To co piszą Koperek i Tosia93 jest bardzo bliskie mojemu doświadczeniu i cieszę się że to padło. Ja też próbowałam 'samego siedzenia' i za każdym razem wracałam do formy, bo bez niej nie czuję żadnej granicy między tym czasem a resztą dnia. Ale zastanawiam się teraz - czy to znaczy że forma mnie trzyma, czy że bez niej nie umiem tego zrobić sama?
Właśnie, bo ta granica o której mówi Leontyna65 to jest w magii ceremonialnej bardzo konkretna rzecz - wejście i wyjście z kręgu to nie jest ozdoba tylko zmiana stanu. I ten stan jest właśnie tym czego szukasz robiąc rytuał dla siebie. Więc nie ma sensu tego upraszczać do 'sama forma' kontra 'sama wola'.
Właśnie to mnie tu zatrzymuje. Czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i rozumiem argumenty obu stron, ale nie rozumiem po co to rozdzielać jeśli efekt jest ten sam. Czy to znaczy że rytuał 'magiczny' robi coś więcej niż ten 'higieniczny', tylko tego nie widać w samopoczuciu? Albo inaczej - po czym w ogóle poznać że coś więcej się dzieje?
Roksanka_69 opisuje jeden sposób rozumienia tej różnicy, ale jest też inny. W tradycjach takich jak chociażby niektóre nurty tantryczne albo w praktykach wywodzących się z psychologii głębi, praca 'wewnętrzna' i praca 'zewnętrzna' nie są rozdzielone w ten sposób - zmiana w psychice jest jednocześnie zmianą w tym co manifestowane. Więc granica którą zaproponowała Malinowa jest funkcjonalna, ale nie jest jedyna możliwa.
To co mówi Shangie jest ważne, bo jak się zaczyna mieszać te dwa modele, to można dojść do wniosku że rytuał dla zdrowia psychicznego 'tylko' normalizuje stan wewnętrzny a ten 'prawdziwy' magiczny coś więcej. I to jest chyba błędna hierarchia. Skuteczny rytuał psychohigieniczny który naprawdę zmienia coś w tym jak funkcjonujesz przez resztę dnia to nie jest 'mniej'.
Bardzo dziękuję za ten wątek z notatkami, bo naprawdę mi to dużo daje do myślenia. Sama zaczęłam prowadzić coś podobnego, choć nieregularnie, i widzę podobną zależność - w trudniejszych momentach wszystko się spłaszcza, też wpisy, też czas działania. Zastanawia mnie czy to nie jest po prostu tak że w stresie mamy mniej zasobów i rytuał z trudem 'przebija się' przez ten hałas wewnętrzny.
Chyba nie da się tego ocenić z zewnątrz i nawet od środka jest to trudne, prawda? Tzn. kiedy jesteś w środku kryzysu to nie masz dostępu do siebie żeby stwierdzić że potrzebujesz innego rodzaju rytuału. To jest trochę paradoks.
Ja mam wrażenie że to nie jest sprzeczność do rozwiązania tylko napięcie do utrzymania. Tzn. ciągłe balansowanie między automatem a obecnością jest chyba wpisane w każdą dłuższą praktykę i nie ma stanu w którym to napięcie znika. Przynajmniej u mnie tak to działa od lat - zawsze jest moment w rytuale gdzie mogę wpaść w automat albo wrócić do kontaktu, i to nie zależy od stażu.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie do Melanijka - piszesz 'od lat', więc czy to napięcie z czasem robi się łatwiejsze do utrzymania, czy raczej zostaje dokładnie tak samo wymagające?
Właśnie o tym myślałam czytając kilka ostatnich postów. Ta rozmowa o automatyzmie i obecności skręca w kierunku pytania o to co w ogóle definiuje rytuał jako rytuał, a nie po prostu nawyk. Bo nawyk też może być zdrowy, też może stabilizować - ale chyba nikt nie powie że codzienna kawa to rytuał w sensie który nas tu interesuje.
Granica między nawykiem a rytuałem to klasyczne pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi, ale jeśli miałabym powiedzieć co ją wyznacza to pewnie intencja i ramowanie. Nawyk robi się żeby osiągnąć cel praktyczny - kawa żeby się obudzić. Rytuał ma jakiś wymiar symboliczny który wykracza poza sam efekt. Ale Czeremcha ma rację że ta granica jest płynna i zależy od tego co osoba do danej czynności wnosi, nie od samej czynności.
Ale skoro granica jest w intencji a nie w czynności, to czy rytuał dla zdrowia psychicznego nie jest zawsze trochę podejrzany? Tzn. jeśli robię coś żeby poczuć się lepiej, to mam już konkretny cel praktyczny i to chyba bardziej zbliża go do nawyku niż do rytuału w rozumieniu Shangie.
To co opisuje Sylweria62 bardzo mi bliskie, mnie też raz próbowałam 'wyłączyć' i nie umiałam. Ale pomyślałam o czymś innym - czy te rytuały które robimy dla zdrowia psychicznego muszą być nasze własne, wypracowane, czy równie dobrze działają takie przejęte z jakiejś tradycji? Bo widzę że tu wszyscy mówią głównie o swoich, indywidualnych.
To jest dobre pytanie i chyba nikt tu jeszcze tego nie dotknął wprost. Z mojego doświadczenia - rytuał przejęty z tradycji ma inny rodzaj oparcia niż własny. Własny budujesz od zera i masz pełną kontrolę nad każdym elementem, ale nie ma za nim nic poza tobą. Tradycyjny niesie ze sobą warstwy znaczeń które działają niezależnie od tego czy je wszystkie rozumiesz. Pytanie co w danym momencie potrzebujesz.
Ja właśnie jestem na etapie gdzie próbuję różnych rzeczy i zastanawiam się nad tym co Malinowa napisała o wewnętrznej logice. Bo jak to słyszę, to mam wrażenie że te rytuały złożone z różnych tradycji które sama próbuję budować mogą być trochę chaotyczne. Tylko nie wiem jak to poprawić nie mając głębokiej wiedzy o każdej z tych tradycji z osobna.
Wróćmy na chwilę do tego co mówiła Malinowa o wewnętrznej logice - bo Shangie to trochę rozwinęła, ale nadal nie czuję jak to sprawdzić w praktyce. Tzn. mówicie żeby nie mieszać symboli które w swoich tradycjach oznaczają przeciwieństwa - ale skąd ktoś taki jak ja ma wiedzieć co z czym jest sprzeczne? Czy jest jakiś sposób żeby to ocenić nie będąc ekspertem od każdej tradycji?
A może właśnie o to chodzi? Że różnica nie jest jakimś szczególnym misterium, tylko tym że w rytualne ramy wkładasz uwagę i intencję której zwykle nie przykładasz do codziennych czynności. To nie jest wyjątkowe w sensie magicznym, ale jest wyjątkowe w sensie psychologicznym - bo większość dnia żyjemy na autopilocie i rytuał to świadome wyjście z tego trybu.
No ale to właściwie potwierdza mój wcześniejszy zarzut - że rytuał dla zdrowia psychicznego jest po prostu świadomą czynnością z intencją. Gdzie tu jest granica między rytuałem a po prostu uważnym piciem kawy albo świadomym spacerem? Bo jeśli ta granica jest tylko w głowie, to czy to nie jest trochę nadawanie prostym rzeczom zbędnej otoczki?
Ciekawe że ta rozmowa cały czas kręci się wokół pytania o to co rytuał robi inaczej niż inne praktyki. Czytałem kiedyś o czymś co antropolodzy nazywają 'bracketing' - czyli wyraźne oznaczenie początku i końca czegoś jako odrębnego od codzienności. I właśnie ten nawias symboliczny jest tym czego brakuje w uważnym piciu kawy - nie ma wyraźnego wejścia i wyjścia, rytuał ma.
Mam w notatkach taki zapis z okresu kiedy porównywałam różne podejścia - że rytuały które miały wyraźne wejście i wyjście działały na mnie inaczej niż te gdzie po prostu zaczynałam i kończyłam kiedy mi się skończyło. Sama różnica w tym jak się czułam po była zauważalna. Nie wiem czy to był efekt tego nawiasu o którym Dadzbog pisze, czy po prostu fakt że bardziej się przykładałam do zaplanowanych rzeczy.
Dziękuję za ten wątek o nawiasie, bo to mi dużo wyjaśniło! Właśnie zastanawiam się teraz czy rytuały które robię mają ten element i chyba nie zawsze. Shangie, czy jest jakaś różnica między tym jak ten nawias wygląda w tradycjach a tym jak można go zbudować samemu?
W tradycjach ten nawias jest często bardzo wyraźny - bicie w bębny, zapalenie świecy, wypowiedzenie konkretnej frazy, okadzenie przestrzeni. To są sygnały które mają długą historię użycia i przez to mają swój ciężar. Własny nawias możesz zbudować z czegokolwiek co dla ciebie znaczy 'teraz zaczynam' - ale żeby działał, musi być konsekwentny. Jednorazowy gest nic nie zrobi, ale ten sam gest powtórzony wiele razy zaczyna sam w sobie coś oznaczać.
A jeśli ten nawias który sobie wypracowałam przez długi czas przestaje działać, tzn. robię go i nic już nie czuję, to znaczy że trzeba zmienić cały rytuał czy tylko ten element?
Ja miałam taką sytuację kilka miesięcy temu - rytuał który robiłam regularnie przez dłuższy czas nagle zaczął mi się kojarzyć z obowiązkiem. Zrobiłam przerwę i po jakimś czasie sama z siebie wróciłam do niego i było zupełnie inne odczucie. Nie wiem czy to jest ten mechanizm o którym Kornelia mówi, ale coś w tym jest.
