Zastanawiam się nad czymś od jakiegoś czasu i chciałam to tu rzucić, bo może ktoś miał podobne przemyślenia. Chodzi o ten moment, kiedy coś, co zaczęłaś robić z pełną intencją, zaczyna być robione... z przyzwyczajenia. Mam poranny rytuał z kadzidłem i świecą, który praktykuję od lat. Problem w tym, że ostatnio łapię się na tym, że zanim zapalę kadzidło, już myślę o tym, co ugotować na obiad. Ręce robią swoje, a głowa jest zupełnie gdzie indziej. I pytanie, które mnie gryzie: czy to jeszcze rytuał, czy już tylko nawyk? Bo wydaje mi się, że gdzieś po drodze zgubiłam tę granicę.
To jest bardzo konkretne pytanie i myślę, że dużo osób go unika, bo odpowiedź jest trochę niewygodna. Nawyk i rytuał różnią się właśnie tym jednym elementem, intencją w momencie wykonywania. Jak ją gubisz, to technicznie masz do czynienia z automatyzmem. Ale z drugiej strony są tradycje, np. w niektórych nurtach buddyjskich, gdzie zakłada się, że właśnie powtarzalność bez mentalnego wysiłku jest celem, bo ciało "zapamiętuje" i robi za ciebie robotę. Nie wiem, czy to jest wyjście z sytuacji, czy tylko usprawiedliwienie rozproszenia.
A może problem jest zupełnie gdzie indziej? Nie w rytuale, tylko w tym, co jest wokół niego. Rytuał to nie jest osobna bańka, on wchodzi w interakcję z całą resztą twojego życia. Jak jesteś wyczerpana, rozkojarzona, przeładowana bodźcami, to żaden rytuał nie zadziała tak jak powinien, bo nie ma z czego ciągnąć. To trochę jak próba zapalenia ogniska z mokrego drewna.
Mam pytanie, może naiwne, ale, a co jeśli po prostu ten rytuał się przeżył? Nie każda praktyka musi trwać wiecznie, prawda? Może trzeba go wymienić na coś innego albo całkiem odpuścić na jakiś czas?
A można zapytać, jak wy w ogóle oceniacie, że rytuał "działa"? Bo wydaje mi się, że to jest kluczowe dla całej tej rozmowy. Simma mówi, że nic nie czuje. Ale co miała czuć wcześniej, żeby stwierdzić, że wtedy działało? Pytam serio, bo sama mam z tym problem.
To jest właściwie najtrudniejsze pytanie w całej tej rozmowie. Większość osób mierzy skuteczność rytuału albo przez efekty zewnętrzne, albo przez wewnętrzne odczucie. Ale oba te mierniki są zawodne. Efekty zewnętrzne mogą przyjść z opóźnieniem albo wyglądać inaczej niż się spodziewałeś. A odczucie może być wynikiem zmęczenia, nie braku skuteczności. Mam wrażenie, że to pytanie "czy działa" jest często zadawane za wcześnie.
Przeczytałam całą rozmowę i się zastanawiam, bo ja jestem na początku swojej drogi z rytuałami. Czy to znaczy, że jak zaczynam budować jakąś praktykę, to powinienam od razu się zastanawiać, co zrobię jak przestanie mi "smakować"? To brzmi jak planowanie końca zanim cokolwiek się zaczęło.
A ja mam inne pytanie, może trochę z boku. Te poranne rytuały, zapalanie świecy, kadzidło, różne rzeczy, czy to w ogóle musi mieć jakiś "sens" z zewnątrz? Moja mama codziennie rano robi herbatę w dokładnie taki sam sposób, ta sama kolejność, ta sama filiżanka. Nigdy by nie powiedziała, że to rytuał. Ale dla niej to jest coś ważnego, widzę to. Gdzie jest granica między zwykłą rutyną a rytuałem, który komuś z zewnątrz można by tak nazwać?
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się nad czymś innym. Mówicie dużo o rytuale jako czymś, co "działa" albo nie. Ale czy rytuał musi działać w jakimś konkretnym kierunku? Może jego rola jest czysto porządkująca, strukturuje czas, wyznacza ramy dnia. I wtedy pytanie o to, czy "czujesz" coś przy zapalaniu świecy jest może pytaniem o co innego niż o sam rytuał.
Ja wejdę z trochę innej strony. Miałam okres, kiedy wykonywałam kilka praktyk regularnie, z pełnym skupieniem, wszystko jak trzeba. I to był czas paradoksalnie bardzo trudny w moim życiu, dużo stresu, wszystko się sypało. Rytuały dawały mi jakiś punkt stały, ale nie czułam żadnego efektu poza tym. Minęło kilka miesięcy i zaczęłam je robić dużo mniej uważnie, bardziej z przyzwyczajenia. A rzeczy zaczęły się układać. Nie mówię, że jedno z drugim nie ma związku, ale może to, co czujemy przy rytualne, to zły miernik skuteczności.
Słucham tej rozmowy i widzę, że zeszliśmy na teren, gdzie każda odpowiedź rodzi kolejne pytanie. Co nie jest złe, ale ja wciąż mam ten sam problem co na początku. Rytuał, który wcześniej czułam, teraz nie czuję. I nie wiem, czy to jest informacja o rytuale, czy o mnie.
A czy próbowałaś go kiedyś rozebrać na czynniki? Tzn. nie modyfikować, tylko zobaczyć co tak naprawdę w nim jest. Jaki jest jego szkielet, jakie są elementy, które pierwotnie miały sens. Bo czasem przy długich praktykach forma obrasta nawykiem i człowiek już nie pamięta, dlaczego akurat w tej kolejności, akurat te rzeczy.
To co mówisz o utracie dostępu do własnej intencji to brzmi bardzo znajomo. Miałam coś podobnego z jedną praktyką, gdzie wiedziałam mechanicznie co robię, ale to było jak czytanie notatek z innego okresu życia. Jakbym wykonywała instrukcję kogoś, kto kiedyś był mną.
Czytam to i zastanawiam się nad jednym. Wy mówicie o rytuale jako o czymś, co można modyfikować, zostawiać, wracać do niego. Ale czy to nie zmienia jego natury? Tzn. czy coś, co jest płynne i się zmienia, to dalej jest rytuał, czy już coś innego?
To jest naprawdę stare napięcie w religioznawstwie. Frits Staal, holenderski językoznawca, napisał kiedyś kontrowersyjny artykuł, że rytuały są bezsensowne, tzn. że ich siła pochodzi właśnie z tego, że forma jest sztywna i nie niesie treści. Brzmi dziwnie, ale chodziło mu o to, że znaczenie jest w powtórzeniu, nie w rozumieniu. Co Simma odczuwa jako problem, Staal uważałby za właściwość.
I właśnie tu jest sedno problemu Simmy, moim zdaniem. Jeśli jej rytuał należy do tych, gdzie intencja jest rdzeniem, to utrata dostępu do intencji jest poważną sprawą. Ale jeśli form jest ważniejsza, to może po prostu ma robić dalej i nie szukać odczuć.
Problem w tym, że nie wiem, do którego typu należy mój rytuał. Albo raczej, czułam to kiedyś intuicyjnie, a teraz nie czuję nic. I nie wiem, czy mam ufać temu dawnemu poczuciu, że intencja była kluczowa, czy może to tylko moje wyobrażenie o tym, jak to działało.
To jest może najtrudniejsza rzecz w tym co opisujesz. Nie tylko nie wiesz, czy rytuał działa, ale nie wiesz też, jak go dobrze czytać. To jest podwójna niepewność.
I może to jest właśnie ta "sucha faza", o której wspominałem wcześniej. Nie chodzi o to, że coś jest zepsute, tylko że jesteś w miejscu, gdzie stare mapy nie działają i jeszcze nie masz nowych. To jest nieprzyjemne, ale niekoniecznie złe.
To jest właśnie to pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Bo ja zaczęłam od nowa i po kilku miesiącach to nowe podejście też się trochę wypłowiło. I zaczęłam się zastanawiać, czy problem leży w praktykach, czy we mnie. Czy jest jakiś punkt, w którym trzeba po prostu zaakceptować, że nie wszystko będzie zawsze żywe?
Mam wrażenie, że wy obie mówicie o dwóch różnych rzeczach i trochę to miesza. Jedna sprawa to naturalne cykle w praktyce, druga to moment, kiedy forma przeżyła swoją treść. To nie jest to samo. W pierwszym przypadku wracasz do tego samego miejsca. W drugim wracasz do miejsca, którego już nie ma.
I tu jest pułapka, bo każdy kryzys w praktyce można sobie wytłumaczyć jako "głębszy etap" albo "próbę". To jest narracja, która zamyka każdą krytyczną refleksję. Więc albo wszystko jest zawsze sensowne, bo "to część ścieżki", albo mamy jakiś inny kryterium, żeby to oceniać.
Problem z nauczycielem jest taki, że trzeba mu zaufać, a to jest znowu kolejna warstwa. Ja przez długi czas pracowałam z kimś, kto mi powtarzał, że moje wątpliwości są właśnie tym "głębszym etapem". W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest wygodna odpowiedź na każde pytanie.
O, to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost. Że czasem środowisko, w którym praktykujemy, ma interes w tym, żebyśmy nie odchodzili. Nie musi to być złośliwe, po prostu każda wspólnota ma tendencję do zatrzymywania członków.
Czyli wychodzi na to, że i z grupą jest problem, i bez grupy jest problem. To co, nie ma dobrego rozwiązania?
Wracając do Simmy, bo trochę zeszliśmy na bok. Ona mówiła o rytuale, który wykonuje z przymusu, i o tym, że dawne poczucie zniknęło. I mam wrażenie, że przez ostatnie posty kręcimy się wokół diagnozy, ale nie dotykamy tego, co ona może z tym zrobić. Nie w sensie gotowej odpowiedzi, ale w sensie: jakie ma opcje?
Czy te opcje muszą się wykluczać? Bo zostawienie na jakiś czas i rozkładanie na czynniki to nie jest to samo co porzucenie. Można zawiesić wykonywanie i jednocześnie w tym czasie przyglądać się temu, czym ten rytuał dla ciebie był, skąd przyszedł, co w nim było twoje, a co przejęte.
