Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, co chyba każdy praktykujący ma gdzieś z tyłu głowy, ale rzadko mówi o tym wprost. Mam na myśli to, czy materiały, których używamy, mają znaczenie same w sobie, czy my im to znaczenie nadajemy. Konkretnie chodzi mi o opale - mam jedną artisanalną z Australii, która kosztowała mnie majątek, i kilka tańszych, masowo produkowanych. I szczerze? Nie potrafię powiedzieć, czy czuję między nimi różnicę, czy tylko chcę czuć. Kupowałam zioła z ekologicznych upraw, świece robione ręcznie, kadzidła z małych pracowni - i zawsze miałam z tyłu głowy to przekonanie, że to musi działać lepiej. Ale skąd to przekonanie tak naprawdę pochodzi? Czy ktoś próbował świadomie porównywać materiały z różnych źródeł i wyciągnął jakieś wnioski?
To jest dobre pytanie, bo ono tak naprawdę dotyka czegoś fundamentalnego w całej praktyce. Ja przez długi czas byłem przekonany, że pochodzenie ma absolutne znaczenie. Potem zacząłem to kwestionować. Pamiętam, że gdzieś czytałem o badaniach nad efektem placebo w kontekście przedmiotów rytualnych - okazuje się, że sama wiara w skuteczność obiektu zmienia nasz stosunek do rytuału, a to z kolei zmienia jego przebieg i naszą obecność psychiczną w nim. Ale to nie zamyka sprawy, bo są tradycje, gdzie konkretne pochodzenie surowca jest częścią samego rytuału, nie dodatkiem. W Hoodoo na przykład ziemia z cmentarza z konkretnego miejsca ma inne zastosowanie niż ziemia z innego miejsca - i to nie jest kwestia przekonania, tylko klasyfikacji w ramach systemu.
Mnie bardziej interesuje ta opala, którą Betalia wspomniała. Bo opale to akurat mineralogicznie ciekawy przypadek - mają strukturę amorficzną, nie są kryształem w sensie technicznym, więc cały dyskurs o strukturze krystalicznej i jej wpływie na energię tutaj odpada. Część ludzi twierdzi, że właśnie dlatego opale są niestabilne energetycznie, inne że to daje im plastyczność. Ale wróćmy do pytania o pochodzenie - opal australijski z Coober Pedy a opal z Etiopii to są dwa różne minerały pod względem składu chemicznego i struktury mikroporowatości. Czy to ma znaczenie dla rytualnego użycia, czy rozmawiamy tylko o etykiecie i marketingu?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli sami nadajemy znaczenie przedmiotom, to po co w ogóle płacić więcej za coś artisanalnego? Czy to nie jest trochę tak, że kupujemy spokój sumienia, a nie realną różnicę?
Blind test na świecach rytualnych - ktoś to kiedyś robił? Serio pytam, bo w różnych społecznościach na zachodzie ludzie to testowali i wyniki były... niejednoznaczne. Część osób podchodziła do rytuału z takim samym skupieniem niezależnie od źródła świecy, część twierdziła, że czuje różnicę, ale gdy ukryto etykietę, nie potrafiła jej wskazać. To nie dowodzi niczego ostatecznie, ale każe się zastanowić.
A co z ziołami? Bo przy świecach jeszcze można mówić o intencji producenta, ale zioła rosną same. Czy szałwia z małego eko-ogrodu rzeczywiście ma coś więcej niż ta sprzedawana w papierowych torebkach w sieciowym sklepie ze zdrową żywnością?
Ten wątek o zmysłach jest ważny. Ja myślę, że bardzo dużo z tego, co nazywamy "działaniem" materiałów rytualnych, przechodzi przez ciało - przez węch, wzrok, dotyk. Ciężka, dobrze wykonana świeca inaczej leży w dłoni niż lekka, fabryczna. Beeswax inaczej pachnie podczas palenia niż parafina. To nie jest placebo w prostym sensie, to jest realna stymulacja sensoryczna, która ma wpływ na stan psychofizyczny. I może dlatego rzemieślnicze przedmioty "działają lepiej" - nie przez jakąś mistyczną wyższość, ale przez jakość wykonania, która angażuje ciało.
W tradycjach afrykańsko-diasporycznych i w Hoodoo klasyfikacja miejsca pochodzi z konkretnego rozumowania symbolicznego - ziemia z cmentarza "niesie" w sobie coś z tego miejsca, bo była w kontakcie z tym, co tam jest. To nie jest twierdzenie, że chemicznie jest inna. To jest twierdzenie, że jej historia i kontakt z określonym miejscem mają znaczenie w ramach logiki tej tradycji. I tu jest pies pogrzebany - każdy system ma własną logikę klasyfikacji. Problem pojawia się, gdy ktoś miesza systemy i próbuje oceniać materiały według kryteriów, które do nich nie należą.
Ja kupiłam ostatnio kadzidło kadzidłowca prawdziwego, Boswellia sacra z Omanu, i tańsze z Indii. Różnica w zapachu była naprawdę wyraźna. Omanskie ma taką żywiczność i lekką cytrusowość, które po prostu inaczej działają na mnie podczas medytacji. Ale nie wiem, czy to ma coś wspólnego z jakością rytuału, czy po prostu lubię lepszy zapach. Jak oddzielić jedno od drugiego?
Przepraszam, może głupie pytanie, ale skąd w ogóle wiadomo, który opal jest artisanalny, a który nie? Przy ziołach jeszcze można jakoś sprawdzić, ale kamienie to czarna magia, jeśli chodzi o certyfikaty.
Zaraz, etiopski opal zmienia kolor w dłoni? Tego nie wiedziałam. To znaczy, że kamień, który dostanę w sklepie, może wyglądać zupełnie inaczej niż po kilku miesiącach używania?
Dobra, ale wróćmy na chwilę do kadzidła, bo nie dokończyłam myśli. Kupiłam też kiedyś Boswellia carterii, która jest tańszą alternatywą dla sacra, i różnica była zauważalna, ale nie dramatyczna. Natomiast kiedy porównałam ją z syntetycznym odpowiednikiem - tym na bazie zapachów chemicznych - to tam już było jak porównanie herbaty z syropem smakowym. Nie chodzi mi nawet o działanie, tylko o to, że syntetyk nie dawał mi żadnego skupienia. Był za bardzo jednorodny, za bardzo "gotowy". Naturalne żywice mają taki element niespójności, który jakoś angażuje uwagę.
Mnie ciekawi, co Betalia myśli o tym aspekcie fizjologicznym. Bo na początku pisałaś o różnicy między opałem artisanalnym a masowym, i to brzmiało jak pytanie o coś więcej niż aromaty.
Ale skąd wiesz, z jaką intencją ktoś robił tę świecę? Sprzedawca ci powie, że z miłością i skupieniem, bo po to mu płacisz. Jak to zweryfikować?
A co jeśli ktoś robi świece masowo, ale naprawdę lubi swoją pracę i wkłada w nią uwagę? Czy skala produkcji sama w sobie coś wyklucza?
Słucham tego wątku i mam pytanie trochę z boku - czy ktoś z was pracuje z materiałami, które sam zebrał albo przygotował? Zioła ze swojego ogrodu, kamienie zebrane samodzielnie? Czy to w ogóle jest inny poziom tej rozmowy?
Okej, ale wróćmy do opalu, bo ten wątek mi uciekł. Betalia napisała coś o dokumentacji z kopalni - to w praktyce możliwe do sprawdzenia dla zwykłego kupującego?
Dobra, to jak w praktyce wygląda to szukanie dokumentacji? Pytasz sprzedawcę mailowo i czekasz, aż odpisze ze świadectwem gemmologicznym? Bo to brzmi jak procedura przy zakupie diamentu, nie opalu do rytuałów.
Nie, to nie jest aż tak formalne. Chodzi raczej o to, że zaufany sprzedawca mineralogiczny w ogóle wie, skąd kamień pochodzi - potrafi powiedzieć kopalnię, region, czasem sezon zbioru. Nie musi ci wysyłać papierów z pieczątką. Po prostu widać, że ma tę wiedzę, bo rozróżnia między typami, mówi o konkretnych złożach, a nie rzuca ogólnikami. To jest inna rozmowa niż ta, którą masz w sklepie ezoterycznym, gdzie sprzedawca wie tylko, że "to opal z Australii".
A wracając do ziół, bo moje pytanie trochę zatonęło w opalu - ktoś tu mówił o certyfikatach ekologicznych jako sposobie na weryfikację. Ale czy certyfikat bio cokolwiek mówi o sposobie zbioru, o intencji, o tym, kto to robił? Bo z rolniczego punktu widzenia certyfikat mówi tylko o braku pestycydów.
Słuchajcie, to brzmi trochę jakbyśmy sami nie wiedzieli, czego szukamy w tych materiałach. Bo raz mówimy o chemii i fizjologii, raz o intencji zbierającego, raz o historii konkretnego kamienia. To są naprawdę różne kryteria i nie wiem, czy można je wszystkie spełnić jednocześnie.
Weszłam tu dopiero i mam wrażenie, że rozmowa toczy się wokół pytania, które jest naprawdę stare - czy skuteczność rytuału zależy od materiału obiektywnie, czy od praktykującego. I odpowiedź w większości tradycji jest taka, że obie rzeczy się przecinają. Nie ma materiału który zadziała bez praktykującego i nie ma praktykującego, który może zrobić wszystko z dowolnym śmieciem. Gdzieś pośrodku jest ta granica jakości materiału, poniżej której robisz sobie utrudnienie.
To ciekawe, bo nigdy nie myślałam o tym od strony warunków fizycznych. Zawsze mi się wydawało, że albo wierzysz i działa, albo nie wierzysz i nie działa. A wy mówicie, że zły materiał może po prostu fizycznie przeszkadzać.
To już nie jest metafizyka, to jest biologia 🙂 Ale serio, to dobry punkt - czy my w tej dyskusji mówimy o czymś więcej niż "nie kupuj śmieciowych materiałów bo się źle poczujesz"?
Mam taką obserwację z boku: zauważyłem, że praktykujący, którzy pracują długo, rzadko kupują nowe materiały. Mają to samo kadzidło od lat, te same kamienie, te same świece od jednej osoby. Nie szukają nowych rzeczy, bo już zbudowali relację z tym, co mają. Pytanie o "artisanal vs masowy" pojawia się chyba głównie wtedy, gdy ktoś dopiero buduje swój zestaw.
To co robisz, gdy nie możesz dostać tego samego materiału? Szukasz jak najbliższego odpowiednika, czy traktujesz to jako okazję do pracy z czymś zupełnie nowym?
A może to kwestia oczekiwań? Jak wiesz, że coś "powinno" działać w określony sposób, to tak działasz. A jak masz materiał bez etykietki, to nie masz tych oczekiwań i efekt jest neutralny.
