Ta metafora z zakopywaniem kontra pakowaniem do pudła jest dla mnie bardzo pomocna. Ale mam pytanie - czy jak zakopujesz, to to coś nie ma prawa już wrócić? Bo trochę się boję że zamknę coś przed nowiem i to wróci ze zdwojoną siłą jak zawsze 🙂
Zgadzam sie z Baska84 w tym. Sam miałem sytuacje gdzie robiłem rytuał zamkniecia w idealnym sierpie i sprawa wracała po kilku tygodniach. Po czasie zobaczyłem ze po prostu nie byłem gotowy puścic tej rzeczy naprawde, mimo ze myslałem ze tak. Faza moze wspierać ale nie zastapi decyzji.
To co Celtyk napisał mnie zatrzymało - że nie był gotowy puścić mimo że myślał że tak. Jak to w ogóle rozpoznać? Bo rozumiem ideę, ale w praktyce to brzmi jak coś co zawsze możesz powiedzieć po fakcie. Jak rytuał zadziałał to byłeś gotowy, jak nie to nie byłeś. To się kręci w kółko.
To jest sedno całego tematu z gotowością. W tradycji talizmańskiej, szczególnie w pracach Agryppy i późniejszych komentarzach do Picatrix, jest pojęcie 'electio' - właściwego wyboru momentu. Ale electio dotyczy czasu zewnętrznego, nie wewnętrznego stanu operatora. To rozróżnienie jest ważne. Sierp malejący to electio dla zakończenia, ale twój stan wewnętrzny to osobna zmienna. Możesz mieć idealny moment zewnętrzny i kompletnie nieuporządkowane wnętrze - i odwrotnie.
Skoro już jesteśmy przy Picatrix to tam zresztą jest dużo o tym że operator musi być w odpowiednim stanie - nie tylko moment musi być właściwy ale też adept. To nie jest tylko zachodnia tradycja, w systemach lunisolarnych Azji Wschodniej jest podobne podejście. Ale wracając do rozmowy - myślę że Selena ma punkt. Opór nie dyskwalifikuje rytuału.
Przepraszam że przerywam ten wątek, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem to co Barni napisał. Sierp malejący to jest czas zewnętrzny - okej. Ale czy to znaczy że wystarczy że księżyc jest w odpowiedniej fazie i można zaczynać, niezależnie od tego co się dzieje w środku? Bo to brzmi trochę jak że gwiazdy zrobią robotę za nas.
Mam może głupie pytanie, ale co to konkretnie znaczy 'stwarza warunki'? Bo jak mam sprzęt do gotowania to rozumiem co to znaczy mieć warunki. Ale przy rytuale co to jest warunek? Czemu nie mogę po prostu robić rytuału zamknięcia w dowolny dzień i tak samo skupić się na intencji?
Czyli właściwie to co Marlenka opisuje to jest trochę jak nocebo/placebo z badań medycznych? Tzn. efekt może być realny ale nie wiemy skąd pochodzi. Tylko że to chyba nie unieważnia samego efektu, prawda?
Tu się pojawia problem który mam z całą tą rozmową o placebo. Placebo w badaniach medycznych też działa - to nie jest argument przeciw metodzie, to jest obserwacja że mechanizm mentalny jest wystarczający. Jeśli praca z sierpem pomaga ci wejść w stan gotowości do zakończenia czegoś, to czy naprawdę ważne jest to czy księżyc ma na to fizyczny wpływ? Dla praktyki to może być drugorzędne pytanie.
Troche sie nie zgadzam z Gwiazdarka. Dla mnie to ma znaczenie skad pochodzi efekt bo to zmienia jak rozumiem co robimy. Jeśli to placebo to cały system pracy z fazami jest tylko scafolding - rusztowanie które można wymienić na inne. Jak budujemy rytuał oparty na przekonaniu że faza ma realny wpływ to to jest inna praktyka niż 'używam fazy bo mi pomaga sie skupić'.
To rozróżnienie między 'realny efekt fizyczny' a 'efekt przez zmianę stanu operatora' jest stare jak tradycja. W kabbale luriańskiej kavanot - intencje w rytuale - są tak samo istotne jak sama forma zewnętrzna, a niektórzy autorzy twierdzą że ważniejsze. Forma to nośnik dla kavany. Księżyc może być formą. Ale to nie znaczy że można go wymienić na cokolwiek innego i efekt będzie identyczny, bo różne formy wywołują różne stany.
Jak wy rozmawiajcie to mi sie myli co jest czym. Mam takie podstawowe pytanie - czy jest jakas roznica w tym co robimy w rytuale sami zalezne od fazy? Bo mówimy dużo o tym kiedy ale nie za bardzo o tym co konkretnie zmieniacie w samym rytuale gdy jest sierp a nie np pelnia.
To co Celestynka napisała jest dla mnie pierwsze konkretne w tej rozmowie 🙂 Ale mam pytanie - jak formułujesz 'co zostaje'? Bo chyba nie zawsze chcesz żeby coś zostało nic, prawda? Jeśli kończysz na przykład wzorzec zachowania to coś musi go zastąpić albo zostaje pustka.
Klimcia_S akurat to co zostawiasz jest dla mnie ważniejsze niż to co zamykasz. Bo jeśli np. kończę wzorzec reagowania strachem to formułuję to jako 'zamykam potrzebę kontrolowania przez strach' ale jednocześnie otwieram intencję na 'spokój który nie wymaga pewności'. To nie musi być osobny rytuał, to jest jakby rewers tej samej monety. Malejący księżyc pomaga mi w tej drugiej części bo to nie jest moment na 'zdobywanie' czegoś nowego, bardziej na odsłanianie co jest pod tym co odpuszczam.
Mnie też to ciekawi bo zawsze robiłam tylko tę 'część zamykającą' i w ogóle nie myślałam o tym co zostaje. Trochę jakby wylewać wodę z naczynia i nie zastanawiać się że naczynie będzie puste.
To co Celestynka opisuje ma odbicie w koncepcji 'horror vacui' w magii ceremonialnej - natura nie znosi próżni i jeśli nie określisz co ma wejść to wejdzie cokolwiek. W tradycji zachodniej, szczególnie w pracy z sferami, zamknięcie jest zawsze powiązane z otwarciem - to jest aspekt Saturniczny i Jowiszowy jednocześnie. Ale wracając do fazy - masz rację że sierp malejący nie jest najlepszym momentem na aktywne sprowadzanie. Tam można zostawić zalążek, coś bardzo małego, ale główna praca nad tym co wchodzi i tak powinna czekać na nów albo na pierwsze dni rosnącego.
A jak to rozumieć praktycznie - zostawiasz ten 'zalążek' w tym samym rytuale co zamknięcie, czy to jest osobny krok wykonany może dzień czy dwa później?
Czekajcie, to mam pytanie do Barni. Mówiłeś wcześniej że sierp to czas zamknięcia, okay. Ale czy jest jakaś różnica między sierpem który zaczyna się zaraz po pełni a sierpem który jest już blisko nowiu? Bo zakładam że nie jest to jednolita faza, prawda?
To jest bardzo dobre pytanie i trochę dziwie się że nie padło wcześniej. W astrologii rozróżniamy kilka momentów w fazie malejącej - Disseminating Moon zaraz po pełni to jeszcze czas dzielenia się i komunikacji, Last Quarter to moment kryzysu i decyzji, a Balsamic Moon czyli ostatnie dni przed nowiem to już zupełnie inne terytorium. Balsamic to czas wycofania, odpuszczania na bardzo głębokim poziomie, praktycznie izolacji intencji. Wrzucanie tego do jednej szuflady 'sierp malejący' trochę spłaszcza temat.
Martwi mnie trochę to że rozmowa zaczyna sie skupiac na bardzo szczegółowych podfazach bo mam wrażenie że dla kogoś kto zaczyna pracę z cyklami to jest zbyt drobne ziarnko. Jak sie zastanawiasz nad Disseminating contra Balsamic to może już nie czujesz sam rytmu tylko usiłujesz go analizować. Nie wiem, może przesadzam.
Wracam do tego co Erazm pytał bo mnie też to zastanawia - czy ktoś z was faktycznie zauważył różnicę w rytuale robionym zaraz po pełni kontra w ostatnim kwadrancie? Nie teoretycznie, tylko co konkretnie było inne?
Ja mam głupie pytanie - jak wy w ogóle wiecie w jakiej dokłanie podfazie jest księżyc? Tzn. używacie jakis aplikacji czy liczysz to sami? Bo jak mam sprawdzać czy jest Disseminating czy Last Quarter to nie wiem od czego zaząc.
To co Baska napisała jest dla mnie pomocne, bo miałam wrażenie że może zaczynam za wysoko jeśli chodzi o szczegółowość i tracę z oczu podstawy. Mam pytanie do całego wątku ogólnie - czy jest coś co jest wspólne dla całej fazy malejącej i się nie zmienia niezależnie od tego w którym jej momencie jesteś?
Tak, i to jest dobre pytanie żeby wrócić do podstaw. W różnych tradycjach które znam wspólnym mianownikiem jest kierunek - wszystko co malejące, odchodzące, kończące się, zmniejszające. To jest stała. Różne podfazy to tylko głębokość i charakter tego procesu. Jeśli zapamiętasz tylko jedno to zapamiętaj kierunek.
Czytam całą rozmowę od początku i właśnie dotarłam tutaj. Mam takie wrażenie że wszyscy mówicie o rytuale jako o czymś co macie zaplanowane i wykonywacie według kroków. A co z takimi spontanicznymi momentami - np. coś się dzieje i czujesz że to jest właśnie ten czas żeby coś zamknąć, ale nie sprawdzasz fazy i nie przygotowujesz się? Czy to w ogóle ma sens w kontekście tej rozmowy czy to już inny temat?
To co Wezuwianit pyta jest ciekawym tropem. Spontaniczne rytuały na malejącym księżycu - tak, miewałem takie. Ale zauważam, że różnią się od zaplanowanych nie tyle efektem co tym, że zazwyczaj są krótsze i bardziej... surowe? Brak oprawy, brak przygotowania, zostaje tylko sama intencja. I chyba właśnie dlatego czasem działają bardzo czysto, bo nie ma szumu wokół.
No właśnie to mnie zastanawia - czy ta spontaniczność nie jest czasem bardziej autentyczna niż zaplanowany rytuał z listą kroków? Bo jak coś cię uderzy i czujesz 'to teraz', to jesteś chyba bardziej skupiona niż jak odpalisz świecę bo kalendarz mówi że pora.
