Siedzę ostatnio nad tym tematem i nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo zachodnia tradycja ezoteryczna oddzieliła ciało od praktyki. Mamy medytacje, wizualizacje, intencje - wszystko w głowie. A tymczasem jak patrzę na to, co zostało opisane chociażby w tantrycznych tradycjach czy w afrykańskich religiach diasporycznych, tam ciało jest absolutnym centrum. W Candomblé inkorporacja oriszów zaczyna się od konkretnych ruchów, konkretnych gestów - to nie jest ozdoba, to jest sam mechanizm. Ciekawi mnie, czy ktoś z was w ogóle eksperymentował z wprowadzeniem ruchu do własnych rytuałów i co z tego wynikło.
Właściwie to jest coś, nad czym się głowiłam przez długi czas. Robiłam jakiś czas temu rytm bicia w bęben razem z grupą i to co się działo w ciele było zupełnie inne niż podczas siedzących medytacji. Nie wiem jak to opisać - jakby bariera między zamiarem a wykonaniem po prostu znikała. Ale mam pytanie do Ismer - co masz na myśli mówiąc "mechanizm"? Bo to brzmi jakbyś sugerował, że ruch jest konieczny, a nie dodatkowy.
Mechanizm to dobre słowo. W tradycjach szamańskich, i to nie tylko tych syberyjskich, rytmiczny ruch ciała - kołysanie, tupanie, obroty - jest tym, co wprowadza praktykującego w zmieniony stan świadomości. Badał to zresztą Felicitas Goodman, antropolożka, która przez lata dokumentowała pozy rytualne z różnych kultur i odkryła coś zaskakującego: te same pozycje ciała w różnych częściach świata wywoływały podobne stany. Nazwała to "ecstatic trance postures". To nie przypadek i nie metafora.
Poczekajcie, bo trochę się pogubiłam. Goodman mówiła o pozycjach statycznych czy o ruchu? Bo to robi sporą różnicę jeśli chodzi o to, jak to rozumieć.
A jak to się ma do praktyk, które są czysto ruchowe, bez statyki? Zastanawiam się nad sufickim sema - to jest ciągły obrót, nie ma tu statycznej pozycji jako punktu dojścia. Wirowienie derwiszów to chyba inny model niż to, co opisuje Goodman.
Słuchajcie, ja to odczuwam w dużo prostszy sposób i nie wiem czy mam rację, ale kiedy robię rytuał i stoję nieruchomo przy ołtarzu, to jest jedno. A jak zaczynam cokolwiek robić - gestykulować przy zaklęciu, okrążać przestrzeń - to wchodzę w coś zupełnie innego. Nie potrafię powiedzieć co, ale zmiana jest wyraźna. Czy to tylko kwestia skupienia uwagi, że ciało angażuje mózg bardziej, czy jest coś więcej?
To jest pytanie, które neuronaukowcy zaczęli brać na poważnie stosunkowo niedawno. Jest coś takiego jak hipoteza ucieleśnionego poznania - embodied cognition - która mówi, że stany ciała współtworzą stany umysłu, nie tylko je wyrażają. Badania Scotta Wiltermuth z USC pokazały, że zsynchronizowany ruch grupy zwiększa wzajemne zaufanie i gotowość do kooperacji. To ma bezpośrednie przełożenie na to, dlaczego rytuały grupowe z elementem synchronicznego ruchu tworzą silniejszą więź niż same słowa.
Okej, ale ja mam takie może głupie pytanie - jeśli ruch działa przez mechanizm neurologiczny, to znaczy, że nie ma w tym nic... no, ezoterycznego? Bo to brzmi jakby można było zredukować całą praktykę do psychologii.
To mnie zastanawia - czy to znaczy, że jeśli ktoś wymyśla własne gesty do rytuału, to one nie będą działać tak samo jak te utrwalone tradycją? Skąd pochodzi "moc" konkretnego gestu?
Hej, ja wchodzę w to pytanie po raz pierwszy bo temat mnie całkowicie wciągnął. Zastanawiałam się ostatnio - czy mudry z tradycji hinduskiej i buddyjskiej to jest właśnie taki przypadek, gdzie gesty są zakodowane tradycją, i czy ktoś z was faktycznie je stosuje w praktyce? Bo to jest chyba klasyczny przykład gestu jako praktyki, a nie ozdoby.
I o to chodzi - że ten temat jest uczciwy tylko wtedy, gdy się przyznajemy do tego, czego nie wiemy. Mamy dowody na efekty fizjologiczne, mamy tysiące lat tradycji, mamy opisy doświadczeń z różnych kultur. Ale mechanizm przyczynowy - czemu akurat ten gest, czemu ta pozycja - tego nie potrafimy wyjaśnić w sposób, który byłby przekonujący dla każdego. Może to dobrze, że to pytanie zostaje otwarte.
To nie jest tak zero-jedynkowe. W tradycji tantrycznej masz trzy wymiary - mantra to dźwięk, yantra to forma wizualna, mudra to gest ciała. Żaden z nich nie jest samodzielny, wszystkie trzy razem tworzą jeden obwód. Kiedy robisz samą mudrę bez mantry i yantry, to jest jakbyś włączał jeden kontakt w pustym pokoju. Coś się może zapalić, ale układ nie jest kompletny.
Dobrze, ale to oznacza, że jeśli ktoś praktykuje mudry bez tej reszty, to traci większość efektu? Pytam serio, bo znam sporo ludzi, którzy korzystają z mudry zdrowotnych z pozycji czysto fizycznej, bez żadnej mantry.
Ja chyba przestałam próbować to rozróżniać i jest mi z tym lepiej. Jak zaczynam analizować czy to "tylko" ciało czy coś więcej, wypadam z praktyki. Mam wrażenie, że to pytanie jest dobre do dyskusji, ale złe do samej praktyki.
To akurat rozumiem, ale mam inne pytanie - czy każdy rytuał ruchowy zakłada, że coś "otwierasz"? Bo jak patrzę na przykład na obchodzenie kręgów w celtyckiej tradycji, to tam jest też aspekt wyznaczania przestrzeni, tworzenia granicy. Ruch jako kreślenie mapy, nie wejście w trans.
A propos krągów - czy ktoś z was chodził w procedurę odwrotnie, tzn. przeciwnie do ruchu wskazówek zegara zamiast zgodnie? Ciekawi mnie jak to wpływa na odczucie. Słyszałam, że to się stosuje przy "rozwiązywaniu" czegoś, nie budowaniu.
To niesamowite, że kierunek chodzenia może mieć takie znaczenie. Ale jak ty to czujesz w ciele? Tzn. czy idąc widdershins fizycznie czujesz coś innego, czy to jest bardziej kwestia świadomości że "teraz robię to odwrotnie"?
Ja mogę powiedzieć ze swojej strony - jak raz próbowałam zamknąć rytuał chodząc w odwrotną stronę niż otwierałam, to było wyraźne uczucie jakby "odkręcania". Nie wiem jak to inaczej opisać. Czy to auto-sugestia? Może. Ale efekt był wyraźny i powtarzalny u mnie.
Czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i mam pytanie trochę z boku - czy wszystkie te rzeczy, o których mówicie, mudry, krągi, sema, można łączyć w jednej praktyce? Czy mieszanie tradycji psuje te mechanizmy, o których dyskutujecie? Bo mam wrażenie, że to albo działa przez spójność jednej tradycji, albo przez coś innego, ale nie bardzo rozumiem co.
Mnie to pytanie Daneczki dręczy od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony słyszę "nie mieszaj tradycji", z drugiej patrząc historycznie to praktycznie wszystkie tradycje są wynikiem mieszania. Wicca jest przecież wiekiem XX, eklektyczna od początku. Więc kiedy to mieszanie staje się problemem?
Chcę wrócić do pytania Daneczki, bo jest tam coś, co umknęło. Ona pyta czy mieszanie "psuje mechanizmy". To znaczy, że zakłada, że mechanizmy są. I teraz pytanie - mechanizmy czego? Bo jeśli mówimy o efektach psychosomatycznych, to kontekst tradycji ma mniejsze znaczenie. Jeśli mówimy o czymś, co wymaga spójnego systemu symbolicznego, to może mieć. Ale to są dwa różne typy pytania.
Z mojego doświadczenia - to zależy od tego, czy masz jakiś własny rdzeń. Jeśli masz coś, co jest twoją główną ramą, do której dokładasz elementy z innych tradycji, to działa inaczej niż kiedy zbierasz bez żadnego centrum. Nie mówię, że jedno jest lepsze od drugiego w sensie etycznym, ale efekty są różne. Przy eklektyzmie bez centrum często mam wrażenie, że coś się traci między elementami.
U mnie to wyszło inaczej. Przez długi czas mieszałam rzeczy bez żadnego klucza i działało. A potem w pewnym momencie przestało i nie wiedziałam dlaczego. Dopiero jak zaczęłam patrzeć wstecz, zauważyłam że zaczęłam dodawać elementy, które miały bardzo inną logikę ciała. Jedne pracują z rozluźnieniem, inne z napięciem i skupieniem. I to zaczęło się kłócić fizycznie, nie symbolicznie.
Nie wiem czy to jest pytanie, które można rozwiązać z zewnątrz. Centrum nie jest czymś, co ci ktoś wskaże. Ale jest jeden praktyczny test, który mi pomógł - kiedy robisz dany ruch lub gest w rytuale, czy czujesz że to jest twoje, czy że to jest coś, co próbujesz na siebie nałożyć? To brzmi banalnie, ale w praktyce jest różnica.
Dobra, ale co znaczy "twoje"? Bo ja jak zaczynam coś nowego, to zawsze najpierw czuję obco. Żaden gest mi nie jest od razu swój. Czy to znaczy, że nic nigdy nie jest moje, bo wszystko kiedyś było pierwsze?
Jest jeszcze jedna rzecz, o której tu nie mówimy, a która jest istotna przy tym pytaniu o mieszanie. Chodzi o rytm. Różne tradycje mają różne rytmy praktyki - cykl księżycowy, cykl solarny, codzienna medytacja o stałej porze. I kiedy mieszasz techniki ruchowe z różnych tradycji, często mieszasz też ich rytmy. I to może robić więcej zamieszania niż sama sprzeczność gestów.
Okej, ale wracam do bardzo prostego pytania bo trochę odpłynęliśmy. Tytuł wątku mówi o ruchu i gestach jako części praktyki. Mamy mudrę, krąg, taniec. Czy ktoś tu ma doświadczenie z tańcem jako pełnym rytuałem, nie jako dodatkiem do czegoś innego? Pytam bo sema derwiszy to jedno, ale ciekawi mnie czy ktoś z was budował coś własnego opartego na ruchu ciągłym.
