Zastanawiam się czy ktoś jeszcze kombinował z rytuałami mając ADHD, bo to jest osobny temat i trochę mnie to ostatnio nurtuje. Mam na myśli taką sytuację kiedy budujesz jakiś rytuał, starasz się trzymać struktury, a po dziesięciu minutach siedzisz i nie wiesz jak to się stało, że myślami jesteś już gdzieś zupełnie indziej. Albo gorzej, przerywasz w połowie i nie wróciłeś do tego od tygodnia. Czy to w ogóle ma sens przy rozproszonym umyśle? I czy ktoś znalazł jakiś sposób żeby rytuał miał realną strukturę, a nie tylko założenia na papierze?
To jest pytanie które mnie też kręci, bo sam mam rozproszony umysł, choć nigdy oficjalnie nie diagnozowany. U mnie największy problem to przejście od codziennego chaosu do stanu skupienia. Rytuał wymaga jakiegoś przejścia, a ten próg wejścia bywa za wysoki kiedy głowa gna w pięciu kierunkach. Próbowałem skracać, upraszczać, ale nie o to chyba chodzi.
Interesujące podejście, ale chcę się tu trochę zatrzymać. W starszych tradycjach słowiańskich rytuał nigdy nie był czymś, co człowiek robił sam w ciszy i skupieniu. Miał swoją własną dynamikę, muzykę, ruch, powtarzanie gestów. To nie skupienie było celem, tylko zaangażowanie ciała. Może właśnie ten wymiar fizyczny jest tym, czego brakuje kiedy ktoś z rozproszonym umysłem próbuje siedzieć nieruchomo i medytować nad świeczką.
Mam wrażenie że tu dotykamy czegoś ważniejszego, mianowicie czy w ogóle rytuał musi mieć określony czas trwania? Ja zaczęłam robić krótkie, dosłownie trzy do pięciu minut, ale za to regularnie. I to dało mi więcej niż jeden długi rytuał raz na miesiąc gdzie połowę czasu spędzam na walce z własnymi myślami.
Ja bym tu dodała jedną runę. Dagaz jest świetna przy ADHD bo jej energia jest właśnie o przejściu progowym, o tej chwili kiedy coś się zmienia. Wizualizacja Dagaz na początku rytuału może działać jak anchor dla umysłu.
O matko, to jest dokładnie mój problem. Zaczęłam pewien rytuał z oczyszczeniem przestrzeni i nie skończyłam bo przyszedł telefon i potem przez kilka dni nie mogłam się przemóc żeby wrócić, bo czułam że już jest nieważny albo zniszczony. Czy to w ogóle ma sens co czuję? Że przerwany rytuał jest jakby nieskuteczny?
A skoro jesteśmy przy tej otwartości to mam pytanie do bardziej doświadczonych. Czy da sie zbudować rytuał w taki sposób że on sam ma wbudowany mechanizm powrotu? Coś jak punkt kontrolny w grze. Żeby móc wejść na nowo bez poczucia że się zaczyna od zera?
Chyba nigdy tak o tym nie myślałam. U mnie rytuały są dość spontaniczne i teraz zastanawiam się czy to nie jest właśnie powód, że rzadko kończę z tym samym poczuciem co zaczęłam. Nie mam żadnego punktu powrotu, żadnego fizycznego markera. Każdy raz jest jak od nowa.
A jak wieczór to już coś. Pora dnia jako marker jest lepsza niż nic. Ja też zaczęłam od pory i to już dało jakiś rytm, zanim w ogóle pomyślałam o fizycznych elementach. Pytanie tylko czy nie jest tak, że wieczór bywa różny, raz masz energię, raz jesteś padnięta i wtedy i tak pomijasz?
To jest klasyczna pułapka z perfekcjonizmem wokół regularności. Rytuał staje się ciężarem kiedy zamiast go robić zaczynam się zastanawiać czy robię go wystarczająco dobrze albo wystarczająco często. Zastanawiam się czy to jest problem szczególnie silny u osób z rozpraszającym się umysłem, bo tam ta lista niedokończonych rzeczy w głowie jest i tak długa.
Niekoniecznie. Traktowanie czegoś jako uczestnika może być prostsze niż skupienie się na abstrakcji. Jak masz kamień w ręku i mówisz do niego, nawet w myślach, to twój umysł ma konkretny adres dla uwagi. To nie jest skupienie przez wolę, to jest skupienie przez relację.
O, to jest coś na co nigdy nie wpadłam a ma sens. Że przygotowanie to nie część rytuału tylko coś przed nim, coś zautomatyzowanego. Muszę to przemyśleć, bo u mnie te dwa etapy są wymieszane i faktycznie często tracę energię zanim dojdę do clou.
Dobra ale ile tego przygotowania można robić? Jak mam robić rytuał raz w tygodniu to nie będę spędzać godziny na układaniu przestrzeni za każdym razem.
I właściwie to jest trochę jak z gotowaniem. Jak robisz coś po raz piętnasty to już nie myślisz gdzie co leży, ręce same sięgają. Ten automatyzm jest tu celowy, żeby móc skierować uwagę na to co ważne.
No dobra, automatyzm to automatyzm, ale jak długo to trwa zanim coś zaczyna działać samo? Bo mówicie że kilka razy i już, ale ja próbowałem różnych rzeczy i za każdym razem wychodzi inaczej.
To jest właśnie sedno, że nie chodzi o liczbę powtórzeń tylko o to czy powtarzasz tę samą sekwencję. Jak za każdym razem robisz coś innego, nawet nieznacznie, to mózg nie ma wzorca do nauczenia. I nie mówię tego jako regułkę, sama przez to przechodziłam.
Sztywny to złe słowo. Raczej chodzi o rdzeń, który zostaje stały, a reszta może być elastyczna. Weź za przykład jakikolwiek rytuał cykliczny w tradycji ludowej, nie wszystkie szczegóły były niezmienne, ale pewne gesty, pewne słowa, pewien kierunek, to nie ruszało. Wokół tego rdzenia było miejsce na warianty.
Po odczuciu głównie, ale sprawdzam też czy bez danego elementu wchodzę wolniej w skupienie czy wcale. Jeśli wolniej to może być pomocne, ale nie kluczowe. Jak wcale albo zupełnie inaczej to znak że to kość. Trochę jak diagnoza przez odjęcie.
A czy to nie jest tak że to się zmienia z czasem? Że coś co kiedyś było ważne przestaje być, albo odwrotnie, jakiś drobny gest nagle staje się centralny? Bo u mnie tak było ze świecą, zaczynałam jako dekoracja a teraz jak jej nie ma to coś jest nie tak.
O, nie myślałem o tym jako o dwóch modelach. Jak wyglądałby ten drugi, że rytuał podąża za stanem? Bo intuicyjnie czuję że to bardziej mi pasuje ale nie wiem jak to zbudować żeby nie było totalnego chaosu.
Notatki po rytuałach, to jest cos o czym słyszę tu kolejny raz i serio się zastanawiam dlaczego tego jeszcze nie robię. Ale Emi jak to wygląda u ciebie praktycznie, to jest jakiś dziennik, aplikacja, kartka?
To jest ciekawy punkt, że ładny dziennik może być pułapką. Sam wpadłem w to z kartami, kupiłem specjalny notes i potem nie chciałem go niszczyć nieporządnymi wpisami. Skończyło się na tym że go nie używałem w ogóle.
Dawne praktyki zresztą nigdy nie zakładały estetycznego dokumentowania. Wiedza przechodziła ustnie albo w formie skrótów które rozumiał tylko ten kto je tworzył. Może to nie przypadek że te systemy były trwałe, nie wymagały idealnej formy.
Dokończyłam myśl, bo faktycznie urwało. Chodziło o to że osoba trzymająca przestrzeń siedzi świadomie, oddycha głębiej, skupia uwagę na pomieszczeniu a nie na sobie. Nie zamiera, po prostu nie inicjuje żadnych ruchów dopóki prowadzący nie skończy. Czy da się to robić bez ustalenia - nie wiem. U mnie zawsze było wcześniej powiedziane wprost kto co robi, nawet jeśli to zajęło minutę.
Przy ADHD dochodzi do tego jeszcze jeden element - kiedy robisz rytuał z kimś, to ta druga osoba może mimowolnie pełnić funkcję zewnętrznej kotwicy. Dosłownie jej obecność i spokój mogą utrzymywać twoją uwagę dłużej niż byś to zrobił sam. Ale to działa tylko jeśli ta osoba rzeczywiście jest spokojna i skupiona. Jeśli ona też błądzi myślami, to zamiast kotwicy masz dwa dryfujące statki.
Słyszę w tej rozmowie założenie że wspólny rytuał musi być zsynchronizowany w czasie. Ale w praktykach które znam, część rytuałów zakłada że każda osoba przechodzi przez swój własny fragment, a połączenie jest przez intencję i przestrzeń, nie przez to że robią to samo w tej samej sekundzie. Może warto zapytać co właściwie chcecie zrobić razem - czy sam rytuał, czy raczej wspólną przestrzeń do robienia go.
U mnie takie rozmowy przed rytualem zaczęły wyglądać naturalnie dopiero jak przestałam je traktować jako briefing a bardziej jako wspólne ustalanie klimatu. Nie pytam czy ty chcesz prowadzić czy trzymać przestrzeń, tylko mówię jak sobie wyobrażam ten czas i pytam jak oni to widzą. To wychodzi mniej sztucznie.
