Przeprowadzam się za kilka tygodni i zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakiś sensowny sposób na pożegnanie miejsca, w którym się mieszkało. Nie chodzi mi o sprzątanie czy pakowanie, ale o coś bardziej... świadomego. Mieszkam tu od siedmiu lat i czuję, że po prostu wyjść z kluczami i zatrzasnąć drzwi to za mało. Macie jakieś własne doświadczenia z tym? Co robiłyście, jak się przeprowadzałyście?
Temat mi bliski, bo przeprowadzałam się trzy razy w ciągu ostatnich kilku lat. Za każdym razem robiłam to inaczej i szczerze, dopiero za trzecim razem poczułam, że coś naprawdę zamknęłam. Wcześniej miałam wrażenie, że część mnie zostaje w starym miejscu - takie niedopowiedzenie. Ale zanim cokolwiek opiszę, chciałabym wiedzieć, jak długo tam mieszkasz i czy to miejsce, z którym masz dobre wspomnienia, czy raczej chcesz po prostu zostawić je za sobą?
Ja właśnie to przerabiałam jakieś dwa lata temu. Wyprowadzałam się z mieszkania po rozstaniu, więc siłą rzeczy chciałam nie tylko pożegnać miejsce, ale i energetycznie zakończyć pewien etap. Robiłam dwie rzeczy osobno - jedno dla mieszkania, drugie dla siebie. Zaczęłam od przejścia przez każdy pokój z zamiarem, powiedziałabym że dosłownie głośno podziękowałam każdemu pomieszczeniu za to, co tam przeżyłam. Brzmi dziwnie, ale naprawdę miałam potem poczucie, że wychodzę lżejsza.
A ja się zastanawiam, czy takie rytuały pożegnalne to nie jest przypadkiem bardziej dla nas niż dla miejsca? Znaczy, czy mieszkanie cokolwiek 'czuje', czy my po prostu potrzebujemy symbolu domknięcia? Pytam serio, bo sama nie wiem, jak o tym myśleć.
za trzecim razem przede wszystkim dałam sobie czas. Nie zrobiłam wszystkiego w dniu wyprowadzki, bo to jest chaos - kartony, klucze, stres. Pojechałam jeszcze raz dwa dni po tym, jak formalnie oddałam mieszkanie. Poprzedni właściciel mi na to pozwolił. Usiadłam na podłodze w pustym pokoju - i to jest kluczowe, żeby było puste, bez twoich rzeczy - i po prostu byłam tam przez chwilę. Potem zapalilam jedno ziele, przetarłam parapety solą i wyszłam. Proste, ale to 'puste mieszkanie' zrobiło różnicę. Kiedy są jeszcze twoje rzeczy, to nadal jest twoje. Gdy jest puste, czujesz że naprawdę się kończy.
Szczerze, to dla mnie zawsze był temat trochę z pogranicza - pożegnanie miejsca. Ale kiedy wyprowadzałem się ze swojego pierwszego mieszkania, to poczułem coś dziwnego. Nie wiem jak to nazwać. Jakbym zostawiał tam coś swojego, nie w sensie metaforycznym, tylko dosłownie. Przez kilka tygodni miałem takie uczucie, że 'zapomniałem czegoś odebrać'. Może to tylko psychologia, może nie - ale coś tam zostało niezamknięte.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z innej strony - czy macie poczucie, że kiedy nie pożegnacie miejsca 'porządnie', to potem coś jest nie tak w nowym? Pytam, bo przeprowadzałam się kiedyś w pośpiechu i przez długi czas w nowym miejscu nie mogłam się poczuć u siebie. Nie wiem, czy to związek przyczynowy, ale zbieżność mnie uderzyła.
da się. To nie jest tak, że musi być pusto. Chodzi bardziej o intencję i skupienie. Jeśli nie będziesz mieć okazji wrócić, zrób to dzień przed lub nawet w dniu wyprowadzki, ale zanim wyjdą ostatnie kartony. Wybierz jeden moment, kiedy będzie relative cicho, wejdź do każdego pokoju i powiedz coś od siebie - wewnętrznie lub głośno, jak wolisz. Przetarcie progów solą możesz zrobić na samym końcu, wychodząc. Sól to stara rzecz, pojawia się w różnych tradycjach przy zamykaniu przestrzeni.
A czy ktoś robił coś z fotografiami albo przedmiotami związanymi z miejscem? Mam jedną świeczkę, którą kupilam jak się tu wprowadzałam i paliłam ją co roku na 'rocznicę' tego mieszkania - brzmi dziwnie, ale tak robiłam. Zastanawiam się, czy ją zapalić przy pożegnaniu, czy zostawić, czy co z nią zrobić.
Nie brzmi dziwnie, to jest piękny zwyczaj. Ja bym ją zapaliła właśnie na tym pożegnaniu i dała jej dopalić się do końca. Żeby to co zaczęłaś tutaj, symbolicznie zakończyło się tutaj. Albo jeśli to dla ciebie ważny przedmiot - weź ją ze sobą i zapal w nowym miejscu, ale już z inną intencją, jako nowy początek. Co bardziej czujesz?
Ta świeczka to coś konkretnego, nie abstrakcja. Wydaje mi się, że właśnie takie osobiste rzeczy mają w tych rytuałach największą wagę - nie żadna gotowa instrukcja z internetu, tylko coś, co naprawdę znaczy coś dla ciebie. Choć jestem ciekawa, czy są jakieś tradycje, które mają ustalony rytuał pożegnania z domem - nie indywidualny, ale zbiorowy, kulturowy?
To z tym 'domowym' to mnie trochę zaskoczyło, bo zawsze myślałem, że to bardziej bajkowe, dziecięce skojarzenie. Ale teraz jak Hela mówi, że miała poczucie jakiejś obecności w tym mieszkaniu - to może właśnie o to chodzi. Że my wyczuwamy coś, czego nie umiemy nazwać, i dawne tradycje po prostu miały na to słowo. Ciekawe czy ten 'domowy' to koncept wyłącznie słowiański, czy to się powtarza w różnych kulturach.
To jest właśnie coś, co zawsze mnie w tym ciągnie - że to nie jest specyfika jednej kultury ani jednej epoki. Że niezależnie od siebie ludzie dochodzili do podobnych wniosków. Czy to o czymś świadczy, czy to tylko wspólna psychologia - nie wiem. Ale mi to daje poczucie, że ta intuicja, że coś tu jest, niekoniecznie jest wymysłem.
Słuchajcie, to z tym ogniem przy wychodzeniu - to mnie uderza, bo przecież świeczka Heli to jest coś bardzo podobnego. Zapalona na początku i potencjalnie gaszona na końcu. Niespecjalnie planowane, a tematycznie zbieżne z tym, co kultury robiły od tysięcy lat.
Dokładnie. I teraz mam dylemat bardziej praktyczny - czy dać jej dopalić się do końca podczas rytuału pożegnalnego, czy zabrać ze sobą do nowego? Bo mam dwie różne intuicje i nie wiem, którą słuchać. Jedna mówi: zostaw tu, niech się spali, zakończ. Druga mówi: to jest coś twojego, weź to ze sobą.
a co ta świeczka dla ciebie znaczy? Znaczy - czy to jest bardziej symbol tego mieszkania, czy symbol ciebie w tym mieszkaniu? Bo to chyba zmienia decyzję.
Jeśli to etap - to bym ją zabrała i zapaliła w nowym miejscu, ale nie od razu. Może po kilku tygodniach, jak już zaczniesz się tam czuć u siebie. Żeby to była ciągłość, a nie przeniesienie całego bagażu na dzień dobry.
A ja wracam do swojego pytania z wcześniej, bo nikt go nie odpuścił do końca - czy to jest dla miejsca, czy dla nas. Bo teraz jak słyszę tę rozmowę o świeczce, to mi się wydaje że jednak bardziej dla nas. Nie w sensie że to 'tylko psychologia' i przez to mniej ważne. Tylko że to my potrzebujemy tego symbolu, żeby coś w nas się zamknęło.
No ale jak mieszkanie miałoby 'reagować' - to na co konkretnie? Na naszą intencję? Na gest? Nie mówię, że to niemożliwe, tylko że nie rozumiem mechanizmu. I nie wiem czy ktokolwiek go rozumie, czy to jest po prostu przekonanie.
Myślę podobnie jak Zawilec. Nie potrzebuję rozumieć mechanizmu, żeby czuć że to ma sens. Ale Celestyn zadał dobre pytanie, bo właśnie to jest granica między 'robię to świadomie i z intencją' a 'powtarzam rytuał bo tak się robi'. Ja wolę to pierwsze.
I to właśnie odróżnia rytuał od procedury. Rytuał bez rozumienia co i dlaczego robi się pusty. Dlatego nie ma jednej instrukcji. Dlatego Hela z tą świeczką - to jest jej rzecz, nie przepis z internetu.
Czytam tę rozmowę od początku i tak właściwie mam pytanie - czy ktoś robił coś przy przeprowadzce do nowego miejsca też? Nie tylko pożegnanie starego, ale przywitanie nowego? Bo jakoś w całej rozmowie jest więcej o zostawianiu niż o wchodzeniu.
Ulcia, dobre pytanie - ja też o tym myślałam, ale jakoś utknęłam na tej warstwie pożegnania, bo ona jest dla mnie trudniejsza. Ale masz rację, że jedno bez drugiego jest niepełne. Jak wchodzisz do nowego miejsca bez żadnego gestu, to trochę jakbyś weszła tylnymi drzwiami.
Ten wątek przywitania nowego miejsca to ciekawy kierunek. W kontekście rytuałów inicjacyjnych obchodzenie przestrzeni jest jednym z archetypowych gestów - ustanawiasz granicę, dajesz sobie sygnał 'to teraz moje'. Ulcia mogła trafić na to intuicyjnie.
Mnie ta rozmowa między Celestynem a Zawilec przypomina coś, o czym myślałam przy okazji tej przeprowadzki - że właściwie nie wiem i już przestałam próbować zdecydować, po której stronie jestem. Robię rytuały bo czuję że coś się zamyka albo otwiera, niekoniecznie dlatego że mam teorię dlaczego działają.
A ja się zastanawiam nad tym wchodzeniem do nowego miejsca od innej strony - czy ważne jest co wnosisz jako pierwsze? Bo moja mama mówiła coś o chlebie i soli, ale nie pamiętam szczegółów. To jest jakaś konkretna tradycja czy raczej ogólna symbolika?
Jestem w tej rozmowie od chwili, ale chcę coś dodać do kwestii wchodzenia do nowego miejsca. W kilku tradycjach pierwszą rzeczą, którą wnoszono był ogień - świeczka lub żar z poprzedniego domu. Bryza wspominała o larach, ale to samo pojawia się np. u Celtów. Ciągłość ognia jako ciągłość 'ja', nie miejsca.
