Trochę z boku - czy ktoś z was próbował w kryzysie radykalnie uproszcić praktykę do jednej rzeczy, ale innej niż zwykle? Nie swojej kotwicy, tylko czegoś zupełnie nowego i prostego? Zastanawiam się czy zmiana formy przy zachowaniu regularności coś daje, czy tylko dezorientuje.
Słucham was i mam pytanie które może być naiwne, ale po tej całej rozmowie o liminalności, kotwicach i świadkach - czy w kryzysie nie jest czasem tak, że najważniejsza jest nie forma, nie intencja, nie ciągłość, tylko po prostu przeżycie go? I że praktyka jest jednym ze sposobów na to, ale nie jedynym i niekoniecznie obowiązkowym?
Czytam ten wątek od początku i mam wrażenie, że chodzimy wokół czegoś, czego nie umiemy nazwać wprost. Mówimy o ciągłości, o liminalności, o kotwicach - ale pod spodem jest chyba pytanie o to, czemu w ogóle cokolwiek robimy. I w kryzysie to pytanie staje się głośniejsze, bo nie ma siły żeby je zagłuszyć rutyną.
To co napisała Lunarna przypomniało mi pewne rozróżnienie które gdzieś kiedyś natrafiłem w kontekście praktyk tybetańskich - między praktyką jako budowaniem a praktyką jako podtrzymywaniem. W normalnych warunkach robisz jedno i drugie jednocześnie i nie musisz ich rozróżniać. W kryzysie budownie odpada i zostaje tylko podtrzymywanie. I wtedy rzeczywiście staje się to bardzo nagie pytanie: co właściwie podtrzymuję i po co.
Ta rozmowa o budowaniu i podtrzymywaniu jest ciekawa, ale mam wątpliwość. Czy nie zakładamy za dużo, mówiąc że w kryzysie budowanie jest niemożliwe? Bo znam przypadki - własny też - gdzie właśnie w bardzo trudnym momencie powstało coś czego w normalnym trybie nigdy bym nie zrobiła. Nie z powodu siły, tylko z powodu tego że inne wyjścia odpadły.
Słucham tej wymiany i zastanawiam się czy nie wpadamy w pułapkę oceniania kryzysu przez to co po nim. Tzn. jeśli z kryzysu wyszłaś z nową praktyką, to mówisz że "jednak budowałaś". A jeśli wyszłaś bez niczego, to mówisz że "tylko przeżywałaś". Ale to jest narracja konstruowana wstecz, nie diagnoza tego co się działo.
Wchodzę tu z trochę innego kąta. Przez całą tę rozmowę mówiliśmy głównie o rytuałach jako czymś co my robimy - naszej woli, naszej ciągłości, naszym decydowaniu. Ale rytuały w wielu tradycjach są o czymś odwrotnym - o poddaniu się strukturze która jest większa od ciebie. I może w kryzysie właśnie o to chodzi - żeby na chwilę przestać decydować i po prostu wykonać coś co jest z góry dane.
Wracam do tego co napisała Lunarna na końcu - że może właśnie o to pytała na początku, tylko nie umiała tego ująć. I zastanawiam się czy to nie jest coś ważnego samo w sobie. Że pytanie o kryzys i rytuały często jest po wierzchu pytaniem o skuteczność, a pod spodem jest pytanie o to czy jeszcze jestem sobą. Czy jeszcze istnieję w tej praktyce.
