I to mnie zastanawia - czy ta kolejność jest ważna. Że najpierw coś się robi, a dopiero potem pojawia się znaczenie. Nie tłumaczysz dziecku co to znaczy, tylko pozwalasz żeby samo doświadczyło i wybudowało sobie sens. Tak jak moja siostrzenica z tymi rysunkami - nikt jej nie mówił dlaczego, ona po prostu zaczęła i teraz wie, po swojemu.
Mam pytanie które chyba jest trochę z boku, ale mnie nurtuje - czy wy rozróżniacie, kiedy angażujecie dziecko, między rytuałem dla dziecka a rytuałem razem z dzieckiem? Bo to chyba nie jest to samo. Jedno robimy żeby dziecko czegoś doświadczyło, drugie po prostu robimy swoje i ono przy tym jest.
To jest bardzo dobre rozróżnienie i myślę że dla tematu tytułowego kluczowe. Rytuał "dla dziecka" łatwo staje się performansem - robimy coś bo chcemy żeby dziecko to zapamiętało, żeby coś wyniosło. A rytuał "z dzieckiem" przy - dziecko po prostu uczestniczy w czymś co i tak by się wydarzyło. Ta różnica w intencji jest dziecku widoczna, nawet jeśli nie potrafi jej nazwać.
Jest takie pojęcie w kontekście wychowania - "scaffolding", które Wygotski opisywał - chodzi o rusztowanie które dorosły stawia, żeby dziecko mogło coś zbudować samo, a potem to rusztowanie znika. Myślę że dobry rytuał z dziećmi działa podobnie. Dorosły tworzy strukturę, dziecko wchodzi w nią na swoich warunkach, a z czasem albo struktury już nie potrzebuje, albo buduje własną.
A co z dziećmi które nie przeżyły bezpośrednio straty - jak moja siostrzenica, która nie znała pradziadka? Ona zostawia rysunki komuś kogo nie pamięta. Czy to nie jest trochę odgrywanie czegoś bez prawdziwego odniesienia?
To ciekawe bo w sumie większość rytuałów religijnych dotyczy właśnie czegoś czego nikt z uczestników nie przeżył. Msza, seder paschalny, buddyjskie ceremonie - wszyscy odtwarzają coś co jest poza ich własną pamięcią. I jakoś to działa.
Myślę że to kwestia języka którym się o tym mówi. "Tak robimy" to gdzie indziej niż "u nas to jest" albo "ja to robię". Jedno jest regułą, drugie jest opisem. Dziecko które słyszy "ja zapalm świecę bo lubię to robić" ma zupełnie inną informację niż dziecko które słyszy "my zapalamy świecę bo tak się robi". Pierwsze może dołączyć albo nie. Drugie czuje że jeśli nie dołączy, to coś naruszyło.
Jest w tym coś co mnie zastanawia - skąd w ogóle pochodzi ta intuicja, że dzieci "wyczuwają" intencje? Bo to jest stwierdzenie które bardzo często pojawia się w rozmowach o wychowaniu i rytuałach, ale rzadko ktoś to drąży. Czy to jest obserwacja empiryczna, czy raczej trochę magiczne myślenie o dzieciach jako bardziej przenikliwych?
A jak ktoś z was w ogóle radzi sobie z tym, że dzieci czasem przerywają ten moment? Bo mam wrażenie, że w teorii brzmi to pięknie - spokojne siedzenie, świeca, cisza - a w praktyce pojawia się pięciolatek z pytaniem o dinozaury i wszystko się sypie.
To jest coś, co pojawia się w antropologii rytuału dość często - pytanie o to ile elastyczności rytuał zniesie zanim przestanie być rytuałem. Van Gennep pisał o fazach przejścia, Rappaport o niezmienności liturgicznej jako warunku sakralności. Ale to dotyczyło rytuałów wspólnotowych. W przestrzeni domowej te reguły chyba nie działają tak samo - dom jest inną przestrzenią niż świątynia.
To wymaga dużo spokoju żeby tak po prostu powiedzieć okej i odpuścić. Szczególnie jeśli ten rytuał jest dla rodzica czymś ważnym - żałobą, pamięcią. Czy nie było trudno?
I to chyba jest jedyna uczciwa odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku - że nie ma gwarancji, tylko intencja i uważność. Trochę to niepokojące, ale chyba bliższe prawdy niż jakikolwiek przepis.
