Zaczęłam ostatnio myśleć o czymś, co przez lata robiłam trochę na autopilocie - o tym, jak przebiega w moim domu cały ten rytm wokół śmierci bliskich. Mam wnuki, córkę, zięcia i zawsze przychodzi ten moment, kiedy ktoś odchodzi i trzeba jakoś przez to przejść razem. Ale też nie chcę, żeby dzieci czuły, że to jest coś, co MUSZĄ przejąć. Że jak babcia pali świeczkę i kładzie zdjęcie, to one za dwadzieścia lat też muszą palić świeczkę i kłaść zdjęcie. Skąd ta granica między przekazywaniem a narzucaniem? Bo u mnie w domu rodzinnym to było bardziej rozkazy niż tradycja.
To jest naprawdę trudne zagadnienie, bo dzieci wszystko naśladują zanim jeszcze ktokolwiek im cokolwiek wyjaśni. Mój syn miał chyba sześć lat kiedy sam zaczął zapalać świeczkę przy oknie w listopadzie, bo widział że to robię. Nigdy mu nie tłumaczyłem po co. I to mnie uderzyło - że on przejął gest, ale nie miał pojęcia co za nim stoi. Pytanie czy to dobrze, czy źle. Może właśnie o to chodzi - najpierw gest, potem rozumienie, a nie odwrotnie.
A co to jest ta liminalność dokładnie? Słyszałam to słowo kilka razy ale jakoś nie mogę go dobrze zrozumieć w kontekście żałoby.
To straszne że ta nauczycielka się niepokoiła zamiast zobaczyć w tym coś... sensownego. Dzieci naprawdę mają swój język przeżywania. Ale właśnie - jak w praktyce wprowadzać coś takiego dla dziecka? Że to jest przestrzeń do pożegnania, nie obowiązek na całe życie?
To jest bardzo celna uwaga. Bo ja właśnie mam problem z tym w swoim domu - że sama nie wiem kiedy zapraszam a kiedy oczekuję. Mam poczucie że jeśli wnuczka nie przyjdzie zapalić świeczki w dzień zaduszny, to coś się urwie między nami. I to jest moje oczekiwanie, nie jej potrzeba. Jak sobie to uświadomiłam, to się trochę przestraszyłam siebie.
Czytam tę rozmowę od początku i uderza mnie coś - my mówimy głównie o świeczkach, zdjęciach, kadzidłach. Ale pożegnanie to nie zawsze tak wygląda. Różne tradycje to zupełnie inaczej. Gdzieś czytałam o żałobie u rdzennych Amerykanów gdzie przez kilka dni wspólnota dosłownie śpiewała duszy drogi - nie było nic do "robienia", tylko wspólne bycie i śpiewanie. Dzieci były częścią tego naturalnie bo wszyscy byli.
To jest naprawdę trudne pytanie. Myślę że w ostrej fazie żałoby tego rozróżnienia nie da się robić w czasie rzeczywistym - to wychodzi dopiero po fakcie. Ale jest jedna rzecz którą można zrobić nawet w środku: powiedzieć dziecku wprost co robisz i dlaczego. "Zapalam tę świeczkę bo mi smutno i chcę przez chwilę o babci pomyśleć." Nie zaproszenie, nie polecenie - tylko opis własnego stanu.
A wracając do tej rozmowy o dzieciach i rytuałach - czy jest jakiś wiek kiedy już można dziecku powiedzieć wprost o śmierci? Bo moja siostra tej dziewczynce długo mówiła że babcia "poszła w podróż" i teraz nie wiem czy w ogóle ta mała wie co się stało naprawdę.
Nie wiem czy to jest takie proste w każdym przypadku. Cztery lata to jedno, ale starsze dziecko, które już rozumie więcej, może się z tą prawdą dużo trudniej zmierzyć. Albo dziecko które miało z tą osobą wyjątkowo bliską relację.
Zastanawiam się czy to że my tutaj rozmawiamy o rytuałach żałobnych to nie jest trochę zawężenie tematu. Tytuł wątku mówił o tym jak tłumaczyć dzieciom praktyki bez obowiązku - a żałoba to jeden typ sytuacji. Co z innymi rytuałami, tymi codziennymi, nie koniecznie związanymi ze śmiercią?
No dobra, to może ja zacznę ten inny wątek skoro i tak mówimy o codziennych rytuałach - mam w domu małego brata (mieszkam z rodzicami, brat ma 8 lat) i rodzice nic nie robią, zero jakichkolwiek praktyk. Ja sam mam swoje rzeczy, które robię rano, ale nie wiem czy i jak o tym rozmawiać z bratem. Nie chodzi mi o wtajemniczanie go w cokolwiek, bardziej o to że on czasem patrzy i pyta co robię.
To może zamiast tłumaczyć co to jest, powiedzieć mu co to dla ciebie robi? Że potem masz więcej spokoju albo lepiej ci się myśli. Dzieci rozumieją skutki lepiej niż definicje. I to jest też odpowiedź w pełni prawdziwa niezależnie od tego co o samym rytuale myślisz.
Dobra ale zaraz - to się robi rozmowa o psychologii dziecka a nie o rytuałach. Mam wrażenie że za każdym razem kiedy wchodzimy w temat dzieci to gdzieś tracimy tę ezoteryczną część. Co jeśli ktoś chce dziecku przekazać nie tylko spokój porannej rutyny ale coś głębszego - jakiś konkretny rytuał z tradycji?
To jest spór który ma długą historię w antropologii - Hobsbawm pisał o "wynajdywaniu tradycji" i argumentował że większość tego co uważamy za odwieczne rytuały to wynalazki z XIX wieku, celowo usztywnione żeby wyglądały na odwieczne. Więc może pytanie nie brzmi "czy to jest autentyczne" tylko "czy to działa dla ciebie i twoich bliskich".
To jest trochę za relatywistyczne jak dla mnie. Jeśli wszystko jest wynalazkiem to po co w ogóle odwoływać się do tradycji? Równie dobrze można wymyślić coś całkiem nowego.
A czym dla ciebie różni się rutyna od rytuału? Pytam poważnie, bo w etnografii ta granica jest płynna i zależy od intencji i kontekstu, nie od wieku praktyki. Ktoś kto parzy herbatę codziennie o tej samej porze z nastawieniem skupienia - to jest rutyna czy rytuał?
Nie wiem czy to jest takie zero-jedynkowe. Ja jako dziecko naśladowałam mamę przy pewnych czynnościach i dopiero po latach zrozumiałam że to miało jakiś sens. Ale czy w tamtym momencie to nie miało sensu? Miało - tylko inny, taki mój własny.
To jest coś o czym nie pomyślałam wcześniej - że milczenie mamy mogło być nieświadomym darem. Że nie narzuciła znaczenia. Ale jednocześnie rozumiem ten żal bo nie ma już jak się zapytać.
To jest coś co potwierdza bardzo dużo badań z zakresu grief literacy u dzieci - dzieci które mają jakiś rytuał wokół straty mają mniejszą tendencję do rozwinięcia długotrwałego lęku niż te które są od śmierci izolowane. Nie chodzi nawet o konkretną formę - chodzi o to że coś jest zrobione, że strata ma jakiś kształt w czasie i przestrzeni.
No dobra, ale to jest właśnie to pytanie które mnie męczy od jakiegoś czasu - gdzie jest ta granica. Bo jeśli zapalanie świecy za dziadka to gest kulturowy, a nie rytuał ezoteryczny, to co sprawia że coś "awansuje" do rangi rytuału? Intencja? Kontekst? To że ktoś to opisuje w kategoriach duchowych?
Zresztą ta granica jest sztucznie wykreślona przez to jak myślimy o ezoteryce jako o czymś odrębnym od "normalnego" życia. W tradycjach słowiańskich nie było takiego rozróżnienia - dziady, palenie ognisk, zostawianie jedzenia dla przodków - to było jednocześnie rytuałem, gestem społecznym i codziennością. Nikt nie pytał czy to "ezoteryczne czy nie".
A nie zastanawia was to, że my tutaj rozmawiamy o rytuałach żałobnych jakby to była osobna kategoria, a dla dzieci to może być po prostu jeden z wielu sposobów na pamiętanie o kimś? Moja siostrzenica rysuje obrazki dla babci i zostawia je na parapecie - nikt jej tego nie nauczył, sama wpadła na ten pomysł.
To jest chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy w ogóle - żeby nie odbierać dziecku jego własnej przestrzeni znaczeń tylko dlatego że nie pasuje do naszej. Szczególnie przy żałobie gdzie sami jesteśmy zagubieni.
Jest taki termin - continuing bonds theory - to podejście do żałoby które zakłada że zdrowe przeżywanie straty nie polega na "odcięciu" się od osoby która odeszła ale na redefiniowaniu tej relacji. I dzieci robią to intuicyjnie - przez rysunki, przez rozmowy z nieobecnymi, przez rytuały przy drzewach. Dorośli często to w nich "naprawiają" bo im się wydaje że to jest unikanie żałoby, a badania pokazują odwrotnie.
I tu wracamy do tematu wątku w zasadzie - bo jeśli rytuały żałobne są formą utrzymywania relacji, a nie "zamykania rozdziału", to jak to tłumaczyć dziecku bez narzucania mu że musi się pożegnać? Moja córka po śmierci kota robiła mu przez kilka tygodni "miseczkę z wodą" pod drzewem. Sama z siebie. I ja po prostu nie ruszałam tej miseczki.
Słuchajcie - ale to wszystko brzmi jakbyśmy mówili że najlepsza strategia z dziećmi to nie ingerować, być obecnym i nie korygować. A co jeśli ktoś chce świadomie budować z dzieckiem jakiś rytuał? Żeby to było wspólne, a nie tylko dziecko samo ze swoim przeżyciem?
I to jest chyba clou całego tematu - że rytuał może być wspólny bez bycia wzajemnie zobowiązującym. Można coś robić razem i każdy wnosi swoje, nie musząc nic robić dla drugiego. Wspólne bycie przy czymś to nie to samo co wspólna odpowiedzialność za czyjś stan.
