Myślę że to, o czym tu mówicie, ma związek z czymś, co lingwiści nazywają aktem mowy - w uproszczeniu, każde wypowiedzenie zakłada pewną rolę mówiącego i słuchającego. I może właśnie dlatego szept uruchamia inny schemat niż głos, bo strukturalnie bardziej przypomina rozmowę niż deklarację.
To jest dokładnie to, co mnie od dawna zastanawia przy tej całej dyskusji o formach. Myśl jako akt mowy skierowany do siebie - to brzmi jak wewnętrzny monolog, nie rytuał. I może właśnie na tym polega różnica: głos i szept to performance, nawet jeśli nikt nie patrzy. Myśl nie jest performance'em. Chyba że celowo ją uprzedmiotowisz - na przykład przez medytację.
Paradoxa, zatrzymaj się chwilę na tym "uprzedmiotowieniu" myśli. Czy masz na myśli coś w stylu wizualizacji - że świadomie obserwujesz własną myśl zamiast po prostu ją myśleć? Bo to by znaczyło, że myśl może stać się rytuałem tylko jeśli zmienisz do niej stosunek.
Właśnie. I to chyba jest odpowiedź na pytanie z tytułu - forma wymowy ma znaczenie nie sama w sobie, ale dlatego że różne formy inaczej wymuszają tę uwagę. Głos przez ciało, szept przez trudność i intymność, myśl przez konieczność aktywnego skupienia, bo sama z siebie odpływa najłatwiej.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie, które może być głupie - czy w tym wszystkim zakładacie, że słowa same w sobie coś znaczą poza intencją? Bo mnie się wydaje, że ta cała dyskusja o formie zakłada, że słowo ma jakąś moc niezależną od tego, kto je mówi i co przez to rozumie.
Czytam tę dyskusję i mam wrażenie, że wszyscy krążycie wokół czegoś, co w tradycjach wedyjskich było dosłownie skodyfikowane. Rozróżniali trzy poziomy mowy: vaikhari - mowa głośna, madhyama - cicha, mentalna, pashyanti - poziom przed formą słowną, niemal obrazowy. I każdemu z tych poziomów przypisywali inną funkcję, nie estetyczną, ale funkcjonalną w rytuałach. Nie mówię że to odpowiedź na wasze pytanie, ale może warto to porównać z tym, co opisujecie z własnego doświadczenia.
Paradoxa, ale to prowadzi do kolejnego: czy można mieć taką samą intencję w trzech formach - głośno, szeptem, w myślach? Czy intencja z konieczności się zmienia razem z formą? Bo jeśli tak, to właściwie nigdy nie testujemy tej samej rzeczy w różnych warunkach.
Ja po tej dyskusji mam wrażenie, że system to za duże słowo. Próbowałem coś takiego zbudować i zawsze się rozsypywało przy pierwszym wyjątku. Zostaje mi coś w rodzaju zestawu pytań, które zadaję sobie przed - głównie: co chcę żeby zostało po tym? Dźwięk, obraz czy sam fakt że to wypowiedziałem?
Zastanawiam się, czy to rozróżnienie, które tu wychodzi - spontaniczne kontra schematyczne - nie jest ważniejsze niż samo pytanie o głos, szept i myśl. Bo przy schemacie forma jest niejako zewnętrzna, ustalona wcześniej przez kogoś albo przeze mnie samą w innym momencie. Przy spontaniczności forma wyrasta razem z intencją. I może właśnie dlatego te same słowa powiedziane głośno raz mogą odcinać, a innym razem budować - bo kontekst powstawania jest zupełnie różny.
Paradoxa, ale to rodzi pytanie o schematy w ogóle. Jeśli przy spontanicznej wypowiedzi forma i intencja są jednym, a przy schematycznej forma jest z góry narzucona - to czy schemat nie działa wtedy trochę jak rodzaj dyscypliny, która wymusza jakiś stan? Znaczy, może właśnie o to chodzi w powtarzalnych rytuałach - żeby forma prowadziła do intencji, a nie odwrotnie.
