryza To co pisze Bryza mnie uderzyło. Bo ja po tym moim kryzysie, o którym pisałam wcześniej, dokładnie tak miałam. Wyobrażałam sobie, że jak już wrócę, to od razu wróci to, co było na początku - ta intensywność, ta uważność. A potem siadałam i było... płasko. I myślałam że coś ze mną nie tak, nie że po prostu jestem na początku od nowa.


Odpowiedz
(@kappi)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1115

@Nastie a czy ta "płaskość" po powrocie trwała długo? Tzn. czy to się samo wyrównało, czy musiałaś coś zmienić?


Odpowiedz
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 529

@Kappi samo nie. Tzn. może by się wyrównało, nie wiem, bo zaczęłam zmieniać to, co robiłam, zanim dałam temu więcej czasu. Teraz nie wiem czy to był dobry pomysł. Chyba za szybko wyciągnęłam wniosek, że skoro jest płasko, to stare rzeczy już nie działają.


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Nastie To co mówi Nastie o płaskości - czy to nie jest trochę temat sam w sobie? Bo kryzysy mają to do siebie, że zmieniają progi odczuwania. Przez pewien czas po intensywnym przeżyciu zwykłe rzeczy po prostu mniej "robią". Nie tylko w praktyce, w życiu w ogóle. I wtedy interpretujemy to jako sygnał, że praktyka "nie działa", a to może być po prostu stan układu nerwowego.


Odpowiedz
(@rodis)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1446

@Kobalt tak, i to jest o tyle ważna obserwacja, że może nas skłaniać do niepotrzebnych zmian. Ale z drugiej strony - skąd wiedzieć, kiedy to jest właśnie ten stan, o którym piszesz, a kiedy naprawdę coś się zmieniło i stare formy rzeczywiście już nie pasują? Pytam bo sama przez to przechodziłam i nigdy nie byłam pewna.


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Rodis szczerze? Nie mam pewności, czy to da się rozróżnić z pozycji osoby będącej w środku sytuacji. Może dopiero z perspektywy czasu widać, które zmiany wynikały z czegoś autentycznego, a które były tylko ucieczką od dyskomfortu powrotu.


Odpowiedz
Wpisy: 1657
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mnie gryzie od kilku postów. Czy wy mówicie o kryzysie jako o czymś, co się "przytrafia" i trzeba przez to przejść z praktyką w garści, czy też że sam kryzys może być częścią praktyki? Bo to trochę inne ujęcie.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@zorka)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2484

@Gituska o, to jest inne pytanie. Co masz na myśli dokładnie? Że kryzys powinniśmy celowo jakoś "włączyć" w to, co robimy, czy że on sam w sobie ma walor który warto uwzględnić?


Odpowiedz
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 1657

@Zorka bardziej to drugie. Wiele tradycji - szamańskich, inicjacyjnych, ale też nowożytne nurty - traktuje stany graniczne jako momenty, w których coś się faktycznie otwiera. Nie romantyzuję cierpienia, żeby było jasne. Ale jest różnica między podejściem "muszę przetrwać kryzys, żeby wrócić do praktyki" a "kryzys jest czymś, z czym moja praktyka może mieć bezpośrednio do czynienia". I to zmienia pytanie o przerwy.


Odpowiedz
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 902

@Gituska To co mówi Gituska jest mi bliskie, ale jednocześnie trochę się boję tego podejścia. Słyszałam kiedyś coś o koncepcji "wounded healer" - że przejście przez poważny kryzys zmienia kogoś w taki sposób, że zyskuje rozumienie rzeczy, których wcześniej nie miał. Ale to nie znaczy, że każdy kryzys musi być ceremonialnie oprawiony. Część z nich to po prostu rozpad i trzeba dać sobie prawo do bycia rozsypaną bez nadawania temu sensu na siłę.


Odpowiedz
Wpisy: 2122
(@pajeczyna)
Połączone: 2 lata temu

Lunarna ma rację i myślę, że to jest jedna z pułapek środowisk ezoterycznych - nadawanie sensu każdemu trudnemu momentowi, jakby wszystko musiało być "lekcją" albo "inicjacją". To może być bardzo obciążające. Czasem coś złego się dzieje i tyle. I praktyka w takim momencie nie musi nic znaczyć, może po prostu towarzyszyć.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@argos)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 495

@Pajeczyna a co to znaczy "towarzyszyć" w praktyce? Tzn. konkretnie - jak to odróżnić od robienia rzeczy na autopilocie? Bo brzmi to sensownie, ale nie wiem jak wygląda w działaniu.


Odpowiedz
(@pajeczyna)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2122

@Argos to trochę trudno opisać, ale spróbuję. Dla mnie towarzyszenie to jest sytuacja, w której nie oczekuję od rytuału żadnego konkretnego efektu - nie naprawienia czegoś, nie podniesienia na duchu, nie "zadziałania". Robię go i on jest ze mną w tym samym miejscu co ja, w tym samym chaosie. Autopilot to trochę co innego - tam jest odcięcie, jakbym chciała żeby ciało zrobiło swoje, a ja sobie gdzieś pójdę głową. To nie jest to samo.


Odpowiedz
Wpisy: 2140
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

To rozróżnienie Pajeczyny jest naprawdę celne. Mam wrażenie że obecność - nawet częściowa, nawet rozklejona - to jest coś innego niż mechaniczne wykonanie czynności. I może właśnie to jest minimalna poprzeczka, o której warto myśleć w trudnych momentach, nie "czy jestem w świetnym stanie", tylko "czy jakaś część mnie jest tu i wie po co".


Odpowiedz
Wpisy: 453
(@young)
Połączone: 2 lata temu

Dobra, ale to znów wraca do pytania o to, jak się to czuje od środka. Bo jak ktoś jest naprawdę na dnie, to ta "część, która wie po co" może być bardzo cicho. Skąd wiedzieć że jest, jeśli jej nie słychać?


Odpowiedz
Wpisy: 2140
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

To pytanie Younga mnie zatrzymało. Bo to jest chyba jeden z najbardziej szczerych problemów, jakie można mieć w kryzysie. Kiedy jesteś naprawdę na dnie, ta część, która "wie po co" - ona nie znika, ale może być dosłownie niesłyszalna. I nie wiem, czy jest jakiś sposób, żeby to zweryfikować w czasie rzeczywistym.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@rodis)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1446

@Bylica ale czy to że jej nie słychać, znaczy że jej nie ma? Pytam serio, bo mam wrażenie że to jest trochę inne pytanie niż to, które zadał Young. On pyta jak wiedzieć że jest - a może nie da się wiedzieć, i trzeba działać bez tej pewności?


Odpowiedz
(@young)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 453

@Rodis no właśnie. Działać bez pewności brzmi jak... nie wiem, jak coś co robię cały czas w innych obszarach życia, ale jakoś przy praktyce oczekuję że będę "czuł" że to ma sens. Może to jest nierealistyczne oczekiwanie.


Odpowiedz
Wpisy: 1657
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

A może to oczekiwanie wynika z tego, że praktykę traktujemy inaczej niż inne rzeczy w życiu? Jakbyśmy potrzebowali od niej ciągłego potwierdzenia, że jesteśmy na właściwej ścieżce. Tymczasem praca, relacje, wszystko inne - robimy nawet gdy nie "czujemy" że ma sens.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@kappi)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1115

@Gituska to ciekawe co mówisz, ale czy to nie jest trochę niesprawiedliwe porównanie? Pracę robisz bo musisz, bo masz zewnętrzną strukturę i konsekwencje. Praktyka jest dobrowolna i właśnie dlatego może trudniej ją utrzymać bez wewnętrznego poczucia sensu.


Odpowiedz
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 1657

@Kappi masz rację, że struktura zewnętrzna jest inna. Ale zastanawiam się, czy to jest powód żeby odpuszczać, czy właśnie żeby stworzyć sobie taką zewnętrzną ramę, gdy wewnętrzna zawodzi. Czyli np. zobowiązać się do czegoś konkretnego, żeby nie decydować każdego razu od nowa.


Odpowiedz
Wpisy: 1598
(@ballen)
Połączone: 2 lata temu

To jest coś, o czym rzadko się mówi wprost - że w pewnych tradycjach praktyka rytualna ma właśnie ten cel: zdjąć z człowieka ciężar ciągłego decydowania. Rytuał jest z góry ustalony, masz się tylko w nim znaleźć. W liturgii chrześcijańskiej, ale też w praktykach buddyjskich - forma robi dużą część roboty za ciebie, kiedy ty nie masz zasobów.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@argos)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 495

@Ballen ale to działa tylko jeśli ta forma jest ci bliska, nie? Bo jeśli masz swoje własne rytuały, które sam sobie wypracowałeś, to nie ma tej zewnętrznej struktury. Sam musisz ją sobie narzucić. I w kryzysie to jest dużo trudniejsze.


Odpowiedz
(@ballen)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1598

@Argos tak, i to jest chyba jedna z realnych przewag praktyk osadzonych w jakiejś tradycji. Nie musisz wymyślać od zera. Masz coś, do czego wracasz. Natomiast przy podejściu eklektycznym albo solowej praktyce - no tak, ta zewnętrzna rama musi przyjść od ciebie i w kryzysie możesz po prostu nie mieć siły żeby ją utrzymać.


Odpowiedz
Wpisy: 529
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

To jest dokładnie mój problem. Moja praktyka jest bardzo osobista, sklejona z różnych rzeczy, i w kryzysie nie wiedziałam, do czego wracać. Nie było jednej formy, tylko zestaw rzeczy, które "robiłam kiedy chciałam". I kiedy przestałam chcieć, nie było nic, co by mnie trzymało.


Odpowiedz
10 Odpowiedzi
(@leonora)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2199

@Nastie i co z tym zrobiłaś? Tzn. czy po wyjściu z kryzysu jakoś to przebudowałaś, czy zostawiłaś jak było?


Odpowiedz
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 529

@Leonora próbowałam coś ustrukturyzować. Wyznaczyłam sobie jeden stały element - taki który jest zawsze, niezależnie od reszty. Ale szczerze? Nie wiem jeszcze czy to zadziała przy kolejnym trudnym czasie. Dopiero co wróciłam do regularności.


Odpowiedz
(@zorka)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2484

@Nastie Słucham tego co mówi Nastie i myślę że jest w tym coś ważnego - ten jeden element, ten "punkt kotwicy". Widziałam podobne podejście opisywane jako "anchor practice" i chodzi o to, że jest jedna rzecz, która jest na tyle prosta i krótka, że możesz ją zrobić nawet kiedy wszystko inne odpada.


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Zorka tylko pytanie - czy ta kotwica ma działać przez samą regularność, czy też musi to być coś znaczącego dla ciebie? Bo mogę się zobowiązać że codziennie zapalę świeczkę, ale jeśli to nie znaczy nic, to co mi to daje w kryzysie?


Odpowiedz
(@zorka)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2484

@Kobalt myślę że to drugie, ale jednocześnie regularność sama w sobie też coś robi. Są badania nad nawykami i tym jak ciągłość czynności - nawet mechaniczna - utrzymuje pewne ścieżki aktywne. Nie twierdzę że to jest to samo co głęboka praktyka, ale może trzymać coś przy życiu na czas, kiedy nie masz więcej.


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Zorka Wróćmy na chwilę do tego co mówiła Zorka wcześniej o kotwicy - bo zostało to trochę zawieszone. Mam pytanie które mnie gryzie: jeśli ktoś w kryzysie emocjonalnym robi tę jedną kotwicową czynność zupełnie mechanicznie, bez żadnego kontaktu z intencją - to czy to jest jeszcze praktyka, czy już tylko nawyk? I czy to rozróżnienie w ogóle ma znaczenie?


Odpowiedz
(@zorka)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2484

@Kobalt myślałam o tym i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Z perspektywy psychologii nawyku ta granica jest płynna - nawyk buduje się właśnie przez mechaniczne powtarzanie, a potem coś z tego zaczyna działać głębiej. Ale z perspektywy praktyki rytualnej... nie wiem. Czy rytuał bez intencji to jeszcze rytuał?


Odpowiedz
(@leonora)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2199

@Zorka to zależy od tego jaką teorię rytuału przyjmiesz. W podejściu performance studies - Catherine Bell na przykład - liczy się sam akt, ciało, ruch, forma. Intencja jest wtórna albo w ogóle nie jest warunkiem koniecznym. Z kolei w podejściach bardziej wewnętrznych, mentalnych - bez intencji nie ma rytuału, jest tylko gest.


Odpowiedz
(@argos)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 495

@Leonora czyli co, mamy sprzeczne tradycje i każda mówi co innego? To nie jest zbyt pomocne kiedy stoisz w kryzysie i zastanawiasz się czy w ogóle warto zapalić tę świeczkę.


Odpowiedz
(@leonora)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2199

@Argos rozumiem frustrację, ale może właśnie w kryzysie ta niepewność jest OK? Tzn. nie musisz wiedzieć czy to "działa" według właściwej teorii. Zapalasz świeczkę bo jest coś, do czego wracasz. To wystarczy na ten moment.


Odpowiedz
Wpisy: 1560
(@bryza)
Połączone: 2 lata temu

Mnie ta dyskusja o kotwicy przypomniała jedną rzecz, którą kiedyś czytałam - że w tradycjach szamańskich właśnie w stanach kryzysowych mówi się o "powrocie do prostej formy". Nie rozbudowany rytuał, tylko jeden gest, jeden oddech, jedna czynność, która ma ciągłość. I to wystarczy żeby utrzymać kontakt z czymś.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@pajeczyna)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2122

@Bryza a co rozumiesz przez "kontakt z czymś"? Bo to brzmi ogólnie. Z samym sobą, z intencją, z jakąś siłą zewnętrzną? To nie jest to samo i chyba od tego zależy, co ta prosta forma ma w ogóle robić.


Odpowiedz
(@bryza)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1560

@Pajeczyna uczciwie - nie wiem. I podejrzewam że to zależy od osoby i od tradycji. Dla kogoś to będzie kontakt z własnym centrum, dla kogoś połączenie z czymś, co wykracza poza niego. Ale może to rozróżnienie nie jest najważniejsze w momencie kryzysu - ważniejsze jest że w ogóle jest jakiś gest, który jest twój.


Odpowiedz
Wpisy: 684
(@jolanta_m)
Połączone: 1 rok temu

Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i jedno pytanie mi chodzi po głowie: czy wy w ogóle mówicie jednej osobie o tym, że jesteście w kryzysie i że macie trudności z praktyką? Tzn. czy to jest coś, co dzielicie z kimś bliskim poza forum, czy bardziej przerabiasz to sam?


Odpowiedz
Wpisy: 902
Rozpoczynający temat
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Dobra robota Jolanta, bo to pytanie wchodzi w coś, o czym nie mówiłam wprost w pierwszym poście. Ja tego nie dzielę z nikim w życiu - nie dlatego że nie mam bliskich, ale dlatego że to wyjątkowo trudno wytłumaczyć komuś, kto nie praktykuje. Że masz trudność z rytuałem brzmi abstrakcyjnie dla kogoś, dla kogo rytuał jako taki nic nie znaczy.


Odpowiedz
Wpisy: 684
(@jolanta_m)
Połączone: 1 rok temu

Lunarna, to co piszesz o tym tłumaczeniu - to dokładnie to. Mam kilka bliskich osób, które są mi bardzo drogie, ale kiedy próbowałam kiedyś powiedzieć że "mam problem z moją praktyką", to dostałam w odpowiedzi coś w stylu "no to nie rób tego przez chwilę, odpoczywaj". I to nie jest zła rada, ale ona zupełnie nie trafia w to, o czym mówię. Jakby ktoś powiedział osobie wierzącej że ma problem z modlitwą, a ona usłyszała "no to się nie módl". Coś nie gra w tej odpowiedzi, nie?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@kappi)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1115

@Jolanta_M ale czy to nie jest właśnie problem z tym jak my sami o tym mówimy? Że nie umiemy wyjaśnić dlaczego to ważne, bo to jest takie... wewnętrzne? I może dlatego trafiamy na takie odpowiedzi, bo rozmówca nie ma punktu odniesienia.


Odpowiedz
(@rodis)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1446

@Kappi to nie do końca kwestia umiejętności tłumaczenia. Niektórych rzeczy po prostu nie można przekazać bez wspólnego doświadczenia jako bazy. To nie jest luka komunikacyjna, to luka ontologiczna - mówisz o czymś, czego druga osoba nie ma w swoim modelu rzeczywistości. Nie pomogą tu lepsze słowa.


Odpowiedz
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 1657

@Rodis i co z tym robimy? Tzn. jeśli tej luki nie da się zasypać słowami, to zostajemy z tym sami? Bo z jednej strony rozumiem, z drugiej to brzmi dość... samotnie.


Odpowiedz
Wpisy: 1598
(@ballen)
Połączone: 2 lata temu

Chyba właśnie dlatego wspólnoty praktykujących - sanghi, koła, coveny, jakkolwiek to nazwiemy - historycznie nie były luksusem tylko czymś funkcjonalnym. Masz kogoś, kto wie co mówisz bez tłumaczenia. I w kryzysie to jest coś zupełnie innego niż rozmowa z osobą spoza tej przestrzeni.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 902

@Ballen, tak, ale co jeśli takiej wspólnoty nie masz? Bo ja nie mam. Praktykuję sama, forum to jedyne miejsce gdzie w ogóle o tym mówię. I teraz zastanawiam się czy to jest deficyt, który wpływa na to jak znoszę kryzysy w praktyce, czy to po prostu mój wybór i nie powinnam go problematyzować.


Odpowiedz
Wpisy: 529
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Lunarna, ja byłam dokładnie w tym samym miejscu. Przez długi czas myślałam że solistyczna praktyka to po prostu mój styl i że to wystarczy. A potem w trudniejszym czasie zorientowałam się, że nie mam się do kogo odezwać z tym co przeżywam w praktyce. I to nie był tylko brak wsparcia emocjonalnego - to był brak świadka. Kogoś, kto wie że to co robię w ogóle istnieje.


Odpowiedz
5 Odpowiedzi
(@pajeczyna)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2122

@Nastie "brak świadka" - to dobre określenie. Czy masz poczucie że to zmieniło coś w samej praktyce, nie tylko w jej przeżywaniu? Pytam bo zastanawiam się czy samotność praktyki wpływa na jej treść, nie tylko na jej komfort.


Odpowiedz
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 529

@Pajeczyna szczerze - chyba tak. Kiedy nie masz nikogo, kto mógłby powiedzieć "hej, to co opisujesz brzmi dziwnie" albo "a próbowałaś inaczej", to zostajesz zamknięta we własnej bańce interpretacji. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale na pewno inaczej niż gdyby ktoś był obok.


Odpowiedz
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2140

@Nastie To co mówi Nastie o bańce interpretacji to coś, o czym rzadko się mówi wprost. Solowa praktyka daje wolność, ale też brak korekty. I w kryzysie ta bańka może się robić szczelniejsza - bo jesteś sama ze swoimi myślami o praktyce, które mogą się kręcić w kółko bez żadnego zewnętrznego impulsu żeby je rozbić.


Odpowiedz
(@young)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 453

@Bylica ale czy korekta jest zawsze potrzebna? Mam na myśli - skąd wiadomo, że cudza perspektywa jest lepsza niż moja własna, kiedy chodzi o coś tak osobistego? Może ta bańka jest po prostu... moją praktyką, niekoniecznie błędem?


Odpowiedz
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2140

@Young to nie chodzi o to czyja perspektywa jest lepsza. Chodzi o to, że bez żadnego zewnętrznego głosu nie masz możliwości zobaczyć martwego pola. A każdy ma martwe pola. To nie jest zarzut, po prostu granica solowej pracy.


Odpowiedz
Wpisy: 1560
(@bryza)
Połączone: 2 lata temu

Jest jeszcze jedna rzecz, która mi przyszła do głowy czytając tę dyskusję. W kryzysie często nie tylko odpada ochota do praktyki, ale też zmienia się to, czego od niej chcemy. Normalnie może chodzę na rytuał z jakąś intencją, z jakimś "po co". A w trudnym czasie już nie wiem po co - i wtedy staje się pytanie, czy ta forma ma sens bez zawartości. I może odpowiedź jest taka, że forma trzyma miejsce na treść, która wróci.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 1657

@Bryza "forma trzyma miejsce" - to jest dobre ujęcie. Trochę jak z pustym krzesłem. Zostawiasz je, bo wiesz że ktoś wróci, nawet jeśli teraz go nie ma. Ale mam pytanie - czy to nie jest trochę autoiluzja? Że "wróci", skąd ta pewność?


Odpowiedz
(@bryza)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1560

@Gituska nie mam pewności. I myślę że jej nie potrzebuję żeby działać. Forma trzyma miejsce nie dlatego że mam gwarancję powrotu, ale dlatego że rezygnacja z formy zamyka też tę możliwość. Zostawiasz drzwi uchylone, nie wiesz kto wejdzie.


Odpowiedz
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 902

@Bryza To co napisała Bryza o uchylonych drzwiach zostało ze mną. Chyba właśnie tak to czuję w najgorszych momentach - że kontynuuję nie dlatego że wierzę w konkretny efekt, ale żeby nie zamknąć czegoś, co mogłoby wrócić. Tylko że to brzmi prawie jak działanie z lęku, nie z wyboru. I nie wiem czy to zdrowe.


Odpowiedz
Wpisy: 2122
(@pajeczyna)
Połączone: 2 lata temu

Lunarna, to rozróżnienie które zrobiłaś - z lęku kontra z wyboru - czy myślisz że w praktyce da się to odróżnić od środka? Bo mnie wydaje się że czasem te dwa powody wyglądają identycznie z zewnątrz, i też od wewnątrz.


Odpowiedz
4 Odpowiedzi
(@rodis)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 1446

@Pajeczyna właśnie. I może ważniejsze pytanie: czy to rozróżnienie w ogóle ma znaczenie dla samej praktyki? Tzn. czy rytuał zrobiony z lęku przed zerwaniem ciągłości jest gorszym rytuałem niż ten zrobiony ze spokojną intencją? Bo nie jestem pewna że odpowiedź jest oczywista.


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Rodis to jest pytanie które mnie nurtuje od dawna. W tradycjach gdzie masz jakieś zewnętrzne zobowiązanie - jakiś cykl, jakieś przyrzeczenie - tam kwestia "dlaczego to robię dziś" jest trochę odsunięta. Robisz bo jest czas, bo jest kolej. I może właśnie dlatego te struktury istniały - żeby nie musieć za każdym razem odpowiadać sobie na to pytanie.


Odpowiedz
(@young)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 453

@Kobalt ale to brzmi jak unikanie pytania, nie jak odpowiedź na nie. Jeśli robię coś "bo czas" i nie wiem dlaczego, to w czym to jest lepsze od nicnierobienia?


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1259

@Young no właśnie w tym że robisz. Brzmi banalnie, ale chodzi o to że ciągłość praktyki ma wartość niezależną od tego czy w danym momencie czujesz jej sens. To nie jest unikanie pytania, to tymczasowe zawieszenie pytania żeby nie blokować działania.


Odpowiedz
Wpisy: 2140
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

Słucham tej rozmowy i myślę o tym co van Gennep opisywał przy rytuałach przejścia - że faza liminalna, ta środkowa, jest z definicji stanem zawieszenia. Nie jesteś już tym czym byłaś, ale jeszcze nie wiesz kim jesteś po drugiej stronie. Kryzys często wrzuca w dokładnie taki stan. I może właśnie wtedy praktyka bez pytania "po co" jest adekwatna - bo liminalność nie jest momentem na odpowiedzi, tylko na trwanie.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@gituska)
Połączone: 10 miesięcy temu

Wpisy: 1657

@Bylica ale jak długo można trwać? Tzn. liminalność z definicji jest fazą przejściową, a co jeśli kryzys się przedłuża i ta zawieszeniowa praktyka przeciąga się miesiącami? Czy wtedy wciąż mówisz o liminalności, czy już o czymś innym?


Odpowiedz
(@bylica)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 2140

@Gituska to dobre pytanie i nie mam na nie czystej odpowiedzi. Van Gennep pisał o rytualnym kontekście, gdzie czas liminalny był z góry określony przez wspólnotę. W solowej praktyce tego kontekstu nie ma, więc granica między "trwam w fazie przejścia" a "utknęłam" jest płynna i pewnie każda osoba musi to rozpoznawać sama.


Odpowiedz
Wpisy: 529
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Ta rozmowa o liminalności przypomniała mi coś z innej strony. Czytałam kiedyś o praktykach żałobnych w różnych kulturach - że mają precyzyjnie określony czas trwania właśnie po to, żeby nie zostać w tej fazie na zawsze. Siedem dni, czterdzieści dni, rok. Zastanawiałam się czy solowi praktycy nie powinni robić czegoś podobnego - sami sobie wyznaczać jakiś horyzont.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@lunarna)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 902

@Nastie to jest ciekawe. Tylko kto weryfikuje czy ten horyzont był realny? Jak sama sobie powiem "daję sobie miesiąc na minimalną praktykę", to też sama zdecyduję że te dwa tygodnie wystarczyły albo że potrzebuję kolejnych. I krąg się zamyka.


Odpowiedz
Wpisy: 529
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

no tak, to jest ta sama pułapka bańki o której mówiłyśmy wcześniej. Tylko że w kontekście czasu a nie treści. Hmm. Nie mam dobrego wyjścia z tego.


Odpowiedz
Strona 1 / 2
Udostępnij: