Zaczęło się od tego, że przez dłuższy czas obserwowałem u siebie pewien schemat - rytuał, potem czekanie, potem frustracja, potem pytanie "czemu nie działa", potem nowy rytuał. I tak w kółko. W pewnym momencie dotarło do mnie, że ta pętla jest dokładnie tym, co blokuje jakikolwiek spokój wewnętrzny, nie mówiąc o efektach. Zacząłem szukać informacji o tym, jak w różnych tradycjach podchodzi się do kwestii intencji versus przywiązania do wyniku. W buddyzmie theravada jest coś takiego jak "chanda" - wola działania bez pożądania konkretnego efektu. Nie wiem czy ktoś tu próbował jakoś przenieść takie podejście na praktykę rytualną, bo mnie zajęło to sporo czasu i szczerze mówiąc do dziś nie wiem, czy mi się udało. Jest jeszcze coś innego - czytałem o badaniach nad OCD i rytuałami kompulsywnymi. To zupełnie inny kontekst, ale tam też pojawia się ta sama dynamika: im bardziej skupiasz się na wyniku, tym bardziej rytuał zamienia się w mechanizm lękowy, a nie cokolwiek innego. Zastanawiam się, czy ktoś z Was miał moment, gdzie rytuał przestał być czymś, co robisz "dla efektu", i co wtedy tak naprawdę się zmieniło.
Trafiłeś w coś, o czym rzadko się tu mówi wprost. Większość rozmów kręci się wokół "co zrobić żeby zadziałało", a to pytanie jest dokładnie odwrotne. Dla mnie przełomem było zrozumienie, że rytuał jako taki jest zamkniętą strukturą - ma swój początek, środek i koniec. Jeśli w momencie zamknięcia zostawiasz za sobą intencję, coś odpuszczasz. Ale to odpuszczenie nie jest pasywne, bardziej przypomina świadome złożenie czegoś na bok. Nie wiem skąd u Ciebie ta pętla się wzięła, ale u mnie było to związane z przekonaniem, że jeśli dostatecznie mocno chcę, to "wzmocni" działanie. Efekt był dokładnie odwrotny. Masz wrażenie, że ta dynamika w Twoim przypadku wiązała się bardziej z lękiem czy raczej z niecierpliwością?
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś trochę innym. Bo mnie bardziej uderza, że spora część ludzi, którzy robią rytuały w kółko bez rezultatu, wcale nie czeka na efekt zewnętrzny. Oni czekają na to, żeby poczuć się lepiej wewnętrznie. I to jest właśnie ta pułapka, bo rytuał nie jest terapią. Może działać obok terapii, może dawać poczucie sprawczości, struktury, może być kotwicą - ale jeśli ktoś jest w poważnym dole psychicznie i robi kolejne rytuały licząc, że w końcu poczuje ulgę, to ta ulga nawet jeśli przyjdzie, jest chwilowa. I zaczyna się od nowa. Znam kilka osób, które przez lata robiły różne praktyki zamiast szukać pomocy. Nie mówię, że jedno wyklucza drugie, ale ten temat zasługuje chyba na rozmowę bez owijania w bawełnę.
Czytam to i zastanawiam się, bo sama przez jakiś czas robiłam pewne praktyki codziennie i rzeczywiście czułam takie coś, jakby niepokój jak nie zrobiłam. Nie wiedziałam jak to nazwać. Dopiero teraz jak czytam tę rozmowę, trochę się zastanawiam. Tylko że u mnie to chyba był bardziej strach, że "coś złego się stanie" niż czekanie na efekt. To jest ta sama rzecz o której mówicie, czy coś innego?
Ja w ogóle nie za bardzo rozumiem jednej rzeczy w tej rozmowie. Mówicie o rytuałach jakby były czymś jednorodnym, ale przecież ktoś może robić rytuał związany z wdzięcznością, ktoś inny z intencją, ktoś trzeci z czymś odpędzeającym. Czy nie jest tak, że intencja rytuału od razu określa, czy jesteś w tej pętli oczekiwania, czy nie? Chyba rytuał wdzięczności z definicji nie polega na czekaniu na efekt?
Moim zdaniem trochę za dużo tu psychologizowania. W tradycjach magicznych - mówię o zachodnich systemach hermetycznych - jest precyzyjny powód dlaczego intencja ma być po rytuale "zapomniana". To nie jest kwestia zdrowia psychicznego, to jest technika operacyjna. Levi pisał o tym, że wola magiczna musi być skierowana na cel, a potem oderwana. To "oderwanie" jest częścią systemu, nie dodatkiem. Więc problem "kołowania wokół efektów" wynika z nieznajomości podstaw, a nie z lęku czy psychologii.
To "nie każdy powinien" jest dla mnie trochę kłopotliwe. Kto ma o tym decydować? Bo jeśli kryterium jest "gotowość do techniki operacyjnej", to wyłączamy z rozmowy sporą grupę ludzi, którzy mogliby na rytuale skorzystać, ale inaczej - nie jako magii, tylko jako formy struktury, ugruntowania, cotransformacyjnego przejścia. A to są realne funkcje, opisane poza ezoteryką, choćby w psychologii ceremonialnej czy w pracach van Gennepa o rytuałach przejścia. Rytuał jako "magia" to tylko jedna z możliwych ram.
Nie wiem czy dobrze rozumiem - czy mówicie, że rytuał "bez oczekiwania" jest bezpieczniejszy dla kogoś, kto zmaga się z czymś trudnym psychicznie? Bo to by oznaczało, że sama intencja podejścia zmienia co z tym robimy. Zastanawiam się, jak to w praktyce wygląda. Czy ktoś świadomie przestawił swoje podejście i widzi różnicę?
Wracając do pytania Darki - bo to jest rzeczywiście sedno. Moim zdaniem rytuał "bez oczekiwania" zmienia przede wszystkim relację do samego siebie w trakcie praktyki. Jeśli ktoś jest w trudnym miejscu psychicznie, to oczekiwanie rezultatu uruchamia ciągłą ocenę: czy już? czy działa? czy zrobiłem dobrze? I to ocenianie jest dodatkowym obciążeniem, którego taka osoba często nie potrzebuje. Samo wejście w strukturę rytuału - zapalenie, skupienie, gest - bez pytania o efekt, może po prostu dać chwilę spokoju. Nie jako magia, nie jako technika. Po prostu jako przerwa od oceniania.
Tylko że terapeuta wie, po co dana technika jest stosowana i kiedy. A przy rytuale robionym samodzielnie nie ma takiej kontroli zewnętrznej. Czy to nie jest w takim razie ryzykowne, żeby ktoś w złym stanie psychicznym szedł w rytuały bez żadnego wsparcia? Pytam serio, nie przekornie.
To mi przypomina coś z zupełnie innej rozmowy, którą miałem ostatnio. Ktoś powiedział, że modlitwa jest zdrowa, ale modlitwa, bez której nie możesz żyć, to już jest coś innego. I to samo da się powiedzieć o rytuale. Nie chodzi o formę, chodzi o to, co się dzieje kiedy jej nie ma.
Moim zdaniem to wszystko jest prostsze. Rytuał działa jeśli jest robiony dobrze. Jeśli ktoś ma problem psychiczny, to on po prostu blokuje przepływ energii i rytuał nie może zadziałać. Dlatego nie działa. To nie jest problem "oczekiwania", to jest problem tego, że coś w polu energetycznym osoby nie jest wyrównane.
Przepraszam, ale nie. "Powszechna wiedza w kręgach energetycznych" to nie jest argument. To jest kółko, w którym każde twierdzenie jest prawdziwe, bo wynika z innego twierdzenia z tego samego kręgu. A poza tym - to jest coś, co realnie szkodzi osobom z problemami psychicznymi, kiedy słyszą, że ich stan blokuje działanie rytuału. To znaczy, że są winne własnej nieskuteczności.
Mnie to poczucie sprawczości bardzo zajmuje w tym kontekście. Bo w CBT jest coś takiego jak "behavioral activation" - dosłownie chodzi o to, żeby wciągać osobę w działanie, żeby przerwać bierność. I rytuał, nawet prosty, może być formą tego właśnie ruchu. Tylko że tam terapeuta dobiera działanie do stanu. A przy rytuale człowiek sam decyduje i może wybrać coś, co bardziej nakręca, niż odpuszcza.
No ale przecież w każdej tradycji rytualnej są ścisłe wymogi co do formy. Żaden kapłan nie improwizuje odprawiając obrzędu. Dlaczego w magii miałoby być inaczej? Może właśnie ta dbałość o detal jest czymś właściwym, a nie objawem problemów.
To może właśnie to jest odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie o bezpieczeństwo? Że rytuał jako powtarzalna, przewidywalna sekwencja działa na poziomie neurologicznym niezależnie od treści magicznej - i dlatego nie wymaga "poprawności", tylko regularności?
przepraszam że wchodzę bo nie śledziłam od początku, ale ta rozmow amnie trochę zatrzymała. zastanawiam się czy ktoś z was miał tak, że rytuał przestał byc rytuałem i stal się po prostu przymusem? i czy sami to zauważyliście, czy ktoś z zewnątrz musiał powiedzieć?
To pytanie Pajęczyny o tę przestrzeń do pytania siebie mnie trochę zatrzymało. Bo ja jak byłam w najgorszym momencie, to nie miałam tej przestrzeni. Miałam tylko robienie. I teraz się zastanawiam, czy to nie jest właśnie clou całego tematu - że rytuał bez oczekiwania rezultatu jest w ogóle możliwy tylko wtedy, kiedy jesteś w stanie jakim jesteś. A jak nie jesteś, to i tak się kołujesz, niezależnie od tego, czy ktoś ci powie żebyś nie oczekiwała.
To jest trafna obserwacja i trochę rozkłada ten temat od innej strony. Bo może nie chodzi o to, żeby nauczyć się nie oczekiwać rezultatu - tylko o to, żeby stworzyć warunki, w których możliwe jest wykonanie czegokolwiek bez tego oczekiwania. I tu wraca pytanie o samą strukturę praktyki. Nie o efekt, nie o intencję, tylko o to, co poprzedza jedno i drugie.
to mnie ciekawi - czy "pusta ręka" to jest w ogóle osiągalny stan dla kogoś, kto przychodzi do rytuału z powodu jakiegoś problemu? Nie z ciekawości, nie z tradycji, tylko dlatego, że coś go boli. Bo wtedy samo przyjście jest już formą oczekiwania.
To jest dobre pytanie, bo w tekstach dotyczących japońskiej koncepcji mushin - dosłownie "nieumysłu" - jest coś podobnego. Nie chodzi o brak myśli, tylko o brak przywiązania do konkretnego wyniku myślenia lub działania. I to się pojawia w kontekście praktyk bojowych, ceremonii herbaty, kaligrafii - wszystkich tych form, które wymagają całkowitej obecności. Ale to jest lata pracy, nie stan, który się osiąga jednorazowo.
Ja tu siedzę i myślę, że może zbyt komplikujemy. Jak moja córka miała zły okres, to psychiatra zalecił jej po prostu codzienny spacer o tej samej porze. To stało się jej rytuałem. Nie wiedziała o mushin, nie wiedziała o performatywności. Po prostu wychodziła. I pomagało. To nie jest ezoterycznie ale działa na tej samej zasadzie co to, o czym mówicie, nie?
To jest paradoks, który znam z własnego doświadczenia. Im bardziej zależy, tym mniej rytuał może zrobić to, do czego go używasz. I pytanie, które sobie zadaję od jakiegoś czasu, to czy w ogóle można rozbroić ten paradoks od wewnątrz, czy potrzeba najpierw czegoś z zewnątrz - rozmowy, terapii, przerwy - żeby w ogóle móc wrócić do praktyki inaczej.
Słuchajcie, ja tu mam inne pytanie bo coś mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Wiciol napisał na początku, że rytuał staje się kontrolą, nie praktyką. I rozumiem to. Ale czy nie jest tak, że dla niektórych osób właśnie ta kontrola jest na początku jedyną możliwą formą wejścia? Że bez niej w ogóle nie wejdą? I dopiero potem, jak się trochę ustabilizują, mogą tę kontrolę poluzować?
I to chyba jest kluczowe rozróżnienie - czy rytuał jest w służbie czegoś, czy sam stał się celem. Bo jak jest w służbie, to można go zmienić, uprościć, odpuścić. Jak sam jest celem, to dotknięcie go wywołuje lęk. I to jest sygnał, który jest dość czytelny z zewnątrz, ale praktycznie niewidoczny od środka.
"stanie" to jest ciekawe słowo, bo w sumie dużo tradycji szamańskich - i tu mówię o bardzo różnych kulturach, nie tylko słowiańskich - ma rytuały, które nie są nakierowane na przemianę. Są po prostu zakorzenione w "teraz". Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś ze świata zachodniego bierze taki rytuał i natychmiast pyta: "no i co mi to da?". I wtedy cały sens odpada.
a jak rozróżnić te dwa tytu rytuałów praktycznie? tzn ten który ma prowadzić i ten który jest po prostu "staniem"? bo jak ktoś robi rytuał codzienny, np. zapalanie świecy albo herbata z intencją, to skąd ma wiedzieć w co się angażuje?
