To z tym ogniem i ciągłością - to mi daje do myślenia, bo ja przy wchodzeniu do nowego mieszkania zaparzyłam herbatę jako pierwszą rzecz. Dosłownie zanim rozpakowałam cokolwiek. Czy to też może mieć jakieś symboliczne znaczenie, czy to za bardzo codzienny gest?
Wracając do Heli i tej decyzji ze świeczką - Hela, masz już jakiś pomysł co chcesz zrobić po stronie pożegnania? Bo świeczka to jedna warstwa, ale co z samym momentem wyjścia? Czy planujesz coś zrobić w mieszkaniu przed zamknięciem drzwi?
Hela, to z tym nieoglądaniem się - skąd ten impuls? Pytam serio, bo to jest bardzo konkretne przekonanie. Gdzieś to słyszałaś, wyczytałaś, czy to jest coś twojego?
Ten impuls z nieoglądaniem się - Celestyn, to ciekawe pytanie, bo sama nie wiem do końca. Gdzieś to słyszałam, ale nie pamiętam gdzie. Może od babci, może z jakiegoś tekstu. Ale jak o tym myślę, to ma dla mnie sens emocjonalnie - jak wychodzisz i już nie wracasz, to nie rozgrzebuj. Zamknij. Idź. Czy to jest zabobon, rytuał, czy po prostu psychologiczny gest - nie wiem. Ale czuję, że chcę to zrobić.
No to jest ciekawe, że sam impuls jest silny, mimo że nie wiesz skąd pochodzi. To znaczy - ufasz mu, bo coś w tobie tak mówi, nie dlatego że masz uzasadnienie. Dla mnie to właśnie jest ta granica między rytuałem a przyzwyczajeniem, o której gadaliśmy wcześniej.
Ten motyw nieoglądania się za siebie przy pożegnaniu pojawia się bardzo szeroko - Orfeusz, mit o Locie, różne tradycje pogrzebowe. Zawsze chodzi o to samo: odejście jest kompletne dopiero wtedy, kiedy nie cofasz wzroku. Hela mogła to wchłonąć z kultury bez żadnego konkretnego źródła.
Ja właśnie o tym myślałam czytając wasze posty - że ciało robi pewne rzeczy, zanim głowa się zdecyduje. I może właśnie o to chodzi w tych wszystkich gestykulacyjnych rytuałach, żeby ciało też coś 'wiedziało', a nie tylko umysł?
Renia, to co piszesz bardzo mi trafia. Jak wchodziłam do nowego mieszkania i obeszłam każdy pokój - to nie była decyzja. Nogi same mnie niosły. I teraz jak o tym myślę, to może właśnie dlatego zadziałało, bo to nie była wydumana intencja, tylko coś bardziej instynktownego.
Może nie trzeba rozdzielać? To znaczy - jeśli rytuał jest pretekstem do zatrzymania się i odetchnięcia, to ten oddech jest częścią rytuału, nie efektem ubocznym.
Wchodzę tu bo właśnie to mnie ciągnie w tym temacie - że może rytuały przeprowadzkowe z natury nie są powtarzalne. Przeprowadzasz się raz na kilka lat, to nie jest coś co ćwiczysz. I może dlatego tak często działa intuicja - bo nie masz wyuczonego schematu.
Hela, a masz już wyobrażenie jak chcesz to połączyć - pożegnanie starego i wejście do nowego? Czy to będą dwa osobne momenty, czy planujesz jakiś ciąg?
To brzmi dobrze. Ten odstęp czasowy ma sens też praktycznie - po wyprowadzce człowiek jest zmęczony, podrażniony, wszystko jest w pudłach. Ciężko być w pełni obecną przy czymś intencjonalnym, jak masz głowę pełną logistyki.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie z innej strony - czy ktoś z was brał pod uwagę datę przeprowadzki? Znaczy, czy numerologicznie albo astrologicznie jakieś dni są lepsze do zamknięcia starego rozdziału? Bo to też może wpłynąć na to kiedy robić rytuał pożegnania.
A wracając do daty - Szafirek, to co mówisz o księżycu zanikającym ma sens w kontekście pożegnania, ale co jak człowiek nie ma wyboru i jedzie kiedy jedzie? Czy wtedy w ogóle warto kombinować z rytuałem, czy lepiej odpuścić i zrobić coś symbolicznego już po fakcie?
Ale to trochę zmienia co rozumiemy przez pożegnanie, nie? Bo jeśli pudła pojechały, ty jesteś już w nowym miejscu - to czy to nadal pożegnanie starego, czy może już coś innego? Jakaś retrospekcja?
Właśnie o tym myślałam. Ja staram się zrobić to jeszcze w pustym mieszkaniu, bo bardzo zależy mi na tym żeby być w tej przestrzeni kiedy to robię. Ale widziałam opisy rytuałów, gdzie ktoś wraca myślami do miejsca przez medytację, wizualizację - i mówi że działa tak samo. Nie wiem, nie próbowałam.
Hela, a to pusty pokój cię nie przytłacza? Pytam bo u mnie jak opróżniłam mieszkanie przed remontującym, to ta pustka była jakoś bardzo głośna. Jakby dom inaczej oddychał bez mebli.
Renia, tak, dokładnie to. Ta akustyczna zmiana jest uderzająca - echo, które normalnie nie istnieje. Ale dla mnie to właśnie część pożegnania, że widzę to miejsce w wersji surowej, bez naszych rzeczy. Jakby mi pokazywało co naprawdę było moje, a co było po prostu pożyczone od przestrzeni.
To co Hela opisuje - ta surowa przestrzeń bez mebli - przypomina mi coś, co czytałam o japońskiej koncepcji ma, czyli pustki jako aktywnego elementu, nie braku. W kontekście przeprowadzki to by oznaczało, że ta akustyczna pustka przed wyjściem nie jest czymś do przetrwania, tylko czymś do przeżycia świadomie.
No i tu mam problem z całą ideą rytuałów przeprowadzkowych - jak to nie jest tylko psychologia pod ezoteryką? Znaczy, efekt jest realny, Ulcia mówiła że spokojniej oddychała, Hela ma z tego coś dla siebie. Ale czy to nie jest po prostu placebo z ładną oprawą?
Koncepcja genius loci - ducha miejsca - jest stara i pojawia się niezależnie w różnych kulturach. Rzymianie traktowali to dosłownie, były bóstwa opiekuńcze konkretnych budynków. Czy coś gromadzi? Nie wiem. Ale fakt że ludzie niezależnie od siebie dochodzili do podobnych wniosków coś mówi.
Florek, to interesująca obserwacja, ale mi nie zamyka pytania. Bo nawet jeśli mechanizm jest ewolucyjny, to nie znaczy że przestrzeń nic nie robi z ludźmi. Architektura ma udowodniony wpływ na nastrój, produktywność, nawet agresję. To trochę materialny odpowiednik genius loci.
A wracając do samego rytuału pożegnania - czy ktoś używał konkretnych słów, modlitwy, czegoś wypowiedzianego? Bo ja jak wychodziłam z domu rodzinnego, powiedziałam coś cicho, sama nie wiem skąd mi to przyszło. I zastanawiam się czy inni też tak mają, że słowa same przychodzą.
To jest chyba to czego mi brakowało przy poprzednich przeprowadzkach - tego momentu z wymawianiem czegoś na głos. Myślę o tym co piszecie i zastanawiam się czy nie dodać tego do swojego planu. Że po zapaleniu świeczki i tej ciszy - coś powiem. Niekoniecznie coś wyuczonego, może właśnie spontanicznie.
Hela, a masz wrażenie że ciszy boję się bardziej niż słów? Bo czasem trudniej jest po prostu stać w milczeniu i czuć co jest, niż coś powiedzieć i wyjść.
Zawilec, to bardzo celne pytanie. Myślę że ciszy rzeczywiście boję się bardziej. Słowa dają złudzenie, że coś się robi, że jest struktura. A milczenie wymaga żebyś po prostu była z tym miejscem bez żadnej osłony. I może właśnie dlatego tak rzadko mi to wychodziło przy poprzednich przeprowadzkach - zawsze coś robiłam, zamiast być.
ale czy to nie jest właśnie ta różnica między rytuałem a ceremonią? Że ceremonia ma scenariusz, a rytuał może być samą obecnością bez scenariusza?
