Siedzę od jakiegoś czasu z tym pytaniem w głowie i w końcu postanowiłam je wyrzucić tutaj. Chodzi mi o to, jak pogodzić regularne praktykowanie rytuałów z tym, co się dzieje ze środowiskiem. Mam na myśli bardzo konkretne rzeczy - świece, kadzidła, jednorazowe elementy ołtarzy, papier do spalania, plastikowe opakowania po ziołach ze sklepów ezoterycznych. Jak policzyłam orientacyjnie, przez rok spalam może z 80-100 świec, sporo kadzideł, zużywam różne materiały. I zastanawiam się, czy ktoś tu myśli o tym poważnie, nie na poziomie "kupuję świece sojowe zamiast parafinowych" - bo to wiem - ale głębiej. Czy praktyka w ogóle może być spójna z troską o środowisko, czy to jest fundamentalne napięcie, którego nie da się rozwiązać? Czytałam trochę o tym, jak różne tradycje indygenialne podchodziły do zasobów, i tam jest zupełnie inna logika niż ta, którą mamy my w neopaganiźmie czy eklektycznej magii. Tam nie ma "kupuję składniki do rytuału", tylko bierzesz to, co daje ci ziemia w tym miejscu i czasie. Ale my nie żyjemy w tych systemach, więc jak to przenosić?
To jest naprawdę dobre pytanie i bardzo praktyczne. Sama musiałam sobie z tym poradzić kilka lat temu, kiedy zaczęłam mocniej interesować się śladem węglowym swojego gospodarstwa domowego i nagle zobaczyłam, że moja praktyka magiczna to całkiem pokaźna część tego śladu. Kadzidła importowane z Azji, palo santo ścinane w Ekwadorze gdzie jego eksport jest mocno kontrowersyjny, biała szałwia zbierana masowo w Kalifornii... to nie są małe rzeczy. Co do tradycji indyginalnych - masz rację, że logika jest zupełnie inna, ale powiem ci coś, co mnie zatrzymało do myślenia: etnobotanicy piszą wprost, że wiele tradycji rdzennych nie jest skalowalne na 8 miliardów ludzi. One były spójne ekologicznie, bo praktykujących było mało i mieli głęboką wiedzę o lokalnym ekosystemie. Gdy miliony ludzi na całym świecie zaczną "żyć blisko ziemi" bez tej wiedzy, efekt może być odwrotny. Więc pytanie nie jest tylko "jak robić rytuały bardziej ekologicznie", ale też "jaką mam wiedzę o tym, co biorę i skąd to pochodzi".
U mnie w domu powoli przestaję kupować cokolwiek do rytuałów z zewnątrz poza naprawdę wyjątkowymi przypadkami. Ostatnio zaczęłam zbierać zioła z własnego balkonu - mam mały tymianek, rozmaryn, lawendę - i to zupełnie zmienia jakość praktyki. Nie dlatego, że "lokalne jest lepsze" jako regułka, ale dlatego, że wiem skąd pochodzi, sama to zasadziłam, podlewałam. Jest jakaś zupełnie inna relacja z tym materiałem. Ale mam pytanie do was - co z wodą? Używacie wody źródlanej w butelkach plastikowych? Bo ja długo tak robiłam i w pewnym momencie mnie to uderzyło jako kompletny absurd. Teraz zbieramy deszczówkę.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wpadamy w pułapkę optymalizowania konsumpcji zamiast pytania, czy konsumpcja w ogóle jest konieczna. Większość historycznych systemów magicznych nie wymagała fizycznych rekwizytów w takiej ilości, w jakiej my ich używamy. To jest stosunkowo nowe zjawisko - komercjalizacja ezoteryki, gdzie rynek stworzył potrzebę ciągłego kupowania czegoś. Patrzę na to z perspektywy tradycji ceremonialnej i tam narzędzia są raz wykonane, trwają latami, są konserwowane. Albo weź szamanizm syberyjski - tam bęben to było coś, co robiło się raz na życie z konkretnego zwierzęcia i konkretnego drzewa. Nie było "wymień bęben na nowy model". Więc może zanim zapytamy "jakie świece są ekologiczne", warto zapytać "ile tych świec naprawdę potrzebuję".
Wchodzę tu z nieco innej strony. Dużo pracuję z miejscami - miejscami mocy, lokalnymi źródłami, lasami. I zauważam coraz częściej, że rytuały robione w terenie zostawiają po sobie ślady - przypalona trawa, woskowe resztki, pokruszone kamienie układane w kręgi, taśmy i wstążki przywiązane do drzew. Byłam ostatnio w pewnym miejscu w Małopolsce, które jest znane wśród lokalnych grup i wyglądało jak po festiwalu. To mnie zatrzymało. Jeśli mówimy o szacunku do środowiska w kontekście rytuałów, to zacznijmy może od tego, co zostawiamy po sobie fizycznie. Nie tylko ślad węglowy zakupów, ale dosłownie ślad na glebie, drzewach, wodzie. Czy robicie rytuały w plenerze i jak to wygląda u was?
Czytam i mam pytanie, które mi się kręci w głowie od początku tej rozmowy. Mówicie o lokalnych zasobach, o zbieraniu ziół, o wodzie deszczowej - ale czy nie jest tak, że dostępność tych zasobów jest bardzo nierówna? Ktoś z balkonem i ogrodem ma inne możliwości niż ktoś w bloku w dużym mieście. Czy nie tworzymy tu trochę obrazu ekologicznej praktyki, która jest dostępna tylko dla określonej grupy? Szczerze pytam, bo sam mieszkam w mieście i mam wrażenie, że te rozmowy często zakładają dostęp do natury, którego wielu ludzi po prostu nie ma.
Powiem wam coś z perspektywy run, bo tam jest kwestia materiału bardzo konkretna. Tradycyjnie runy ryje się w drewnie lub kamieniu - oba materiały można pozyskać bez wielkich szkód, kamień zbierać z plaży czy pola, drewno z gałęzi, które same odpadły. Nie trzeba ścinać. I to jest dokładnie ta logika, o której Stefcia pisała na początku - bierzesz to co ziemia daje bez proszenia. Ale widzę w sklepach runy z kryształów egzotycznych, importowanych z Brazylii albo Madagaskaru. I ludzie się cieszą że są "naturalne". Wydobycie tych kryształów to często dramat ekologiczny i ludzki. Nie rozumie tego dlaczego naturalne=ekologiczne to takie mocne założenie w tej społeczności.
Nawiązując do pytania Stefci o jednorazowość - w tradycjach słowiańskich, które znam stosunkowo dobrze, ofiara często była pożywieniem. Chleb, zboże, miód zakopywane lub pozostawiane przy drzewie. Chemicznie czyste, biodegradowalne, zasilające ekosystem. To jest całkiem inna logika niż palenie syntetycznych kadzideł czy zawijanie przedmiotów w folię aluminiową. Słowianki jako tradycja - nie mówię o współczesnych rekonstrukcjach, ale o archiwach etnograficznych - jest pełna gestów ofiarowania, które są dosłownie żywieniem ziemi. To ciekawy kierunek, szczególnie dla tych z nas, którzy szukają tradycji bliższej kulturowo.
Czytam tę rozmowę z dużym zainteresowaniem, bo sama ostatnio o tym myślałam. Mam małe pytanie do całej grupy - jak podchodzicie do recyklingu przedmiotów rytualnych? Mam na myśli sytuację, gdy jakiś przedmiot "odpracował swoje" - czy można go po prostu wyrzucić, oddać, przetworzyć? Wiem, że są tradycje, które mówią, że przedmiotów rytualnych się nie wyrzuca, nie sprzedaje. Ale z drugiej strony trzymanie skrzynki starych kryształów kupowanych dwadzieścia lat temu bez używania ich tylko dlatego, że "nie wypada" też nie jest specjalnie ekologiczne w szerszym sensie. Jak wy to rozwiązujecie?
I tu dochodzimy do problemu, o którym już wspominałem - nierówności. Bo zdobycie informacji o naturalnych barwnikach, znalezienie dostawcy, kupienie takiego materiału - to wymaga i czasu, i pieniędzy, i pewnej sieci kontaktów. Ekologiczny rytuał staje się luksusem dostępnym dla tych, którzy mają zasoby, żeby go sobie zorganizować.
to mnie bardzo interesuje bo przy runach wielu mowi że drewno musi byc konkretne - dąb, jarzębina, jesion. I akurat to w Polsce da się znaleść lokalnie bez problemu. Ale słyszałam tez o tradycjach gdzie musi byc sandałowiec albo coś innego egzotycznego. Nie wiem jak to rozgryźć - czy to kwestia symboliki przypisanej roślinie, czy naprawdę musi byc ta konkretna roślina?
Mam wrażenie, że ta rozmowa krąży wokół jednego założenia, które warto by nazwać wprost. Większość z nas zakłada, że ekologiczność rytuału to kwestia materiałów. Ale jest jeszcze coś - relacja z miejscem i bytem, do którego kierujemy rytuał. Tradycje animistyczne nie traktują natury jako tła dla ludzkiej praktyki. Ona jest podmiotem, nie dekoracją. Może ekologiczny rytuał to nie tyle "użyj biodegradowalnego wosku", co "zapytaj ziemię o pozwolenie".
To jest zmiana perspektywy, która mnie bardzo uderza. Bo jeśli traktujemy ziemię jako podmiot, to cały język naszej praktyki się zmienia. Nie "biorę z natury" ale "proszę o to". I wtedy nawet zbieranie zioła bez nadmiernego wywozu staje się czymś, co ma inny wymiar. Ale jak to wygląda w praktyce - skąd wiesz, że jest zgoda?
Interesujące, że ta rozmowa prowadzi nas w kierunku, który jest właściwie bardzo stary - pytania o wzajemność. Wiele tradycji prekolonialnych miało wbudowane mechanizmy wzajemności z naturą, które były ekologiczne nie dlatego, że "dbały o środowisko" w naszym rozumieniu, ale dlatego, że wynikały z relacji, nie z eksploatacji. Pytanie, które mnie nurtuje: czy my możemy to odtworzyć bez ciągłości tradycji, czy będzie to zawsze rodzaj naśladownictwa?
Wracając do bardzo konkretnego pytania, które zadałam na początku - bo nie dostałam na nie odpowiedzi i mnie to nadal ciekawi. Co z przedmiotami, które "odpracowały swoje", a nie nadają się do zakopania? Na przykład ceramiczna miska, kamienna figura. Wyrzucić nie chcę, ale nie wiem co z tym zrobić. Czy ktoś ma jakieś przemyślenia, bo widzę, że wszyscy rozmawiają o materiałach wejściowych, a nie o tym, co się dzieje z przedmiotami po?
Rozbicie ceramiki to zresztą stara praktyka rytualna - w wielu kulturach rozmyślne zniszczenie naczynia oznaczało zakończenie jego funkcji i uwolnienie tego, co w nim "siedziało". Grecy robili to na Tesmoforiach, ale też w kontekście funeralnym. Więc nie jest to wymysł. Pytanie tylko - co potem z odłamkami? Ceramika ceramice nierówna, ale wypalone skorupy w glebie to właściwie nie jest problem, wręcz archeolodzy się cieszą jak je znajdują po tysiącach lat.
Też nie trafiłam na jednoznaczne opisy. Biegeleisen ma trochę o naczyniach w kontekście pogrzebowym - rozbijanie garnków przy domu po wyniesieniu ciała, żeby duch nie wrócił. Ale to inna kategoria. Jeśli mówimy o przedmiotach "odpracowanych" w sensie po prostu zużytych rytualnie - nie wiem, czy było to w ogóle tak kategoryzowane. Może po prostu dalej używano ich gospodarczo?
A to nie jest może dobry trop? Że rozdział między "przedmiotem rytualnym" a "zwykłym przedmiotem" jest dość współczesny i trochę sztuczny? Bo jak miska służyła i do rytuału, i do kiszenia kapusty, to co to zmienia w jej naturze?
Można oddać. Serio. Mam za sobą doświadczenie, że miałem kilka przedmiotów, które chciałem przekazać dalej i po prostu zapytałem znajomych czy ktoś chce. Jeden mosiężny świecznik wziął kolega, który go wyczyścił i używa zupełnie niemagicznie, bo mu się po prostu podoba. Jakoś mi to nie przeszkadzało - może dlatego, że nie traktuję przedmiotów jako naładowanych na zawsze jakimś ładunkiem, który przejdzie na kolejnego właściciela.
Mam wrażenie, że za tym pytaniem o ceramikę kryje się głębszy problem - że wiele osób nie ma wypracowanej praktyki zamykania rytuałów. Rozpocząć - wiadomo jak. Ale zakończyć, pożegnać przedmiot, zamknąć pracę - to jest jakoś pomijane. A bez tego zostają nam stosy rzeczy w zawieszeniu.
przy runach jest akurat tradycja niszczyc zestaw po którym wiesz ze juz nie jest twój. Znaczy niszczyc dosłownie - drewno można spalić, kamień rozbić. Ale to tez zalezy od tego jak ktoś rozumie "swój". Dla mnie to bardziej jak pożegnanie niż wyrzucenie.
Właściwie ta rozmowa doprowadziła nas do czegoś, o czym chyba nie myślimy na początku dyskusji o ekologicznych rytuałach - że ekologiczność to nie tylko kwestia co kupujesz i jak spalasz, ale też jak kończysz. Pełny cykl. I że rytuał bez świadomego zakończenia jest trochę jak jednorazowy kubek wyrzucony na śnieg - niby znika z oczu, ale gdzieś jest.
No i wychodzi na to, że moja ceramiczna miska może po prostu potrzebuje świadomego pożegnania, a potem może stać się doniczką. Brzmi dużo mniej skomplikowanie niż myślałam. Chociaż... czy to nie trochę zbyt pragmatyczne jak na coś, co miało być rytualne?
I wracając do samego tytułu wątku - może właśnie to jest odpowiedź na pytanie, czy praktyki mogą być ekologiczne. Mogą, ale wymaga to przemyślenia całego cyklu, od wyboru materiałów przez sposób prowadzenia, aż po to, co zostaje po zakończeniu. Żaden z tych elementów sam w sobie nie wystarczy.
Ja akurat od kilku lat robię wszystko w domu i staram się po prostu nie zostawiać śladu - zużyte materiały organiczne idą do kompostu albo do ziemi w doniczce, wosk ze świec jest zbierany i przetapiany, nic nie ląduje w koszu jeśli nie musi. Nie powiem, że to jest jakiś system, bardziej nawyk. Ale ta rozmowa o cyklu przedmiotów jakoś mi uświadomiła, że mam przemyślane wejście, a wyjście już trochę mniej. To jest coś do poprawki.
Hm, ale ta kwestia mieszania wosków mnie trochę zatrzymała. Bo to jest właściwie ten sam dylemat co z ceramiką wcześniej - czy przedmiot po rytuale jest nadal "naładowany", czy wraca do bycia neutralnym materiałem. I nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od tego co kto zakłada. Ciekawe, że te filozoficzne pytania wychodzą przy bardzo praktycznych sprawach jak utylizacja.
To jest ważny wątek, który jakoś się tu pojawia i znika - appropriacja a inspiracja. Szczególnie przy ekologicznych rytuałach jest taki trend, żeby sięgać po to co "naturalne" i zaraz się okazuje, że szuka się tego w tradycjach rdzennych. I rozumiem skąd to pochodzi, bo zachodnia tradycja magiczna przez długi czas była dość oderwana od natury, ale nie jestem pewna, czy odpowiedzią jest branie z cudzego.
