Mam ostatnio dziwne poczucie, że praktyka, którą prowadzę od kilku lat, przestała mi służyć. Nie w sensie, że coś poszło nie tak - po prostu czuję, że to już nie moje. Zastanawiam się, jak inni podchodzą do momentu, gdy rytuał, który kiedyś miał sens, zaczyna być tylko nawykiem. Czy w ogóle da się to rozpoznać zanim stanie się czystą mechaniczną rutyną? I czy porzucenie czegoś, co było ważne przez lata, nie zostawia po sobie jakiejś dziury?
To nie jest takie proste rozróżnienie, jak się wydaje. Nawyk i rytuał mogą wyglądać identycznie od zewnątrz, a różnica jest gdzieś wewnątrz - i nie zawsze wiesz kiedy dokładnie to przeszło jedno w drugie. U mnie był taki moment z pracą z ogniem. Przez lata miałem konkretną formę, konkretne gesty, konkretną intencję. W pewnym momencie zauważyłem, że siadam do tego i myślę o zupełnie innych rzeczach. Jakby ciało wykonywało wszystko samo. I nie wiem czy to zły znak, czy może taki poziom, na którym forma schodzi na dalszy plan.
A skąd wiadomo że rytuał "był inicjowany w jakiejś linii"? Znaczy - jak ktoś robi coś samodzielnie, bez żadnej tradycji za sobą, to te reguły też obowiązują? Pytam szczerze, bo nigdy nie myślałem o tym, że porzucenie praktyki może być w ogóle problemem. Myślałem, że po prostu się przestaje i tyle.
Hej, trochę z innej beczki ale jak czytam tę rozmowę to się zastanawiam - czy przygotowanie posiłku może być rytuałem? Bo widziałam gdzieś coś o japońskiej kuchni, że gotowanie ma tam taką warstwe intencji i uwagi, że różni się od zwykłego gotowania. I czy jak ktoś tak do tego podchodzi i nagle przestaje, to tez jest to porzucenie rytuału w tym sensie o którym wy mówicie?
Ichigo ichie to ciekawe nawiązanie, ale powiedziałbym że to coś innego niż rytuał. Rytuał ma strukturę - powtarzalność, sekwencję, cel. Pełna obecność przy gotowaniu to bardziej praktyka uważności niż rytuał w ścisłym sensie. Choć granica jest płynna - są tradycje, gdzie przygotowanie jedzenia jest dosłownie rytuałem, z określonymi gestami, modlitwami, kierunkiem, w którym mieszasz. W tradycji wedyjskiej przygotowanie pokarmu to yajna - forma ofiary. Intencja jest wbudowana w każdy ruch.
Czytam to wszystko i aż mi się włosy na rękach podnoszą (w dobrym sensie). Nie wiedziałam, że gotowanie może mieć aż taką głębię w różnych kulturach. A jeśli ktoś nigdy tak nie gotował i chciałby zacząć - od czego w ogóle się zaczyna budowanie takiej intencji przy zwykłych, codziennych czynnościach?
I to jest właśnie to, czego większość ludzi nie robi, bo myśli że jak przestanie, to samo się urwie. A nie urwie się samo, przynajmniej nie czysto. Miałam sytuację gdzie pracowałam z przestrzenią po kimś, kto przez lata odmawiał w tym miejscu konkretne formuły i po prostu w pewnym momencie wyjechał. Kilka lat później ta przestrzeń była dziwna. Nie straszna, ale jakby zapomniana w połowie zdania.
Przepraszam że wchodzę z inną perspektywą, ale czy to dotyczy też drobnych rzeczy? Bo ja mam taką codzienną medytację z konkretną wizualizacją i zastanawiam się - jak bym chciała kiedyś to zmienić albo skończyć, to też potrzebne jest jakieś zamknięcie? Czy to bardziej do rytuałów złożonych?
To jest dokładnie to zdanie, które mnie siedzi w głowie od początku tej rozmowy. Wyjście ze środka zdania. Moje praktyki są na tyle zakorzenione w różnych momentach życia, że nie wiem nawet gdzie jest "środek", a gdzie był "początek". Część rzeczy zaczęłem organicznie, bez żadnego formalnego otwarcia. I zastanawiam się, czy to zmienia coś przy zamknięciu.
Słuchajcie, mam takie wrażenie że rozmawiamy o zamknięciu rytuału tak, jakby to był koniec rozdziału w książce. Ale czy nie jest tak, że zamknięcie jednego rytuału to często jednocześnie otwarcie przestrzeni na coś innego? Albo przynajmniej gotowość na coś innego? Bo jak odkładałam tamte karty, to nie było uczucia straty - był rodzaj oddechu.
A jak w ogóle odróżnic że coś jest "czyste" po zamknięciu? Bo to brzmi trochę subiektywnie, każdy może sobie wmówić że jest ok albo ze nie jest. Czy jest coś konkretnego na co można patrzeć?
To mam konkretne pytanie bo mnie to dotyczy - mam jedną praktykę którą po prostu przestałem robić, bez żadnego zamknięcia, bo życie. Minęło już sporo czasu. Czy jest jakiś punkt, po którym to jest "za późno" na zamknięcie? Czy można to zrobić nawet po długiej przerwie?
Bardzo dziękuję za to wszystko, naprawdę, uczę się tutaj więcej niż z wielu książek. Chciałam zapytać - bo wcześniej było o tym, że rytuał może "zszarzeć", tracić kolor - czy to znaczy, że zawsze trzeba go kończyć? Bo może da się go jakoś odświeżyć zamiast kończyć całkowicie?
To jest akurat pytanie, które sam sobie zadaję. I myślę że odpowiedź zależy od tego, skąd pochodzi szarość. Bo są dwa różne scenariusze: albo rytuał się "zużył" bo twoja energia poszła gdzie indziej i on po prostu przestał być potrzebny - i wtedy odświeżanie jest trochę jak sztuka sztucznego oddychania. Albo jest zewnętrzna przyczyna - zmęczenie, trudny czas w życiu, przerwa - i wtedy tak, można wrócić. Problem w tym, że ciężko odróżnić jedno od drugiego z bliska.
To jest chyba najlepsza rama dla tego tematu. Nie "czy rytuał się zużył", tylko "czy ja nadal jestem tą samą osobą, która go zaczęła". Bo to daje też odpowiedź na to, czy zamknięcie jest właściwe - jeśli ta stara wersja siebie, dla której rytuał był żywy, już nie istnieje, to zamknięcie jest właściwie hołdem dla tamtego etapu, a nie porażką.
Dobrze powiedziane, choć dodałbym jedno: ta "stara wersja siebie" nie znika, ona się warstwuje. I rytuał, który był zbudowany przez poprzednią warstwę, nie musi być zamknięty dlatego że ta warstwa minęła. Może być zmodyfikowany - nie fundamentalnie, ale dostosowany. Ale to wymaga wiedzy o tym, co jest rdzeniem praktyki, a co jest formą. Rdzeń można zachować, formę zmienić.
Ja próbowałem to zrobić przez pytanie: co by się zmieniło, gdybym zabrał ten konkretny element. Jeśli odpowiedź brzmi "nic istotnego", to forma. Jeśli bez tego elementu praktyka przestaje być sobą, to rdzeń. Ale to jest naprawdę trudne, zwłaszcza po latach, bo forma i rdzeń mogą być bardzo powiązane. U mnie jest kilka elementów, co do których naprawdę nie wiem, po której są stronie.
A wracając do mojej sytuacji, bo nie dopowiedziałem wcześniej - ta praktyka którą porzuciłem to nie było coś głębokiego. Przynajmniej tak myślę. Ale właśnie to mnie zastanawia, bo po przeczytaniu tej rozmowy zaczynam wątpić, czy naprawdę wiem co było głębokie a co nie. Może oceniałem to z zewnątrz, nie z odczucia.
To uczucie "nie skończyłam" jest chyba najlepszym wskaźnikiem że zamknięcie jest potrzebne. Lepszym niż jakiekolwiek zewnętrzne kryteria. Jeśli jest obecne - odpowiedź jest tak.
Nie było o tym bezpośrednio, dobry punkt. Ja to zawsze robiłem przez jakiś rodzaj odwrócenia - to znaczy wchodziłem w tę samą przestrzeń, w którą wchodziłem zwykle, i zamiast rozwijać, spokojnie domykałem. Czasem przez podziękowanie temu co było. Ale nie mam jednego schematu, bo każda praktyka była inna i wymagała innego wyjścia.
To jest dla mnie dużo prostsze do zrozumienia niż myślałam. Właściwie to nie musi być skomplikowany rytuał zamknięcia, wystarczy że jest intencja i świadomość. Dobrze rozumiem?
Ten obraz jest mocny. "Wyłączyłem światło, ale nadal tam siedzę." Chyba właśnie tak to mam. Powinienem chyba wyjść z tego pokoju, nie tylko wyłączyć przełącznik.
Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że to zamknięcie które opisujecie - ono brzmi podobnie do tego co w tradycji wedyjskiej nazywa się vairagya, czyli taki rodzaj naturalnego odpuszczenia bez wyrzeczenia. Nie chodzi o to, że się czegoś pozbywasz z wysiłkiem, ale że po prostu przestaje mieć smak. Czy ktoś tu podchodził do tego przez taką perspektywę?
A jak wy odróżniacie porzucenie od ucieczki? Bo mam wrażenie, że w moim przypadku mógłbym się okłamywać. Powiedzieć sobie "zamknąłem" a tak naprawdę po prostu przestałem patrzeć na coś, co jest nadal tam. Czy jest jakiś test na to?
To ma senss. Czyli jakbym chciała rzucić jakąś pratykę i czuję że wolę nie mysleć o tym po co ją zaczełam, to to jest właśnie ta ucieczka? Dobze to rozumiem?
Słucham całej tej rozmowy i naprawdę wiele mi wyjaśniła. Mam jedno pytanie - czy jeśli praktyka była bardzo krótka, kilka tygodni, to też wymaga takiego świadomego zamknięcia? Czy to bardziej dotyczy rzeczy, które się robiło latami?
Ten obraz blizny jest dla mnie bardzo konkretny. Blizna to jednak dowód, że coś się zagoiło. Ale żeby się zagoiło, musiało najpierw być otwarte. Więc może to pytanie z tytułu wątku - kiedy porzucić - jest trochę mylące, bo samo porzucenie to dopiero początek procesu, nie koniec?
