Hela, słyszysz to co sama napisałaś? 'Zamiast być.' Mnie to rozbija, bo to dokładnie to co jest najtrudniejsze przy każdym pożegnaniu - nie zorganizowanie czegoś, ale samo bycie w tym bez ucieczki do działania.
A ja mam pytanie do całej tej rozmowy o słowach i milczeniu - czy ktoś próbował nie robić nic? Znaczy dosłownie wziąć klucz, stanąć przez chwilę w drzwiach i wyjść. Bez świeczek, bez słów, bez ceremonii. I co się wtedy dzieje?
To co Renia opisuje - to poczucie urwaności - pojawia się w wielu relacjach antropologicznych przy tzw. niepełnych przejściach. Van Gennep pisał o tym w kontekście rytuałów liminalnych, że brak zamknięcia etapu może zostawiać człowieka w zawieszeniu. Nie mówię że musimy Gennepem tłumaczyć każde pożegnanie mieszkania, ale coś w tym jest.
Wróćmy może do tego co Hela powiedziała o pustym pokoju i tej 'surowej' przestrzeni. Mnie to zostało. Bo we wszystkich opisach rytuałów przeprowadzkowych jakie znam - zarówno słowiańskich, jak i tych z kręgu shinto - jest ten moment robienia miejsca. Dosłownie: opróżnienia. Jakby przestrzeń musiała najpierw być pusta, żeby mogło dojść do rozstania.
Bryza, dokładnie. I to nie jest tylko kwestia praktyczna - że mebli już nie ma - ale coś co zmienia charakter tej przestrzeni. W tym pustym pokoju naprawdę czułam, że widzę dom, a nie nasze wyposażenie. To były inne ściany niż przez ostatnie lata.
A ja mam pytanie do Heli i Reni - czy wyście obie mówiły do mieszkania jak do kogoś? Znaczy czy miałyście poczucie że jest adresat tych słów czy raczej mówiłyście do siebie, do własnych wspomnień?
Ulcia, jeszcze nie robiłam tego z mówieniem - piszę to zanim przeprowadzka nastąpi, więc to dopiero moje planowanie. Ale wyobrażam sobie że mówiłabym do miejsca, nie do siebie. Choć pewnie nie ma między tym takiej ostrej granicy.
U mnie było zdecydowanie do miejsca. I to było dziwne, bo na co dzień w ogóle nie mam nawyku mówienia na głos do czegokolwiek nieożywionego. Ale w tamtym momencie to się wydawało jedyną właściwą formą.
Zastanawia mnie czy ta forma - mówienie do miejsca zamiast o miejscu - nie ma jakiegoś znaczenia samego w sobie. Że kiedy kierujesz słowa do czegoś, to zmieniasz swoją relację z tym czymś już w akcie mówienia. Buber coś takiego opisywał, to rozróżnienie Ja-Ty versus Ja-To.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i zastanawiam się nad czymś innym. Wszyscy mówią o pożegnaniu starego miejsca, ale co z nowym? Czy jest jakaś symetria - czy rytuał powitalny nowego domu jest uzupełnieniem tego co robisz przy wyjściu, czy to osobna historia?
Bryza, to pytanie o symetrię mnie zatrzymuje. Bo jak myślę o tym co chcę zrobić przy wyjściu - to faktycznie czuję że to jest tylko połowa. Że wyjście bez jakiegoś gestu w nowym miejscu będzie jak zdanie krótkiej historii bez ostatniego zdania. Tylko nie wiem jeszcze co zrobić w nowym mieszkaniu. Tam jeszcze nie ma nic mojego.
A właśnie - czy rytuał powitalny może się odbyć zanim przestrzeń 'stanie się twoja'? Czy może musi być jakiś czas zanim cokolwiek się robi? Bo rozumiem logikę czekania, ale nie wiem czy ona jest konieczna.
To co Bryza mówi o pierwszej nocy - to też pojawia się w tradycjach japońskich, choć tam bardziej w kontekście kagura i pierwszego posiłku przygotowanego w nowym miejscu. Jest coś w tym akcie inicjacji przez codzienność, przez coś tak zwykłego jak ogień albo jedzenie. Nie ma tam wielkiej ceremonii, jest gest.
Mnie to trochę komplikuje. Bo ja przy przeprowadzce prawie miesiąc byłam w starej miejscowości zanim w ogóle zaczęłam urządzać nowe. I przez ten czas ani jedno ani drugie nie było dokończone. I to chyba jest ten rodzaj zawieszenia o którym Szafirek pisała wcześniej - tylko że u mnie trwało tygodniami.
To 'rozmycie' które Renia opisuje - czy to nie jest po prostu stan naturalny przy każdej większej zmianie? Nie koniecznie przeprowadzka, ale każde przejście między etapami. Rytuał może skracać ten czas, ale chyba nie eliminuje go całkowicie.
Myślę że to pytanie o 'do końca' jest pułapką. Nikt z tradycji które znam nie mówi o rytuałach jako o czymś co likwiduje ślad. Wręcz odwrotnie - chodzi o to żeby ślad pozostał w tobie, a nie żeby go wymazać. Pożegnanie nie jest zapomnieniem.
Bryza, to mnie bardzo trafia. Bo kiedy myślałam o tym co chcę zrobić w tym pustym pokoju, to nie myślałam 'chcę to zostawić za sobą'. Myślałam raczej: chcę to zabrać ze sobą w sposób który nie będzie ciężarem. To subtelna różnica ale dla mnie zasadnicza.
To co Hela mówi - 'zabrać bez ciężaru' - brzmi jak coś co dotyczy relacji z miejscem, a nie z samą zmianą. Czy to znaczy że rytuał pożegnalny jest bardziej o tym co chcesz zachować niż o tym co zostawiasz?
Ta 'transformacja relacji' to bardzo konkretne określenie. Ale jak się to robi praktycznie? Żeby to nie było tylko słowa, tylko żeby coś faktycznie się zmieniło w tym jak się to nosi?
Bryza, to z tą ziemią to mnie bardzo poruszyło. Bo to jest coś co można wziąć do ręki, dotknąć. Rytuał który ma fizyczny, materialny ślad w nowym miejscu. Zastanawiam się czy nie o to właśnie chodzi - że gest zostawia coś konkretnego co potem przypomina że się było.
Celestyn56, mnie zdjęcie i ziemia działają zupełnie inaczej. Zdjęcie oglądam. Ziemię - gdybym ją miała - czułabym że coś z tamtego miejsca jest tutaj, nie tylko obraz. Ale przyznasz że to trudno udowodnić. To jest coś co albo do ciebie przemawia albo nie.
Hela, ale jak to rozumieć, że 'przemawia albo nie'? Bo z jednej strony rozumiem tę różnicę między zdjęciem a ziemią, ale z drugiej - to brzmi jak coś, co każdy sobie tłumaczy tak jak chce. Skąd wiesz, że to nie jest po prostu autosugestia? Serio pytam, nie podważam.
To pytanie o autosugestię wraca w co drugiej rozmowie o rytuałach i za każdym razem mnie zatrzymuje. Bo co by to zmieniło, gdyby tak było? Jeśli gest z ziemią sprawia, że przeprowadzka jest psychicznie łatwiejsza do zniesienia i że człowiek wchodzi w nowe miejsce z mniejszym ciężarem - to jaka jest różnica między autosugestią a rytuałem?
Ale wrócę do tego co Hela mówiła - że chce 'zabrać bez ciężaru'. Jak się w ogóle odróżnia co jest ciężarem a co jest czymś wartym zabrania? Bo chyba nie chodzi o to, żeby zabrać wszystko i nie chodzi o to, żeby zostawić wszystko.
Syriana, nie mam na to dobrej odpowiedzi i chyba właśnie dlatego ten temat w ogóle założyłam. Bo jak myślę o tamtym miejscu, to są rzeczy które chcę pamiętać z wdzięcznością i są rzeczy które były trudne, i nie wiem czy rytuał pożegnalny powinien obejmować jedno i drugie czy tylko to pierwsze. Intuicyjnie czuję że jedno i drugie, ale nie wiem jak.
i to jest chyba najuczciwsze co można powiedzieć w tym temacie. Że nie wiadomo. W różnych tradycjach jest to rozwiązywane różnie - w niektórych rytuale są osobne gesty na wdzięczność i osobne na zamknięcie tego co trudne, trochę jak dwie warstwy jednego aktu. Ale nie wiem czy podział jest konieczny.
Ja przy swojej przeprowadzce robiłam to bardzo niechcący. Przed wyjściem ostatniego dnia usiadłam na podłodze w pustym salonie i po prostu siedziałam. Nie miałam żadnego planu. Ale przez te może piętnaście minut jakoś wszystko się pojawiło - i dobre, i złe. I wyszłam z poczuciem że pożegnałam. Nie wiem czy to był rytuał.
