Zaczęłam ostatnio myśleć o tym, jak bardzo różni się rytuał przy zmianie pracy od tego przy przeprowadzce. Niby oba to 'nowy początek', ale energia jest zupełnie inna. Przy pracy chodzi bardziej o intencję, o to, czego chcemy od nowej ścieżki, a przeprowadzka to już coś fizycznego - nowe miejsce, nowe ściany, historia innych ludzi w tych murach. Mnie zawsze bardziej interesowało to drugie, bo po wejściu do nowego mieszkania czuć, że coś zostało. Czy wy w ogóle rozróżniacie te dwa rodzaje rytuałów, czy traktujecie wszystko jako jedną kategorię 'nowy start'?
To zależy od tego, co rozumiemy przez rytuał w ogóle. Bo jeśli ktoś traktuje to jako dekorację - zapali świeczkę, powie coś miłego pod nosem i idzie spać - to nie ma znaczenia, czy to zmiana pracy, czy przeprowadzka. Natomiast jeśli podchodzimy do tego poważnie, to tak, różnica jest zasadnicza. Przy nowym miejscu zamieszkania mamy do czynienia z przestrzenią, która ma własną historię energetyczną. W wielu tradycjach - czy to słowiańskich, czy chociażby szkockich - przekroczenie progu nowego domu poprzedzano konkretnym działaniem, nie symbolicznym. Na przykład wchodzono do nowego domu z chlebem i solą nie po to, żeby było 'ładnie', tylko żeby zaznaczyć, że to teraz wasza przestrzeń. Zmiana pracy to raczej praca z intencją i kierunkiem, a nie z miejscem.
Palenie kartki to klasyk i działa, bo angażuje cztery żywioły jednocześnie - papier to ziemia, ogień wiadomo, dym to powietrze, a popiół możesz puścić z wodą. Jak ktoś robi to świadomie, to tak naprawdę przeprowadza pełny rytuał oczyszczający, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Przy zmianie pracy najważniejszy jest czwartek, bo to dzień Jowisza i sprzyja rozwojowi zawodowemu i ekspansji. Polecam robić takie rzeczy właśnie wtedy.
Słucham tej rozmowy z pewnym dystansem, bo szczerze mówiąc jestem sceptyczna co do tego, czy te rzeczy 'działają' w jakimś obiektywnym sensie. Ale to z Vitą o paleniu kartki mnie trafia - bo to ma sens psychologiczny. Piszesz, co chcesz zostawić, i fizycznie to niszczysz. To jest konkretny akt zamknięcia. Nie potrzebuję przywoływać Jowisza, żeby zrozumieć, dlaczego coś takiego może pomóc przy przejściu między etapami. Pytanie, które mnie nurtuje: gdzie jest granica między rytuałem jako świadomym aktem psychologicznym a rytuałem jako czymś, co 'naprawdę działa' w jakimś innym sensie? Czy wy w ogóle to rozróżniacie?
A jak długo powinien trwać taki rytuał? Bo czytałam gdzieś o rytuałach trwających trzy dni, siedem dni, a nawet cykl księżycowy. Mnie szczerze mówiąc brakuje cierpliwości do takich długich rzeczy. Niedawno zmieniłam mieszkanie i chciałam zrobić coś szybkiego, żeby poczuć, że to już moje miejsce, a nie czekać tydzień na odpowiednią fazę księżyca.
Przepraszam, że się wtrącę, ale mam pytanie do całej dyskusji - czy przy takiej zmianie jak nowa praca robicie coś z poprzednim miejscem? Znaczy, czy 'zamykacie' stare, zanim otworzycie nowe? Bo mnie się wydaję, że można przegapić ten krok i wtedy nowy start może nie być tak czytelny energetycznie. Albo się mylę?
Ja właśnie o tym mówiłam z tą kartką - ta część z pisaniem, co zabierasz ze sobą, a co zostawiasz, to jest właśnie zamknięcie starego. Przynajmniej tak to czułam. Ale masz rację, że to ważny krok, który często się pomija. Ludzie skupiają się na 'otwieraniu' nowego rozdziału, a zapominają, że stary rozdział trzeba najpierw faktycznie skończyć.
Zamknięcie starego miejsca pracy to też kwestia energetyczna - zostawiasz tam kawałek swojej energii po tych wszystkich godzinach. Dlatego ostatniego dnia w pracy dobrze jest mentalnie 'podziękować' temu miejscu i wyobrazić sobie, że zbierasz swoją energię z powrotem. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale to naprawdę istotny krok przy każdym odejściu. Sam miałem sytuację, że nie zrobiłem tego przy jednej zmianie i przez kilka tygodnie czułem sie jakby połowy mnie brakowało.
Przepraszam, że odpowiadam z opóźnieniem - Othala w przypadku przeprowadzki, przynajmniej u mnie, to połączenie kilku rzeczy. Wyrzeźbioną runę kładę w progu - pod matą albo przy drzwiach wejściowych. Ale to nie jest tylko gest. Przed tym siedzę z tą runą przez jakiś czas i naprawdę myślę o tym, co dla mnie znaczy dom. Nie ogólnie, tylko konkretnie - czego szukam w tym miejscu, co chcę, żeby ta przestrzeń mi dawała. Dopiero po tej pracy wewnętrznej kładę runę. Bez tej pierwszej części to jest tylko kawałek drewna albo kamienia leżący przy drzwiach.
Przeczytałam tę rozmowę i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem wartość takich działań jako sposobu na świadome przejście przez zmianę. Z drugiej - trochę mnie niepokoi, kiedy czytam o 'zbieraniu swojej energii' z miejsca pracy. Nie chcę nikogo atakować, ale brzmi to jak coś, w co bardzo łatwo wmówić sobie, że 'nie zrobiłam tego kroku' i dlatego coś nie działa. Przy przeprowadzce to ma dla mnie więcej sensu - nowa przestrzeń, historia miejsca, to są przynajmniej konkrety. Ale jak to wygląda przy zmianie pracy, która jest przecież abstrakcyjna? Co konkretnie robicie?
Tak się wczytałam w tę rozmowę i nie mogę się oprzeć, żeby nie napisać - ogromnie dziękuję wam za te wszystkie przemyślenia! Szczególnie ten wątek o zamykaniu starego przed otwieraniem nowego - to coś, o czym nigdy wcześniej tak nie myślałam. Mam pytanie - czy te rytuały zamknięcia i otwarcia muszą być rozdzielone w czasie, czy można je zrobić jednego dnia, jedno po drugim?
Pytanie Hani jest ciekawsze, niż na pierwszy rzut oka wygląda. Bo w strukturze rytuałów przejścia - tu można sięgnąć do van Gennepa, który opisał to już w 1909 roku - mamy zawsze trzy fazy: separację, stan liminalny i inkorporację. Stan liminalny to właśnie ten czas 'pomiędzy' - ani tu, ani tam. Czy można go skrócić do zera? Formalnie tak, ale wtedy traci się coś istotnego. Ten moment pomiędzy ma własną wartość. Nie chodzi o to, żeby czekać tydzień dla samego czekania, ale żeby pozwolić sobie na bycie 'w progu' przez chwilę, zanim zrobi się krok w przód.
Właśnie szukałam o tym van Gennepie i to jest ciekawa sprawa - on pisał o 'rites de passage' i miał na myśli przejścia zarówno społeczne jak i osobiste. Zmiana pracy jak najbardziej mieści się w tej kategorii. Co mnie uderza w tej teorii: ta faza liminalna, o której Szaman mówi - to jest moment, kiedy stare reguły już nie obowiązują, a nowe jeszcze nie. I tu może właśnie leżeć odpowiedź na pytanie, dlaczego rytuały przy przejściach w ogóle działają. Nie muszę wierzyć w magię, żeby rozumieć, że przejście przez wyraźnie oznaczoną granicę zmienia coś w tym, jak postrzegam siebie i sytuację.
To co Zielarka opisuje z tą izolacją i tymczasowym imieniem... to mnie uderza, bo rozumiem to teraz inaczej niż wcześniej. Nie chodzi o magię w sensie nadprzyrodzonym, tylko o coś bardzo konkretnego - stworzenie przestrzeni, w której mózg dosłownie przestaje działać według starych schematów. Trochę jak pauza w muzyce, która ma znaczenie właśnie przez to, że jest. Ale mam pytanie do was - czy ktoś z was celowo stworzył sobie taki bufor między jedną a drugą pracą? I jak to wyglądało w praktyce?
Dziękuję wam za tę rozmowę, naprawdę - to jest coś, o czym nie myślałam w tych kategoriach. Mam pytanie, może głupie, ale - czy ten rytuał na początku nowej pracy to coś, co się robi tylko raz? Bo ja właśnie zaczęłam nową pracę i pierwsza mija mi jakoś inaczej niż myślałam... Zastanawiam się, czy jest sens robić coś teraz, jak już trochę minęło.
To co Bernadka napisała o opóźnieniu jest ważne i mam podobne doświadczenie. Przeprowadzałam się dwa lata temu i przez pierwsze tygodnie kompletnie nie miałam głowy na żadne rytuały - pudła, szukanie kluczy, awarie wszystkiego naraz. A potem jak w końcu usiadłam spokojnie w nowym miejscu i zapaliłam świecę po prostu dlatego, że chciałam trochę ciszy, to właśnie tamten moment poczułam jako 'wejście'. Nieplanowany, bez przygotowania. I zastanawiam się teraz po tej rozmowie - czy to był rytuał, czy tylko chwila spokoju? Gdzie jest granica?
Ugruntowanie po fakcie to temat, który pojawia się w różnych tradycjach pod różnymi nazwami, ale idea jest podobna - chodzi o to, żeby nadać temu momentowi formę, która sprawi, że stanie się 'prawdziwym' punktem w twojej historii. Może to być bardzo proste: opisujesz to, co czułaś tamtego wieczoru, kiedy zapalałaś tę świecę, i traktujesz ten zapis jako datę graniczną. Albo wracasz do tego samego miejsca, zapalasz świecę ponownie i mówisz sobie głośno, co tamten moment oznaczał. To nie jest naprawianie czegoś co się 'nie udało' - to jest decyzja, że tamten moment był ważny. Bo był.
Przepraszam że tu wchodzę, bo słucham tej rozmowy od jakiegośc czasu - czy przy przeprowadzce macie jakiś sposób na nowe miejsce, które jakoś 'nie chce przyjąć'? Tzn. mieszkam w nowym mieszkaniu już od ponad miesiąca i jakoś cały czas czuję się jak u kogoś w gościach, nie jak u siebie. Nie wiem czy to jest kwestia rytuału czy po prostu czasu.
O to ciekawe pytanie i szczerze to nie wiem. Poprzednie mieszkanie zostawiłam w dosyć trudnych okolicznościach, więc może masz rację że coś jest niezamknięte. To 'przedstawianie się' co opisałaś brzmi bardzo prosto, ale właśnie przez to wydaje mi się, że mogłoby zadziałać lepiej niż jakiś skomplikowany ceremoniał. Zapytam głupio - to robisz jedna po drugiej sale, czy ogólnie 'całemu mieszkaniu'?
Wskoczyłam do tej rozmowy bo akurat mam w numerologii ciekawy zbieg - przeprowadzka i zmiana pracy w tym samym roku osobistym to podwójne przejście i numerologicznie wygląda to bardzo wyraźnie. Rok osobisty 5 to rok zmian i ruchu, a jak ktoś ma jeszcze dwie takie duże zmiany, to ten rok może być wyjątkowo intensywny. Ale co mnie zastanawia w tym, co Inkantacja opisuje - to poczucie bycia gościem we własnym domu - czy macie jakiś pomysł, czy ono ma związek z tym niezamkniętym starym miejscem, czy to może być kwestia tego, że nowe mieszkanie ma swoją własną historię i się jakoś 'opiera'?
To spalenie listy pojawia się w wielu miejscach, ale zauważam że ludzie często go traktują jako punkt kulminacyjny i zapominają o tym co przed i po. Sam akt spalenia to tylko jeden moment w sekwencji - bez wcześniejszego głębokiego zastanowienia się nad tym co się pali i bez jakiegoś rytuału 'przyjęcia nowego' potem, zostaje się z kupką popiołu i niczym więcej.
Wróce do tego co Bernadka pisała wcześniej o przedstawianiu się mieszkaniu - zrobiłam to ostatnio i szczerze nie spodziewałam sie że coś poczuje, ale bylo to dziwnie... oswajające? Trudno mi to opisać. Siedziałam w kuchni i mówiłam głośno co planuję tu gotować, że zależy mi na tym żeby to miejsce było spokojne. I po prostu coś się zmieniło w tym jak postrzegam tę kuchnię. Czy to możliwe że tak proste rzeczy działają?
Cieszy mnie że to zadziałało. I masz rację że trudno to opisać, bo ten efekt jest bardzo subtelny, nie ma żadnego 'aha moment'. To raczej coś co zauważasz po fakcie - że zaczęłaś mówić o tym miejscu 'u mnie' a nie 'w tym mieszkaniu'.
Ta różnica między 'u mnie' i 'w tym mieszkaniu' jest naprawdę konkretna. Pamiętam że przez pierwsze tygodnie po przeprowadzce mówiłam do rodziny 'muszę wracać do mieszkania' - nie do domu, do mieszkania. I nie wiem dokładnie kiedy to się zmieniło, ale w pewnym momencie zaczęłam mówić 'do domu' i to był chyba ten moment kiedy naprawdę się przeprowadziłam.
Tylko ile to ma trwać? To 'zawieszenie' między starym a nowym o którym Szaman mówił - bo mam wrażenie że jak człowiek czeka na jakiś idealny moment to może czekać miesiącami i nic nie zrobić.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z boku - wspominaliście o zamykaniu i otwieraniu jako osobnych aktach, ale co z sytuacją kiedy jedno przyszło zanim drugie się skończyło? Tzn. dostałam nową pracę i zaczęłam ją zanim zdążyłam się porządnie pożegnać ze starą. Przejście było dosłownie z poniedziałku na wtorek. I teraz mam poczucie że coś jest niedokończone, ale nie wiem co z tym zrobić.
To co Bernadka pisze o szczerości w rytuałach mnie zastanawia w kontekście przeprowadzki. Bo jak wychodzisz z mieszkania gdzie było dobrze, to piszesz list z wdzięcznością i wszystko jasne. Ale jak wychodzisz stamtąd gdzie było źle? Wtedy co, piszesz list z pretensjami do ścian?
