Mam ostatnio dużo przemyśleń na temat wspólnych rytuałów z partnerem, który podchodzi do tego wszystkiego zupełnie inaczej niż ja. On jest raczej agnostykiem z lekkim zainteresowaniem buddyzmem zen, ja od lat pracuję z magią naturalną i rytmem księżycowym. I zastanawiałam się - czy w ogóle sens ma robić coś razem, skoro nasze ramy interpretacyjne są tak różne? Bo z jednej strony rytuał to dla mnie coś bardzo osobistego, ze swoją strukturą, intencją, symboliką. Z drugiej - widziałam jak spontaniczne, nieplanowane rzeczy, które robiliśmy razem, miały jakiś swój ciężar. Paliliśmy razem świecę przy kolacji, on powiedział "zróbmy życzenie", ja skupiłam się na intencji - i każde z nas było w tym uczciwe na swój sposób. Czy to był rytuał? Nie wiem. Ale coś tam się wydarzyło na poziomie wspólnej uwagi i intencji. Czy ktoś z was pracuje z kimś bliskim, kto ma zupełnie inne podejście? Jak to w praktyce wygląda?
To ciekawe co opisujesz z tą świecą, bo ja mam podobne doświadczenie, tylko z mamą, która jest praktykującą katoliczką. Przez lata myślałam, że nie mamy żadnego wspólnego języka jeśli chodzi o takie rzeczy. A potem zobaczyłam jak ona stawia znicz na grobie babci i mówi do niej na głos - i dla mnie to był absolutnie rytuał w każdym sensie tego słowa, dla niej pewnie modlitwa albo po prostu rozmowa z nieżyjącą matką. To samo działanie, zupełnie inny system znaczeń. Nie wiem czy to jest kompromis, czy po prostu każdy jest w swoim własnym rozumieniu i po prostu przypadkowo to się nakłada.
Intencja zbieżna - to jest właśnie pytanie, które mnie zawsze zatrzymuje. Bo co to znaczy zbieżna? Identyczna? Bo to raczej niemożliwe nawet między dwiema osobami z tej samej tradycji. Każdy wnosi inne życie, inne skojarzenia, inne ciało w tej chwili. Ja robiłam kiedyś rytuały w grupie z kobietami, które wszystkie deklarowały to samo podejście, i i tak każda była gdzie indziej. Więc nie wiem czy ta różnica wierzeń jest aż takim problemem jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że moja żona jest typową "nie wierzę w to ale szanuję" i przez długi czas traktowałem to jako przeszkodę. Aż kiedyś poprosiłem ją żeby po prostu siedziała obok jak robię coś przy ołtarzyku domowym. Nie żeby uczestniczyła, nie żeby wierzyła - po prostu żeby była. I to zmieniło całą dynamikę. Nie wiem jak to nazwać, ale jej obecność coś wniosła, mimo że ona sama mówiła potem "byłam tu fizycznie, umysłem byłam przy serialu". No może i tak, ale ciało było i ciało ma znaczenie.
Wydaje mi się, że kluczowe jest ustalenie przed rytuałem jakie są reguły gry. W numerologii mamy to samo - jak ktoś siada do analizy daty urodzenia to najpierw ustala się czego szuka, bo inaczej każdy ciągnie w swoją stronę. Bez wstępnego kontraktu to się nie może udać, nieważne ile dobrej woli po obu stronach.
Ten wątek etyczny mnie zatrzymuje. Bo są tradycje, w których inicjacja działa na człowieka bez jego pełnej wiedzy o mechanizmie - wystarczy przyzwolenie i obecność. Kairos w ceremonii jest ważniejszy niż intelektualna zgoda na każdy element. Ale to nie znaczy, że możemy pominąć kwestię zgody w ogóle. Pytanie jest o proporcje - między informowaniem a psuciem przestrzeni nadmiernym tłumaczeniem.
Ja zazwyczaj mówię tyle ile druga osoba jest w stanie przyjąć i nie więcej. Z moim bratem, który jest zupełnie poza tym tematem, mówię na przykład "chodź, zrobimy coś miłego na koniec tygodnia". I robimy herbatę, zapalamy coś, siadamy w ciszy przez chwilę. On wie tyle że to jest dla mnie ważne i że go zapraszam. Tyle mu wystarszy i nie przeszkadza mu to. Więcej tłumaczenia by go tylko zdystansowało.
Słucham tej rozmowy i mam poczucie, że cały czas kręcimy się wokół pytania czy rytuał jest zewnętrzny czy wewnętrzny. Czytałam gdzieś że w tradycji słowiańskiej rytuały były przede wszystkim zbiorowym aktem - działało się razem i to razem-ness było właśnie meritum, nie indywidualna intencja każdego uczestnika. Jeśli tak, to różnica w prywatnych wierzeniach może być mniej ważna niż nam się wydaje.
Chyba mam wrażenie, że kłócimy się o coś w gruncie rzeczy nierozstrzygalnego. Bo czy to był rytuał czy nie - to zależy od definicji jaką każde z nas przynosi. Czytałam że nawet w antropologii jest spór czy rytuał to kategoria opisowa czy normatywna. Nie wiem czy to pomaga, ale wydało mi się że warto to wrzucić.
Mój mąż nigdy nie nazwie tego co robimy rytuałem, dla niego to jest po prostu niedzielna kawa przy oknie z muzyką. Ale jak go nie ma to te same rzeczy czuję zupełnie inaczej. Nie powiem że lepiej albo gorzej, po prostu inaczej. Może sama jego obecność jest częscią tej struktury, niezależnie co on o tym myśli?
Nawyk i rytuał to naprawdę różne rzeczy, choć wyglądają podobnie z zewnątrz. Nawyk działa automatycznie i bez zastanowienia. Rytuał - nawet ten nieplanowany - ma w sobie jakiś moment zatrzymania, choćby minimalny. Chyba. Ale może to tylko moje przekonanie, nie wiem czy to jest powszechne.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że wszystko sprowadza się do jednego - co wnosimy do przestrzeni gdy jesteśmy z kimś o innej perspektywie. Z runiczną praktyką mam podobne doświadczenie: gdy ktoś siedzi obok i nie rozumie systemu ale jest spokojny, kład mi wychodzi inaczej niż gdy siedzę sama z napięciem. Ta obecność coś robi z polem uwagi, nie z sensem symbolicznym.
I to może być najprostszy wyznacznik czy warto kogoś o innym systemie wciągać we wspólną praktykę. Nie ich teologia, nie ich przekonania, tylko ich stan. Czy są w stanie być spokojnie obecni bez komentowania i bez wewnętrznego oporu. To jest pytanie o konkretnego człowieka w konkretnym dniu, nie o jego wiarę w ogóle.
A ja mam pytanie do całej tej dyskusji o stanie obecności - czy wy w ogóle mówicie tej drugiej osobie co robicie? Czy raczej działacie obok siebie bez nazywania tego? Bo mam wrażenie że ta rozmowa zakłada że obie strony przynajmniej wiedzą że coś się dzieje, a co jeśli jeden działa i nic nie mówi drugiemu?
Tutaj wchodzę bo ta kwestia etyki jest mi bliska. W kontekście miejsc, w których coś się dzieje - kaplice, stare domy, miejsca po dawnych praktykach - ludzie wchodzą bez żadnej świadomości i często coś odczuwają albo wnoszą coś do tej przestrzeni swoją nieświadomą obecnością. To nie jest kwestia zgody ani braku zgody, to jest kwestia że pole istnieje niezależnie. Ale to nie znaczy że zawsze jest to neutral.
i właśnie to pytanie sobie zadaję od lat. Próbowałam raz z kimś bliskim - powiedziałam wprost co robię z runami. Ta osoba się starała, była cicha, ale czułam że stara się i to samo w sobie było rozpraszające. Nie wiem czy to był błąd że powiedziałam, czy błąd że w ogóle zaprosiłam kogoś kto musiał się starać.
Słucham was i zastanawiam się - czy kiedykolwiek rozmawiałyście z tą drugą osobą po fakcie? Znaczy nie "będę teraz robić rytuał" ale "co czułeś podczas tamtego wieczoru przy świecy"? Bez nazywania tego rytuałem, po prostu pytając o odczucia? Bo może ta osoba też coś miała, tylko nie ma języka żeby to opisać.
Tego mi właśnie brakuje - że tamtego znajomego nie zapytałam. Bałam się że albo nic nie poczuł i to mnie skonfrontuje z moją interpretacją, albo że poczuł i będę musiała tłumaczyć coś czego sama nie rozumiem. Więc zostawiłam to w zawieszeniu. I chyba ta niepewność jest większa niż jakakolwiek odpowiedź którą mogłam dostać.
to zawieszenie jest chyba samo w sobie rodzajem miejsca w którym ten rytuał nadal trwa. Nie wiem czy to pocieszające, ale mam wrażenie że nie każda przestrzeń musi być domknięta żeby być prawdziwa.
Myślę że tu jest jeszcze kwestia tego skąd w ogóle pochodzi ten "inaczej". Bo inaczej to katolicyzm, inaczej to ateizm, a inaczej to inna tradycja ezoteryczna - i te trzy sytuacje wymagają zupełnie innych kompromisów. Katolicyzm ma swoje własne silne rytuały i ta osoba może wcale nie uważać że twoje są "lepsze", tylko że są nieswoje.
Czytałam że w badaniach nad małżeństwami mieszanymi religijnie - i przez "mieszane" mam na myśli np. chrześcijaństwo z jakąkolwiek tradycją pozainstytucjonalną - jednym z głównych napięć jest nie wiara jako taka, ale czas. Kto i kiedy ma swoją przestrzeń, które momenty są czyje. Rytuały robią się polem negocjacji nie o sensie, ale o kalendarzu. Nie wiem czy to tu pasuje, ale wydało mi się że pasuje.
I co wtedy? Przekładasz? Rezygnujesz? Ja miałam raz sytuację że mój ważny moment runicznie wypadał dokładnie w Wigilię. I nie powiem że nie czułam napięcia - siedzieliśmy wszyscy razem, a ja miałam w głowie zupełnie inną przestrzeń. W końcu wyszłam na chwilę na dwór i tyle.
No ale to trochę prowadzi do pytania które mnie tu chodzi po głowie od jakiegoś czasu - czy w ogóle da się z góry wiedzieć jaki kompromis będzie działał? Mam wrażenie że to jest coś co wychodzi w praniu, a nie w planowaniu.
I co z tym zrobić? Serio pytam, bo to brzmi jak ściana której nie można przenieść. Można uzgodnić godziny, przestrzeń, kalendarz - ale nie można uzgodnić że ktoś zacznie mieć kategorię której nie ma.
Próbowałem tego. I to działa do pewnego momentu - moja partnerka łączy moje przesilenia ze swoim adwentem, bo obie to "oczekiwanie na coś". Ale potem przychodzi moment różnicy i ta analogia się sypie. I wtedy jest gorzej niż jakby jej w ogóle nie było, bo budowałeś na czymś co okazuje się kruche.
A może problem jest w tym że oczekujemy od drugiej osoby żeby rozumiała tak jak my? Bo jeśli on mówi "rozumiem" i nie robi problemu, to może to naprawdę jest zrozumienie na jego poziomie. I może to powinno wystarczyć - nie każde rozumienie musi być głębokie żeby być prawdziwe.
Czytałam gdzieś o koncepcji "ritual literacy" - umiejętności czytania rytuału jako języka. I argument tam był taki że większość ludzi w zsekularyzowanych społeczeństwach straciła tę umiejętność, bo rytuały instytucjonalne zostały zredukowane do formy bez treści. I to może tłumaczyć dlaczego ktoś szczery i życzliwy po prostu nie ma co zrobić z twoim rytuałem - nie dlatego że nie chce, ale dlatego że nie ma narzędzia do odczytu.
