To co Glicynia opisuje to brzmi bardziej jak efekt medytacji niż rytuału sensu stricto. Regularna uważność też zmienia nawyki reakcji na stres. Skąd wiesz że to rytuał a nie sam fakt zatrzymania się rano?
Ja jak słucham tej rozmowy to mam wrażenie że wszyscy krążymy wokół jednego pytania i nikt nie chce go zadać wprost. Czy rytuał ma działać na coś na zewnątrz, czy na nas samych? Bo to są zupełnie różne oczekiwania i może dlatego część osób jest rozczarowana a część nie.
Dwa tygodnie to zdecydowanie za mało żeby cokolwiek oceniać, ale rozumiem że w kryzysie nie ma się cierpliwości na długie eksperymenty. To zresztą jest specyfika tego tematu - robimy rytuały właśnie wtedy kiedy jesteśmy pod presją i najmniej zdolni do regularności. Sama przez to przechodziłam i to jest naprawdę trudne.
Wracając do wątku o świadku - jest taka koncepcja w psychologii narracyjnej, Bruner o tym pisał, że tożsamość budujemy przez opowieści które mówimy sami sobie. Rytuał prywatny mógłby być właśnie takim aktem narracyjnym - nie potrzebujesz zewnętrznego świadka jeśli ty sam jesteś wystarczająco uważnym świadkiem własnej historii. Ale to wymaga pewnego stopnia samoświadomości.
Obserwuję tę dyskusję od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie które mi się kręci. Wszyscy mówią o rytuałach jako czymś co się robi samemu w domu. Ale czy są jakieś rytuały związane z kryzysem, które tradycyjnie były zbiorowe? Bo mam wrażenie że to co robimy teraz to bardziej jest improwizacja niż coś zakorzenionego.
Silaria to jest świetne pytanie i otwiera zupełnie nowy wątek. Owszem - w wielu tradycjach, na przykład w judaizmie jest tashlich, gdzie symbolicznie wyrzuca się grzechy i ciężary do wody w Rosz ha-Szana, co historycznie miało też kontekst ekonomiczny - nowy rok to był czas rachunków i długów. Podobnie w tradycji słowiańskiej palenie strachów i lalek miało nie tylko aspekt oczyszczenia ale też symbol zaczynania na nowo. Zbiorowy wymiar tych rytuałów jest inny właśnie dlatego że robi to wspólnota, nie jednostka.
Silaria to jest świetne pytanie i otwiera zupełnie nowy wątek. Owszem - w wielu tradycjach, na przykład w judaizmie jest tashlich, gdzie symbolicznie wyrzuca się grzechy i ciężary do wody w Rosz ha-Szana, co historycznie miało też kontekst ekonomiczny - nowy rok, nowy rachunek, dosłownie. Ale też w tradycji słowiańskiej topienie Marzanny to nie był tylko rytuał wiosenno-zimowy, to było zbiorowe przepracowanie tego co ciążyło przez zimę, a zima to był właśnie czas biedy i głodu. Więc ten kontekst kryzysu w rytuale zbiorowym jest głęboko zakorzeniony, tylko go nie nazywaliśmy 'finansowym'.
A właśnie że nie wiem czy to błąd. Bo skąd wiemy że odpuszczanie jest lepsze od przyciągania? To brzmi jak kolejna zasada którą ktoś gdzieś napisał i wszyscy powtarzają. Może dla jednej osoby potrzebna jest ta energia 'chcę więcej' a dla innej 'puść to'?
Wiesz Tobiasz, ale może o to chodzi że nie ma tu jednej odpowiedzi i to jest właśnie informacja? Że rytuał kryzysowy nie jest jak tabletka którą bierzesz i masz wynik po tygodniu. Mnie bardziej ciekawi ta kwestia zbiorowa którą Silaria otworzyła - bo jeśli kryzys gospodarczy jest zjawiskiem zbiorowym, to czy rytuał prywatny w ogóle go dotyka?
To pytanie Weronki mi coś odpala. Bo kiedy zaczynałam te moje poranne rytuały, miałam takie poczucie że robię coś tylko dla siebie, w bańce. I to było dobre, ale jednocześnie trochę... samolubne? Jakby ten kryzys był problemem tylko moim, a nie szerszym. Nie wiem czy to ma sens ale coś w tym jest.
a co byś zrobiła gdybyś miała robić taki rytuał z innymi? Masz jakiś pomysł jak to w ogóle miałoby wyglądać w praktyce, nie w teorii?
Te globalne medytacje to trochę wątpliwa sprawa bo nigdy nie wiadomo ile w tym faktycznej synchronizacji a ile poczucia wspólnoty które jest czysto społeczne. Ale właśnie - czy to ma znaczenie jeśli efekt jest ten sam? Chyba wracamy do tego co Klementynka pytała wcześniej, o to co ma działać.
Akwamaryna ma tu coś bardzo konkretnego. Jest badanie, chyba McPherson i Smith-Lovin, o homofili sieci społecznych - że w trudnych momentach ludzie zamykają się w coraz węższych kręgach i tracą dostęp do słabych więzi, a to właśnie słabe więzi przynoszą nowe możliwości i informacje. Rytuał zbiorowy mógłby być sposobem na odtworzenie tych połączeń. To nie jest ezoteryka, to jest socjologia, ale nie widzę powodu żeby tego nie zestawić.
Stellaria, ale uwaga bo McPherson pisał głównie o sieci w ujęciu strukturalnym, nie o efektach rytuału. Przekładanie tego na kontekst rytualny wymaga kilku założeń pośrednich których nie możemy po prostu pominąć. Możliwe że masz rację intuicyjnie, ale argumentacja naukowa tu nie domyka.
Wracam do pytania Weronki bo mi to nie dało spokoju - czy rytuał prywatny może dotykać zjawiska zbiorowego. Myślę że tak, ale nie przez jakiś bezpośredni wpływ na rynek czy gospodarkę, tylko przez to że zmienia jednego człowieka który potem działa inaczej w swoim otoczeniu. Jedna osoba która nie panikuje zaraża spokojem, pożycza sąsiadce mąkę zamiast chować zapasy. Może to jest ten mechanizm?
To co Glozka opisuje to trochę jak ten efekt który bywa nazywany 'ripple effect' w badaniach nad zdrowiem publicznym - jedna osoba zmienia nawyk i to jakoś przesuwa normy w jej otoczeniu. Nie bezpośrednio, nie od razu, ale przesuwa. Mam pytanie do całej grupy - czy w czasie kryzysu finansowego rytuał ma w ogóle sens jeśli człowiek jest w trybie czysto przetrwalnikowym? Tzn. kiedy nie ma czasu ani głowy na nic poza 'jak zapłacę rachunki'?
Ja miałam odwrotnie, dziwnie. Kiedy było najgorzej, właśnie wtedy wróciłam do prostych rzeczy - zapalenie świeczki, herbata z konkretnym nastawieniem. Nie wiem czy to działało 'magicznie', ale dawało mi poczucie że jest jeden punkt dnia który należy do mnie i jest spokojny. Może to nie był rytuał w jakimś głębszym sensie, ale pomagał przetrwać ten dzień.
Rappaport to akurat ciekawa tarcza, bo on pisał głównie o rytuałach religijnych w kontekście ekosystemów społecznych - trochę inne środowisko niż jednostkowa świeczka przy herbatcie. Ale masz rację że forma i regularność to jest coś co zbliża się do definicji bardziej niż intencja. Mam pytanie - czy ktoś tutaj miał doświadczenie z rytualnym cyklem który był specyficznie zaprojektowany na czas kryzysu, nie pożyczonym z książki?
Wezuwianit, ten schemat który opisujesz mi coś mówi. Bo moje poranne rytuały miały podobny trójpodział, tylko w innej formie. Uznanie że coś jest trudne, zakotwiczenie w tym co stoi, i puszczenie intencji przed siebie. Nie wymyśliłam tego z głowy, ale teraz jak widzę że ktoś inny doszedł do tego samego inaczej, to zastanawiam się czy ten układ jest jakoś naturalny dla ludzkiego umysłu w stresie.
To co obie opisujecie - Wezuwianit i Glicynia - pasuje do czegoś co w neurobiologii emocji bywa nazywane procesem 'affect labeling'. Nazwanie trudnego stanu zmniejsza aktywność ciała migdałowatego. Ale jest też ten element trzeci, intencja czy życzenie, i to już jest poza samym opisem - to jest jakiś rodzaj proyekcji w przyszłość. Ciekawi mnie czy to w waszym doświadczeniu dawało inny rodzaj efektu niż samo pisanie o problemach.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie które mi kołacze - czy ktoś z was robił coś takiego wspólnie z kimś? Bo widzę że dużo mówimy o rytuałach solo, a wcześniej był ten wątek o zbiorowej intencji. Glicynia wspominała że nie wie jak zebrać ludzi bez wychodzenia na sekciarkę. Ale może to jest łatwiejsze niż myślimy?
To co Naparstnica opisuje z siostrą - że ciężar był dźwigany w dwóch miejscach i przez to każde z nich miało go mniej - brzmi jak coś o czym czytałam przy okazji badań nad rytuałami żałobnymi. Że wspólne działanie, nawet bez bezpośredniego kontaktu, zmienia subiektywne odczucie obciążenia. Ale tam kontekst był inny, bo rytuały żałobne mają silnie ustrukturyzowaną formę, wszyscy wiedzą co robić. A wy z siostrą to improwizowałyście czy miałyście jakiś ustalony schemat?
Słucham tego wątku o siostrze i coraz bardziej myślę że mój problem z rytuałami w kryzysie był też problem z samotnością. Robiłam wszystko sama i może właśnie dlatego w momentach największego napięcia to przestawało działać - bo nie miałam żadnego punktu zakotwiczenia w drugiej osobie. Nie wiem, to może być naciągane.
To co Akwamaryna opisuje - głosy w głowie które podważają sens rytuału kiedy masz realne problemy - to mi się bardzo zgadza. Silaria wcześniej to też mówiła. Zastanawiam się czy ten krytyczny głos jest silniejszy kiedy jesteś sama. Jak masz kogoś drugiego to ten głos musi się zmierzyć nie tylko z tobą ale z faktem że inna osoba też to robi i nie uważa za absurd.
Teodozja, to pytanie trochę mnie zatrzymało. Bo u mnie te poranne rytuały przez kilka miesięcy kryzysu były absolutnie moje - nikomu nie mówiłam, nikt nie wiedział. I właśnie to dawało mi poczucie że to jest coś co należy do mnie, nie do sytuacji. Ale jednocześnie był ten moment kiedy byłam tak wykończona że przestałam i wróciłam dopiero kiedy wspomniałam o tym jednej osobie i ona powiedziała 'to wróć do tego'. Więc może ta zewnętrzna kotwica jest potrzebna żeby zacząć, a potem rytuał może znowu być twój?
Glicynia, to co opisujesz - rytuał jako coś własnego, a potem potrzeba zewnętrznego impulsu żeby wrócić - to mnie trafia. Ja miałam kilka przerw w swoich praktykach i zawsze wznowienie wyglądało inaczej niż zaczęcie od zera. Przy wznowieniu jest jakiś residuum z wcześniejszego okresu, jakieś przyzwyczajenie ciała, i to ułatwia. Ale twoje pytanie do Teodozji jest ważne - czy rytuał kryzysowy przestaje być rytuałem kiedy jest o przynależności?
Czytam tę rozmowę i wciąż gdzieś mnie gryzie że mówimy o rytuałach kryzysowych jakby kryzys był pojedynczym epizodem. A jeśli kryzys trwa miesiącami albo latami, jak teraz wiele osób żyje? Czy w ogóle można utrzymać jakiś rytuał przez taki długi czas kiedy rzeczywistość non stop rzuca nowe problemy?
