Dokładnie to mam na myśli. Żałoba to nie jest stan, z którego się wychodzi - to jest stan, który się przechodzi. Rytuał nie ma cię z niego wyrwać, ma towarzyszyć. Jeśli po zakopaniu listu, po zapaleniu świecy, po cokolwiek co zrobiłeś, płaczesz jeszcze przez tydzień - to jest normalne i nie oznacza, że coś zrobiłeś źle.
Może sens jest właśnie w tym, że działasz, zamiast siedzieć i czekać aż minie? Dla mnie zawsze najgorsze w żałobie było to bezradne uczucie - że nic nie możesz zrobić. Rytuał dawał mi poczucie, że jednak coś robię. Nawet jeśli to 'coś' było tylko zapaleniem świecy i siedzeniem przy niej przez godzinę.
To jest ciekawe, bo w niektórych tradycjach to właśnie sztywna forma rytuału jest tym, co pozwala nie myśleć. Masz gotowy schemat, wykonujesz kolejne kroki i paradoksalnie dzięki temu możesz skupić się na treści, nie na formie. W żydowskim sziwach na przykład jest bardzo dużo ściśle określonych czynności - co jeść, jak siedzieć, kto przychodzi - i to nie jest przypadkowe. Ta zewnętrzna struktura odciąża żałobnika od podejmowania decyzji.
Znam tę książkę i rzeczywiście jest wyjątkowa - Wieseltier przez rok codziennie odmawia kaddisz i jednocześnie próbuje zrozumieć po co to robi, skąd pochodzi ten rytuał, co go trzyma. To jest właśnie ten moment, kiedy ktoś pyta o żałobę od środka, nie jako obserwator. I co ciekawe, on sam pisze, że forma - ta zewnętrzna, codzienna powtarzalność - dawała mu jakiś rytm, kiedy wszystko inne się rozsypało.
Ta powtarzalność mnie zastanawia. Kaddisz odmawia się codziennie przez rok - to jest bardzo długo. Czy takie rozciągnięcie w czasie nie sprawia, że rytuał traci znaczenie? Bo sobie wyobrażam, że po trzech miesiącach to mogłoby być już tylko mechaniczne.
Nigdy tak o tym nie myślałem, że powtarzalność może być czymś wartościowym a nie mechanicznym pustosłowiem. Trochę jak z medytacją - siadasz codziennie, czasem coś się dzieje, czasem nic, ale ogólny efekt jest z tej regularności a nie z pojedynczego razu.
No tak, ale kaddisz to jest jednak coś bardzo osadzonego w konkretnej religii i wspólnocie. Odmawiasz go w minjanie, czyli potrzebujesz minimum dziesięciu dorosłych osób. To nie jest coś, co możesz zrobić sam w domu. Jak ktoś nie ma tej wspólnoty, to co?
To jest pytanie, które wraca w tym wątku w różnych postaciach - co robisz, kiedy nie masz gotowej tradycji albo wspólnoty. I chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo widzę, że każdy z nas jakoś to sobie układa. Dzikitaurus zakopał list pod drzewem. Kinia05 siedziała przy świecy. Ktoś inny robi coś zupełnie innego. Pytanie czy to jest problem - brak wspólnoty - czy może inaczej: co robi miejsce wspólnoty, gdy jej nie ma?
Może czasem taką wspólnotę tworzy się na chwilę? Mam na myśli na przykład właśnie pogrzeb - to jest moment, kiedy zbierają się ludzie, którzy na co dzień nie są razem, i przez jakiś czas są tą wspólnotą. Ale potem każdy wraca do swojego życia i żałoba staje się bardzo prywatna. I może właśnie to jest najtrudniejsze - że ta wspólnotowa część trwa może tydzień, a cała reszta zostaje sama.
Ja sie tu czytam od jakiegos czasu i mam pytanie troche z innej strony - czy te rytuały żałobne zawsze muszą być związane z konkretną osobą? Bo ja stracilęm ostatnio psa i to nie jest to samo co śmierć człowieka, ale też byłem w jakimś stanie przez dobre kilka tygodni. Czy takie rytualy mają sens tez dla żałoby po zwierzęciu?
No i właśnie, Jasiek ma rację - chodzi o więź. Tylko zastanawiam sie jak w ogóle zrobić coś takiego dla zwierzęcia, bo jednak kultura nie daje nam gotowych schematów. Ludziom jest łatwiej bo jest pogrzeb, jest cmentarz, jest jakis rytuał. A tu zostaje pusta miska i nie wiadomo co z tym zrobić.
Chociaż ja mam trochę opór przed tym słowem 'spontaniczny', bo skoro wszędzie na świecie ludzie robią to samo, to może to nie jest takie spontaniczne, tylko wrodzone? Albo przynajmniej zakodowane kulturowo na jakimś głębszym poziomie niż myślimy.
To jest ciekawe rozróżnienie - spontaniczne kontra głęboko zakodowane. Ale czy to w ogóle zmienia coś w praktyce? Jeśli instynkt każe ci postawić zdjęcie i kamień, to nie zastanawiasz się skąd ten instynkt pochodzi, po prostu to robisz.
Zostając przy tym wątku ze zwierzętami - w tradycji shinto w Japonii istnieją specjalne rytuały za duchy zwierząt, kuyo, i są odprawiane m.in. dla zwierząt domowych, a nawet dla lalek czy igieł krawieckich. Idea jest taka, że wszystko, co służyło nam i wypełniło swoją rolę, zasługuje na właściwe pożegnanie. Nie ma tam hierarchii ważności między śmiercią człowieka a zwierzęcia czy przedmiotu.
Nigdy nie słyszałam o tym z tymi igłami. To znaczy że rytuał nie jest tylko dla żywych istot? Nie wiem jak to przyjąć, bo z jednej strony rozumiem to emocjonalnie, a z drugiej brzmi bardzo inaczej niż wszystko co znam.
To właśnie mnie uderza w tej całej rozmowie - że bez względu na tradycję ten cel jest podobny. Domknięcie. Nie wiem czy to słowo jest dobre, ale wiesz, o co chodzi. Że po rytualne jest się po czymś, a nie w środku.
A to nie jest trochę smutne, że taki ważny moment jest tak bardzo zorganizowany wokół innych? Rozumiem że pogrzeb jest też dla wspólnoty, ale czy nie powinno być też miejsca na coś tylko dla siebie?
No to chyba wychodzi że właśnie dlatego te prywatne rytuały, o których tu wszyscy piszecie, mają tak duże znaczenie. Bo uzupełniają to czego w publicznej ceremonii nie ma. Niekoniecznie zamiast, ale obok.
Dokładnie i myślę, że to jest najważniejsza rzecz, która wyłania się z tej rozmowy - że nie ma jednego rytuału który wystarczy. Są warstwy. Publiczna ceremonia, wspólna, z otoczeniem. I prywatna, rozłożona w czasie, własna. I każda robi coś innego, żadna nie zastępuje drugiej.
