Ale czy 'prawdziwe' to dobra miara? Bo zaplanowany rytuał też może być prawdziwy jeśli jest szczery. A spontaniczny może być tylko zmęczeniem po przeprowadzce, nie koniecznie czymś głębszym.
Trudno mi to zdefiniować bez wchodzenia w abstrakcję, więc spróbuję konkretnie. Kiedy brałam ziemię z ogródka, nie myślałam o tym co robię za godzinę ani co zostało jeszcze do zapakowania. Byłam tam, w tamtej chwili, z tamtą ziemią. To tyle. Czy to jest wystarczająca definicja?
Myślę że tak. I to akurat jest coś co pojawia się w opisach rytuałów przejścia niezależnie od tradycji - że muszą być wykonywane z pełną uwagą. Van Gennep opisywał rytuały przejścia jako trzy fazy i środkowa, ta liminalność, wymaga właśnie takiego zawieszenia codzienności. Nie chodzi o mistykę, chodzi o to żeby chwila była oddzielona od reszty.
Ta struktura którą Szafirek opisuje - to mnie naprawdę pomaga. Bo teraz myślę że mój problem polega na tym że pominęłam środkową fazę. Wyprowadziłam się szybko, bez żadnego momentu bycia pomiędzy. I może właśnie dlatego szukam teraz jakiegoś rytuału, który by tę fazę jakoś uzupełnił, nawet z opóźnieniem.
