To pytanie Marlenki mnie zatrzymało. Bo właśnie wychodzę z mieszkania gdzie było naprawdę ciężko i nie wiem co z tym zrobić. Nie chcę pisać listu z podziękowaniem bo byłoby to nieprawdziwe, ale nie wiem też czy należy mi się złość na ścianę. To trochę absurdalne jako scenariusz.
Słucham tego i myślę że ta rozmowa dotknęła czegoś co rzadko się mówi wprost - że rytuały przejścia mogą być też aktem oddzielenia od czegoś toksycznego, a nie tylko świętowaniem zmiany. W tradycjach szamańskich jest coś co można przetłumaczyć jako 'odcinanie linii' - nie z nienawiścią, ale z wyraźną intencją że coś już nie ma prawa iść za tobą.
Odcinanie linii to bardzo szerokie pojęcie i w różnych tradycjach wygląda różnie. W tybetańskim budhyzmie jest coś podobnego w rytuałach chod gdzie dosłownie przecinasz przywiązania, ale to jest złożona praktyka. Nie wiem czy warto to mieszać z przeprowadzką bo to inny poziom pracy.
I tu wracamy do przeprowadzki jako konkretnego przypadku - bo ona sama w sobie jest takim fizycznym gestem. Wyjście z kluczami i zamknięcie drzwi za sobą to już rytuał, nawet jeśli go nie nazwiesz. Problem jest kiedy to się robi mechanicznie i nie zostawia śladu w pamięci. Dlatego różne kultury robiły z tego świadomy moment.
Dokładnie. Ja miałam przeprowadzkę gdzie dosłownie uciekałam i nie miałam czasu na żadne świadome zamknięcie. I przez długo potem śniłam o tamtym mieszkaniu, ale w snach zawsze szukałam czegoś co tam zostawiłam. Dopiero jak specjalnie pojechałam w to miejsce i przeszłam obok budynku, to te sny się urwały.
To co Vinta mówi jest dla mnie bardziej przekonujące niż jakikolwiek rytuał z listą kroków. Bo to było autentyczne, a nie zaplanowane. I zastanawiam się czy właśnie ta autentyczność nie jest ważniejsza niż forma.
Mam pytanie bo sie zgubiłam trochę - czy rytuał zamknięcia miejsca to zawsze musi być coś co robimy osobno od przeprowadzki? Bo jak słucham tej rozmowy to mam wrazenie że to dwa różne procesy, ale nie umiem ich rozgraniczyć.
Właśnie i tu numerologia robi swoje bo wiadomo kiedy jest dobry moment na takie zamknięcie, a kiedy na otwarcie. Ale niezależnie od dat - zgadzam się z Bernadką że chaos przeprowadzki to zły moment na cokolwiek symbolicznego. Są ludzie którzy mają dni osobiste na zamykanie i na otwieranie i między nimi jest kilka tygodni naturalnej przerwy.
To ciekawe co Darka mówi, bo ja chyba robiłam właśnie to - nieświadomie blokowałam osiadanie bo wciąż porównywałam nowe miejsce ze starym. I nie żadna numerologia mi to powiedziała, tylko po prostu w pewnym momencie zrozumiałam że to ja sama nie chcę puścić. Może rytuał zamknięcia miałby mi pomóc właśnie w tym?
To co Marlenka napisała na koniec jest dla mnie kluczem do całej tej rozmowy - że to ona sama nie chciała puścić, nie miejsce ją trzymało. I to jest coś co widzę bardzo często kiedy ludzie pytają o rytuały przeprowadzki albo zmiany pracy. Szukają formy, a problem leży zupełnie gdzie indziej.
Też tak to widzę, ale dodałabym jeszcze jeden sygnał - czy w nowym miejscu możesz się skupić na tym co jest, czy ciągle mentalnie wracasz do poprzedniego. Nie nostalgia, tylko takie automatyczne porównywanie, jakby nowe było tymczasowe.
A co jeśli ktoś zmienił pracę i czuje dokładnie to samo - że nowe miejsce jest jakby 'nierealne', tymczasowe? Bo w tej rozmowie dużo jest o przeprowadzkach ale praca to chyba inny rodzaj przywiązania, co nie?
W pracy chodzi tez o tożsamość zawodową która jest mocno związana z tym miejscem. Ja kiedy zmieniałem pracę przez jakis czas nie wiedziałem jak sie przedstawiać bo w głowie cały czas myślałem o sobie przez pryzmat starego stanowiska. To nie jest tylko sentyment, to jest literalnie kwestia tego kim jesteś.
To jest właściwie sedno sprawy z rytuałami dla nowych początków - one mogą działać jako punkt w czasie, który mówi 'to jest moment kiedy zmieniam narrację o sobie'. Nie musisz od razu wiedzieć kim jesteś w nowym miejscu, ale rytuał może oznaczyć że stara wersja definitywnie się skończyła. To brzmi abstrakcyjnie, ale ma bardzo konkretne przełożenie na to jak potem funkcjonujesz.
Właśnie Hania dotknęła czegoś ważnego - że efekty były realne. Nie ma sensu spierać się o mechanizm jeśli coś działa. Ale to otwiera kolejne pytanie: jak w ogóle mierzysz czy rytuał na zmianę pracy czy przeprowadzkę zadziałał? Co jest miarą sukcesu?
No właśnie bo jak mi ktoś pyta czy rytuał zadziałał to co mam powiedzieć? Ze dostałam awans? Że czuję sie lepiej? Że przestałam śnić o poprzednim biurze jak Vinta z mieszkaniem? Nie ma jednej miary chyba.
Nie zgadzam się że nie ma konkretnego efektu. Jak robisz rytuał otwarcia na nowe miejsce pracy to powinien być jakiś znak - sen, zbieg okoliczności, coś co potwierdza że energia jest właściwa. Jeśli tego nie ma to albo zły timing albo rytuał był nieefektywny.
Przepraszam że wchodzę w połowie ale - Szaman - czy to nie jest ten sam argument co Zielarka robiła wcześniej? Że to tylko psychologia, że to tylko mózg? I sam mówiłeś że to fałszywa dychotomia.
Dobra ale wróćmy do praktyki bo gubimy się w filozofii. Bernadka zapytała o miarę sukcesu - dla mnie jest jedna praktyczna miara: czy po jakimś czasie od rytuału czujesz że nowe miejsce jest 'twoje'? Nie że jesteś szczęśliwy ani że wszystko idzie dobrze, ale że jesteś obecny tam gdzie jesteś. To da się wyczuć i to da się porównać z tym jak było przed.
Marlenka, ale właśnie to mnie najbardziej zastanawia - że mówisz 'nie wiem czy to rytuał czy czas'. A czy to w ogóle ma znaczenie? Serio pytam, bo sama przez długo miałam to samo rozróżnienie w głowie i w pewnym momencie przestało mi na nim zależeć.
To wróćmy do tego co Bernadka zapytała - jak mierzyć sukces. Bo Szaman ma rację że subiektywność jest tu problemem, ale z drugiej strony co innego miałoby być miarą przy przeprowadzce albo zmianie pracy? Kwota na koncie? Liczba znajomych w nowym mieście?
A ja mam inne pytanie do tych co przez to przeszli - ile czasu po rytuale w ogóle dajecie sobie zanim oceniacie czy 'zadziałał'? Bo mam wrażenie że część osób ocenia za szybko.
Ten wątek z czasem jest ciekawy, bo w tradycjach nordyckich cykl transformacji liczy się w pełniach - minimum trzy, żeby zmiana osiadła. Nie po to że trzy miesiące to magiczna liczba, ale że krótszy czas to za mało żeby rozróżnić co jest efektem przejścia a co jeszcze echem starego stanu.
Dorzucę trochę z innej strony bo tu dużo o czasie, ale nie padło jedno słowo - tranzyt. Numerologicznie rok osobisty zmienia się co roku, ale tranzyt zmiany miejsca czy pracy zostawia ślad na cały kolejny rok osobisty. I to by tłumaczyło dlaczego te trzy miesiące to za mało - bo efekt jest rozłożony na cały cykl, nie koncentruje się na początku.
Hej, wracam do Gencjany z tym pytaniem o czas - bo mnie też to nurtuje. Ile dajecie sobie na 'zakorzenienie' w nowym miejscu zanim w ogóle macie wrażenie że rytuał cokolwiek zmienił? I czy robicie coś przez ten czas, czy jeden rytuał i czekasz?
Ja robiłam kilka małych rzeczy przez jakiś czas po przeprowadzce. Nie jeden duży rytuał tylko takie drobne gesty - zapalona świeca w każdym pokoju pierwszego ranka, coś do jedzenia ze starego miejsca żeby nie było cięcia jak nożem. I te drobiazgi jakoś bardziej mi zostały niż jeden wieczór z intencją.
A co z pracą zdalną? Serio pytam bo jeśli 'wchodzisz' do pracy przez laptopa to gdzie jest ten próg? Jak zaznaczasz koniec starego i poczatek nowego jeśli fizycznie siedzisz w tym samym miejscu?
