Ostatnio rozmawiałem z kimś, kto powiedział mi wprost: "nie robię rytuałów, bo nie chcę, żeby ktokolwiek o tym wiedział". I to mnie zatrzymało na chwilę, bo ta osoba codziennie rano siada w tym samym miejscu, przy tym samym oknie, oddycha przez kilka minut w określony sposób i dopiero potem zaczyna dzień. Zapytałem, czy to medytacja. Wzruszyła ramionami. Ale patrząc na to z zewnątrz - jest czas, jest miejsce, jest powtarzalność, jest intencja. Granica między "świadomą pracą z oddechem" a rytuałem robi się bardzo cienka. Ale to tylko jedna strona tego, co mnie tu sprowadza. Drugi wątek to właśnie kwestia prywatności. Kiedy praktykujesz coś regularnie i celowo, w którym momencie zaczyna to być "twoje" w takim sensie, że chronisz to przed światem? I czy ujawnienie tego, co robisz, zmienia samą praktykę?
To ciekawe, że zacząłeś od oddechu, bo ja długo myślałam, że rytuał to musi mieć jakąś oprawę. Świece, określone słowa, coś widocznego. A potem sama łapałam się na tym, że mam sekwencję czynności przed wyjściem z domu, która trwa może trzy minuty, jest zawsze taka sama i kiedy ją pominę, to dzień jakoś nie "leży". Czy to rytuał? Dla mnie teraz tak. Ale nikomu o tym nie mówiłam latami. Nie ze wstydu, po prostu czułam, że mówienie o tym na głos coś z tego odbiera. Jakby słowa robiły z tego coś mniejszego.
dla mnie ta rozmowa o oddechu ma sens bo sama zaczełam od oddechowych ćwiczeń zupełnie świeckich i po kilku miesiącach zorjentowałam się że to stało się czymś więcej. Nie planowałam. Ale mam teraz pytanie do Heliotropa - czy ta osoba, o której piszesz, w ogóle identyfikuje to co robi jako praktykę duchową? Bo może dla niej to jest po prostu higiena poranna i tyle. Czy na siłę szukamy rytuałów tam, gdzie ich nie ma?
No ale antropolodzy patrzą z zewnątrz, a my tu mówimy o czymś zupełnie innym - o własnej praktyce. Myślę, że kluczowe jest to czy jest w tym ŚWIADOMOŚĆ. Oddychanie bez świadomości to fizjologia. Oddychanie z intencją, w określonej sekwencji, to już coś innego. Znam kilka technik pranajamy gdzie sama kolejność wdechów i wydechów aktywuje różne rejony energetyczne. To nie jest to samo co oddychanie przy kawie.
Słucham tej rozmowy i mam trochę inny kąt widzenia. Ja zaczęłam od afirmacji, które mówię cicho do siebie, i to też jest codzienna sprawa. Nikomu nie mówię, bo moja rodzina by nie rozumiała. Ale zastanawia mnie co Heliotrop napisał na początku - że ujawnienie może zmienić samą praktykę. Czy macie konkretne przykłady? Bo mam wrażenie, że dla mnie trzymanie tego dla siebie jest po prostu pragmatyczne, nie magiczne.
efekt performatywny to dla mnie nowe słowo ale rozumiem o co chodzi. jak robisz coś tylko dla siebie to mozesz być brzydka i nieokrzesana, a jak wiesz że ktoś patrzy to się prostuje. pytanie czy rytuał który robimy "na pokaz" choćby tylko przed jedną osobą jeszcze działa tak samo. bo ja mam taki zwyczaj że jak mam ciężki okres to robię coś bardzo prostego - zapalona świeczka, cisza i coś w rodzaju przeglądu tygodnia w głowie. jak raz mi się zdarzyło że ktoś wszedł do pokoju, to czułam jakby coś się urwało. nie dlatego że ktoś przeszkodził, ale właśnie dlatego że nagle byłam obserwowana.
przepraszam że wchodzę z innej strony, ale ja w ogóle nie wiedziałam że pranajama to jest coś więcej niż ćwiczenie oddychania z jogi. czytam ten temat z zaciekawieniem i mam pytanie może głupie - czy rytuałem może być coś, co robimy całkowicie przypadkowo? znaczy że zaczyna się jako nawyk, potem okazuje się że ma efekty i dopiero wtedy nadajemy temu znaczenie?
Czytam tę rozmowę i mam takie skojarzenie z dzieciństwa - u nas w domu babcia miała swoje rzeczy, które robiła regularnie, i nikt nie mógł przy tym być. Pamiętam, że jako dziecko próbowałam kiedyś wejść i wyprosiła mnie. Nigdy nie powiedziała wprost co robi, ale wiedziałyśmy z siostrą że coś się dzieje. I to zamknięcie drzwi jakoś... wzmacniało tę sprawę? Mam na myśli, że ta prywatność była częścią tego co robiła. Nie przypadkowa.
mi wydaje się że to zależy od tego co ta druga osoba wnosi. jak robię coś przy kimś kto jest naprawde obecny razem ze mną, to wcale nie jest gorsze. ale jak ktoś siedzi obok i np. czeka żeby mieć to z głowy, to czuję to i cała sprawa się rozłazi. może to kwestia intencji tej drugiej osoby a nie samej obecności jako takiej
nie do końca rozumiem jedno - piszecie o intencji świadka, o jego obecności. ale co jeśli ktoś jest świadkiem zupełnie nieświadomym? na przykład jak ktoś robi coś rytualnego w parku, na zewnątrz, i obok przechodzą ludzie którzy w ogóle nie wiedzą co się dzieje. czy to też ma znaczenie?
to jest pytanie które mnie zaskoczyło. bo jak tak myślę - nie, ten przechodzeń mi nie przeszkadza. a osoba ktora wie że cos robię już tak. więc to naprawde jest kwestia bycia widzianą i rozumianą, nie samej obecności innych ludzi. to mi coś wyjaśnia o sobie.
a ja mam takie doświadczenie że raz powiedziałam mężowi o jednej ze swoich afirmacji - dosłownie jednej - i on tak dziwnie zareagował, nic złego nie powiedział, ale coś było w tej reakcji. i przez tydzień nie mogłam tego robić normalnie bo cały czas miałam w głowie jego minę. więc dla mnie to nie jest abstrakcja, to jest bardzo konkretny problem z ujawnianiem.
przepraszam że wejdę z boku, ale to pytanie Wikusi mnie zatrzymało. bo jeśli mówienie o rytuale jest częścią rytuału - to czy każda rozmowa na tym forum jest też rodzajem praktyki? to brzmi trochę abstrakcyjnie ale poważnie pytam, bo nie wiem jak to rozumieć
mam z tym trochę inaczej i nie wiem czy to dobrze czy źle. mi mówienie o tym co robię pomaga to zrozumieć. jakbym musiała przetłumaczyć na słowa żeby sama dla siebie zobaczyć co właściwie się dzieje. może to zależy od tego jak ktoś myśli - wizualnie, werbalnie, w odczuciach ciała? bo jeśli ktoś myśli słowami, to może słowa są jego sposobem na integrację a nie rozproszenie?
i tu wracamy do oddechu z opisu tematu. bo oddech jest właśnie na granicy - somatyczny, ale można go obserwować werbalnie, można go opisywać, śledzić, i to nie niszczy praktyki. przynajmniej tak jest w niektórych technikach. zastanawiam się czy to dlatego że oddech jest tak fundamentalny że nawet obserwacja słowna nie jest w stanie go zdominować?
a ja mam takie pytanie do tych z was którzy czują że obecność świadka coś psuje - czy to by się zmieniło gdyby ta druga osoba też robiła to samo? bo jedna rzecz to ktoś obcy który po prostu jest obok, a inna to sytuacja gdzie dwie osoby razem świadomie oddychają. czy wtedy nadal jest poczucie że coś odpływa?
mam pytanie do Anusi - to "coś w przestrzeni" - mówisz o energii miejsca? bo w tradycji runicznej jest coś takiego że miejsce gdzie wielokrotnie pracujesz zbiera pewien charakter. ale nie wiem czy to jest to samo o czym mówisz czy coś innego.
ja wiem że to może brzmieć jak unik ale myślę że to rozróżnienie jest ważne z innego powodu. jeśli to tylko skojarzenia neurologiczne, to świadek zewnętrzny nic nie poczuje. jeśli jest coś więcej, to poczuje. i to jest sposób na sprawdzenie. tyle że trudno to zorganizować rzetelnie 🙂
i tu jest chyba odpowiedź na to dlaczego ludzie tak strzegą swoich przestrzeni praktyki. nie tylko dlatego żeby nikt nie przeszkadzał podczas rytuału, ale żeby to miejsce nie było przypadkowo "odczytywane" przez kogoś kto nie ma z tym nic wspólnego. chociaż nigdy o tym tak nie myślałam wprost.
to jest interesujące odwrócenie - że prywatność nie jest właściwością rytuału lecz relacji między rytuałem a obserwatorem. w socjologii jest coś podobnego, Erving Goffman pisał o "backstage" jako przestrzeni gdzie zachowania mają inny charakter właśnie dlatego że publiczność jest nieobecna lub nieodpowiednia. może rytuał jest zawsze "backstage" niezależnie od tego czy ktoś fizycznie patrzy.
a co się dzieje kiedy ktoś wchodzi? bo to jest pytanie bardzo praktyczne. miałam kilka takich sytuacji i za każdym razem reakcja była inna. raz osoba weszła i nic się nie zmieniło bo byłam już tak głęboko że zewnętrze mnie nie dotykało. innym razem ktoś tylko otworzył drzwi na chwilę i wszystko się rozpadło. skąd ta różnica?
ja słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam proste pytanie które może głupie - czy jest jakaś praktyczna różnica między rytuałem który jest prywatny z wyboru a takim który jest prywatny z konieczności? bo niektórzy chowają praktyki żeby nikt nie oceniał a inni bo to po prostu nie jest dla innych. to chyba nie to samo?
prywatność konstytutywna - dobra nazwa. mi to przypomina to co w alchemii jest opisywane jako "vas hermeticum" - naczynie szczelne. nie dlatego że zawartość jest niebezpieczna dla zewnętrza ale dlatego że musi być odizolowana żeby proces mógł zajść. otwarcie niszczy proces nie dlatego że jest zakazane ale dlatego że zmienia warunki.
szczelność wewnętrzna - to jest bardzo dobre rozróżnienie. w praktykach jogi nidry jest coś podobnego - pratyahara, wycofanie zmysłów. nie chodzi o to że bodźce zewnętrzne znikają ale że przestajesz na nie odpowiadać automatycznie. i w tym sensie można być szczelnym w środku tramwaju. pytanie tylko czy to jest wtedy rytuał czy tylko stan.
w tradycji runicznej są bloty i galdr i każde z nich ma swój porządek - wejście, środek, zamknięcie. ale czy to jest "opisane" to zależy od źródła. część praktykujących mówi że forma jest przekazywana, część że dochodzi się do niej intuicyjnie. mnie uczono że brak zamknięcia to jak zostawienie otwartych drzwi. ale przyznam że nie wiem czy to reguła czy metafora.
a czy te dwie motywacje muszą się wykluczać? mam wrażenie że w praktyce często idą razem - szczelność chroni i jednocześnie pozwala procesowi zajść. choć przyznaje że nie mam doświadczenia z tradycjami gdzie to jest formalnie oddzielone.
to jest właśnie to co mnie ciekawi od początku tego tematu. w pranajamie jest kumbhaka - zatrzymanie oddechu - i to może funkcjonować jako wyraźna granica. wejście w kumbhakę to jakby przekroczenie progu. ale czy to już czyni z tego rytuał czy tylko technikę oddechową ze świadomą granicą? sam nie wiem.
